Sobota, 13 czerwca 2026 r. 
REKLAMA

O upadku mitu świętego rodzicielstwa

Data publikacji: 2026-06-13 10:12
Ostatnia aktualizacja: 2026-06-13 10:12

Pewnych książek się nie czyta. Je się przeżywa każdym skrawkiem ciała i duszy. Nie znikają zapomniane na półce. Wnikają pod skórę, drażnią rany, o których kultura błogosławienia rodziny każe milczeć.

„Matka nikt” Wiktora Słojkowskiego jest dla mnie taką książką. Książką, po której trudno wrócić do wygodnych zdań: „matka zawsze kocha”, „ojca trzeba szanować”, „rodzicom należy wybaczyć”, „rodzina jest najważniejsza”.

Są historie, które pokazują, że rodzina może być miejscem ocalenia, ale może być też źródłem przemocy. Matka może dawać życie i jednocześnie odbierać dziecku poczucie wartości. Ojciec może być obecny w domu, ale nieobecny jako bezpieczny dorosły. Rodzice mogą istnieć fizycznie, a emocjonalnie porzucić dziecko.

Może właśnie dlatego książki o nigdy wcześniej niewypowiedzianych, dziecięcych doświadczeniach, nieutulonych bólach budzą tyle emocji. Nie opowiadają wyłącznie o jednej rodzinie, podważają zbiorowy mit rodzica, którego trzeba kochać bezwzględnie.

Bezwarunkowa miłość, wdzięczność szacunek. Robili, co mogli. Matka „była chora, trzeba zrozumieć”. Ojciec „nie umiał inaczej”. Rodzice z zimnego chowu. A dziecko? Dziecko ma szybko dorosnąć, rozumieć, wybaczać, nie przesadzać, nie wynosić spraw rodzinnych poza dom. Wygodny mit przykrywa przemoc narracją, w której cierpienie dziecka jest unieważniane na rzecz reputacji rodziców, domu, przodków.

Po przeczytaniu „Matki nikt”, po wysłuchaniu dziesiątek wywiadów, zgłębianiu tematu przemocy psychicznej, parentyfikacji, chorób psychicznych w rodzinie, DDA, PTSD i C‑PTSD, zostaje ze mną myśl: zbyt wiele dzieciństw było niedobrych, łamiących, okrutnych, a mimo to nadal wypowiedzenie tego głośno jest bluźnierstwem.

Dla mnie to przejaw odwagi, świadectwa bez czerwonego paska, bowiem bywa tak, że matka może kochać i ranić. Ojciec może utrzymywać rodzinę i jednocześnie ją zastraszać. Rodzice mogą być poranieni i równocześnie krzywdzić. Choroba psychiczna nie powinna unieważniać cierpienia dziecka, a trudne dzieciństwo dorosłego nie daje mu prawa do niszczenia dzieciństwa własnych dzieci.

Czy to zielone światło na publiczny proces? Rozliczenie? Ukaranie złych rodziców? Nie. Nie chodzi o zastąpienie mitu „rodzice zawsze mają rację” nowym mitem „rodzice zawsze są winni”. Chodzi o coś znacznie trudniejszego: o prawo do ujawnienia bez lęku pełnej prawdy, do uznania bólu, cierpień. Dorosłe dziecko podświadomie czeka na mentalne odszkodowanie za utracone korzyści: za spokój, którego nie dostało, za beztroskę, której nie mogło przeżyć, za brak poczucia bezpieczeństwa, które powinno być jego prawem. Rzecz jasna, nikt nie odda dzieciństwa, można jednak odzyskać coś innego: prawo do powiedzenia na głos prawdy bez zawstydzenia, do tego, by nie płacić sobą za cudze cierpienie.

Przemoc psychiczna jest szczególnie trudna do nazwania, bo nie zostawia śladów, które można pokazać. Nie ma zdjęcia siniaka, nie ma obdukcji na słowa. Jednak wielu z nas doskonale wie, co znaczy dorastać w domu, w którym trzeba czytać nastrój dorosłego jak prognozę pogody przed burzą. Być jak sarna. Nieustannie wyostrzać wszystkie zmysły, by nie wejść w drogę. Wie, co znaczy słyszeć od rodzica: „jesteś małą kurewką” „jesteś nikim”, „do niczego się nie nadajesz z tym słomianym zapałem”, „zobacz, co ze mną robisz”, „po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam”, „nikt cię nie zechce”, „jesteś niewdzięczny”, „przesadzasz”, „wymyślasz”, „nie było tak”.

Wie, co znaczy cisza, która karze bardziej niż krzyk, co znaczy matka zamknięta w swoim cierpieniu tak głęboko, że dla dziecka nie ma już miejsca. Wie, co znaczy ojciec obecny jedynie jako napięcie, tęsknota. Wie, co znaczy dom, w którym nikt nie pyta dziecka: „jak ty się z tym czujesz?”.

Najbardziej dramatyczne jest to, że dziecko bierze winę na siebie. Ono potrzebuje wierzyć, że mama kocha, tata chroni, dom jest bezpieczny jeśli więc rzeczywistość temu przeczy, psychika dziecka często wybiera rozwiązanie mniej zagrażające: „to ze mną jest coś nie tak”. To nie mama mnie upokarza, to ja jestem niewdzięczna. To nie tata mnie bije, to ja jestem słaby. To nieprawda, że rodzice mnie zaniedbują, ja po prostu nie zasługuję na ich miłość i uwagę. Muszę się bardziej starać. Tak właśnie działa internalizacja przemocy. Wypaczona figura rodzica zaczyna mieszkać w dziecku i dorasta razem z nim. Czasem zakłada elegancki kostium perfekcjonizmu, pracowitości, sukcesu, samowystarczalności podczas gdy w środku nadal wybrzmiewa raz po raz „nie wystarczasz”, „nie wolno ci prosić”, „nie wolno ci czuć”, „nie wolno ci mówić”.

Dlatego tak poruszające są dziś książki i rozmowy, które przełamują społeczną zmowę milczenia. Książka „Oddycham, odkąd moi rodzice umarli” Katarzyny Butowtt napisana z Wiktorem Słojkowskim jest właśnie kolejną taką opowieścią. O kobiecie, którą Polska znała jako ikonę mody, piękna, klasy i elegancji, a która za perfekcyjnym wizerunkiem niosła historię bólu, przemocy i milczenia. Takich przeżyć nie da się przykryć laurką na Dzień Matki ani obowiązkowym szacunkiem wobec ojca. I to jest jeden z najważniejszych trendów naszych czasów: narodziny odwagi mówienia głośno o niedobrym dzieciństwie i odzyskania własnej historii.

Według „Diagnozy przemocy wobec dzieci w Polsce 2023” Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę większość dzieci i nastolatków w Polsce doświadczyła w życiu przynajmniej jednej formy przemocy lub zaniedbania. To bardziej niż pewne, że właśnie obok ciebie idzie dorosły, który jako dziecko wyczuwał napięcie po odgłosie kroków, pocieszał matkę, choć sam potrzebował pocieszenia, pilnował ojca aż wytrzeźwieje, wstydził się domu lecz milczał, by być lojalnym.

Dlatego doświadczenia dzieci rodziców chorujących psychicznie, uzależnionych, przemocowych czy emocjonalnie niedostępnych bywają porównywane do DDA. Nie dlatego, że każda z tych sytuacji jest taka sama. Nie jest. Alkoholizm, depresja, psychoza, przemoc psychiczna, chłód emocjonalny mają różne źródła i różną dynamikę. Jednak często tworzą podobny klimat dzieciństwa: nieprzewidywalność, wstyd, samotność, nadmierną odpowiedzialność, czuwanie i zakaz mówienia.

By być uczciwą. Wielu rodziców z doświadczeniem depresji, zaburzeń lękowych, choroby afektywnej dwubiegunowej, kryzysów psychicznych czy hospitalizacji buduje z dziećmi czułe, odpowiedzialne, bezpieczne relacje. Diagnoza nie jest winą, a choroba nie jest moralną skazą, ale dziecko cierpi. Cierpi wtedy, gdy brak drugiego dorosłego, który powie: „to nie twoja wina”, gdy musi stać się opiekunem rodzica, musi przewidywać jego nastrój, ukrywać objawy przed światem. To jest moment, w którym dzieciństwo zmienia się w służbę emocjonalną.

Książki takie jak „Matka nikt” i „Oddycham, odkąd moi rodzice umarli” rozszczelniają społeczne zakłamanie. Dają głos tym, którzy całe życie słyszeli, że przesadzają. Pokazują, że sukces, klasa, kariera, uśmiech na zdjęciach i poprawne rodzinne opowieści nie zawsze mówią prawdę o tym, co wydarzyło się w dziecku. Dobrze, że ono w końcu ma prawo powiedzieć: „kocham, ale nie wrócę”, „nie kocham”, „rozumiem, ale nie usprawiedliwiam”, „współczuję, ale nie wezmę tego już na siebie”. Może właśnie od tego zaczyna się prawdziwe oddychanie. Od chwili, w której dorosłe dziecko przestaje chronić mit bardziej niż siebie.

Jestem córką mamy chorującej na schizofrenię paranoidalną rozpoznaną, gdy byłam w podstawówce. Choroba zagościła w naszym domu dużo wcześniej. Zawiodło dorosłe otoczenie. Ona była chora ale oni nie. Wobec choroby dramatycznie zmieniającej zachowania, dziecko nie powinno zostawać ze słowami: „matka jest chora, dorośnij”. Potrzebuje obok siebie dorosłego, który nie będzie udawał, że „nic się nie dzieje”, ale też nie obciąży diagnozą, lękiem i odpowiedzialnością ponad wiek. Dziecko chorego rodzica potrzebuje szczególnej uważności i troski. Potrzebuje obecności, która przywraca poczucie bezpieczeństwa. Takim dorosłym może być drugi rodzic, babcia, dziadek, ciocia, nauczycielka, sąsiadka, pedagog szkolny, terapeuta. Najważniejsze, by ktoś zauważył nie tylko chorującego dorosłego, ale też jego dziecko, które cichutko stoi obok i próbuje po swojemu zrozumieć świat, którego nikt mu nie tłumaczy. ©℗

Agata BARYŁA

Tylko zalogowani użytkownicy mają możliwość komentowania
Zaloguj się Zarejestruj