Sobota, 01 sierpnia 2026 r. 
REKLAMA

Namawia Cię do spowiedzi? Uciekaj!

Data publikacji: 2026-07-31 11:06
Ostatnia aktualizacja: 2026-07-31 11:06

„Jeśli ksiądz wywiera presję, namawia lub wręcz zmusza do spowiedzi, powinno to zapalić w naszej głowie czerwoną lampkę. Spowiedź nie jest aktem posłuszeństwa wobec drugiego człowieka” – słyszę i już wiem, że to jest ważna audycja.

Kiedy kilka dni temu wysłuchałam podcast „Tajemnice Kościoła”, uderzyło mnie, że o zjawisku przemocy duchowej coraz odważniej mówią również osoby głęboko zakorzenione w samym Kościele. Pani Marta Zdanowska rozmawia z Moniką Białkowską – dziennikarką, teolożką i autorką książki „Z woli Bożej. Historie duchowej przemocy”. To ważna rozmowa, ponieważ nie jest kolejnym głosem wymierzonym przeciwko religii, a głosem w obronie wiary.

Niełatwo rozmawia się o przemocy duchowej. Ona przecież nie zostawia siniaków, nie trafia do statystyk. Nie ma świadków. Jej narzędziem nie jest siła fizyczna, a autorytet. Opiera się na sukcesywnym odbieraniu człowiekowi zaufania do własnego sumienia.

Zaczyna się od ufności, że ktoś wie lepiej, czego chce od nas Bóg, co jest dla nas dobre i jakie decyzje powinniśmy podejmować. Z czasem granica między duchowym przewodnictwem a duchowym podporządkowaniem zaczyna się zacierać.

Jednym z najnowszych opracowań naukowych jest opublikowany w 2025 roku przegląd badań w czasopiśmie Plos One, którego autorzy zwracają uwagę, że pojęcie szkody duchowej nie doczekało się jeszcze jednolitej definicji, bowiem na dziś istnieje wiele pojęć: spiritual abuse, spiritual harm, spiritual trauma, religious abuse, dlatego trudno porównywać badania.

Nie oznacza to jednak, że nie wiemy nic. Coraz więcej badań wskazuje, że przemoc duchowa prowadzi do podobnych konsekwencji jak inne formy długotrwałej manipulacji. Osoby, które jej doświadczyły, mówią o chronicznym poczuciu winy, utracie zaufania do własnej intuicji, lęku przed samodzielnym podejmowaniem decyzji, a niekiedy także o depresji czy kryzysie tożsamości. Paradoks polega na tym, że źródłem cierpienia staje się przestrzeń, która miała być miejscem bezpieczeństwa i miłości bezwarunkowej.

Rozmowa, od której zaczęłam felieton jest próbą nazwania sytuacji, w których duchowe przewodnictwo przestaje być pomocą, a staje się narzędziem manipulacji. Białkowska mówi o wspólnotach, w których niektórzy księża wykorzystują zaufanie ludzi głęboko wierzących, także młodszych stażem księży, aby wpływać na ich decyzje, wzbudzać poczucie winy i uzależniać od własnego autorytetu. Co ważne, nie jest to rozmowa o sektach funkcjonujących na marginesie życia społecznego, lecz o sytuacjach, które zdarzają się we wspólnotach Kościoła Katolickiego. Rozmówczyni stawia pytania o to, czy Kościół dysponuje dziś narzędziami pozwalającymi rozpoznawać takie nadużycia, pomagać osobom skrzywdzonym i zapobiegać podobnym sytuacjom w przyszłości. To znak, że problem przestaje być tematem tabu również dla ludzi Kościoła.

Czy to problem dotyczący wyłącznie środowisk religijnych? Najwygodniej byłoby uznać, że tak. To jednak jest fałszywa teza. Mechanizm przemocy duchowej nie rodzi się bowiem z wiary. Rodzi się tam, gdzie jeden człowiek zaczyna uważać, że ma prawo zawładnąć sumieniem drugiego. Religia może stać się do tego narzędziem, podobnie jak psychologia, coaching, rozwój osobisty, medycyna alternatywna czy każda inna przestrzeń, w której ktoś jest obdarzany szczególnym autorytetem.

Przez ostatnie lata obserwowaliśmy przecież historie osób, które oddawały swoje oszczędności samozwańczym guru, rezygnowały z leczenia, zrywały kontakty z rodzinami albo podporządkowywały całe życie charyzmatycznym liderom obiecującym duchowe przebudzenie. Słowa o grzechu czy zbawieniu zastępują hasła: energia, wibracje, wszechświat, karma, misja, rozwój. Zmienia się język, ale mechanizm pozostaje podobny. Ktoś stopniowo odbiera drugiemu człowiekowi prawo do samodzielnego myślenia, decyzyjności, przekonując go, że tylko on zna właściwą drogę.

Psychologowie i badacze religii zwracają uwagę, że właśnie dlatego przemoc duchowa jest tak trudna do rozpoznania. Złakniony ukojenia, miłości i bezpieczeństwa człowiek trafia tam, gdzie czuje się dostrzeżony, wysłuchany i zaakceptowany. Otrzymuje wspólnotę, sens, odpowiedzi na pytania, których od dawna nikt nie chciał z nim podejmować. Z czasem pojawiają się subtelne sygnały ostrzegawcze. Coraz mniej miejsca pozostaje na własne zdanie, coraz więcej decyzji wymaga akceptacji lidera, a każda próba postawienia pytania zaczyna być interpretowana jako dowód słabej wiary, pychy albo niewdzięczności. Moment kiedy przestaje ufać samemu sobie wydaje mi się najbardziej niebezpieczny.

Być może dlatego osoby, które opuszczają takie środowiska, mówią o utracie siebie. Potrzebują miesięcy, a czasem lat, aby odzyskać przekonanie, że mogą podejmować decyzje bez pytania kogokolwiek o zdanie, że mają prawo do wątpliwości, błędów, że nie każda emocja jest pokusą, a nie każda krytyczna myśl oznacza zdradę wartości, którym wcześniej ufały.

Warto przy tym zachować ostrożność, aby nie wpaść w drugą skrajność. Nie każdy wymagający duszpasterz jest manipulatorem. Nie każda wspólnota religijna jest miejscem przemocy. Nie każdy autorytet nadużywa swojej pozycji. Podobnie jak nie każdy psychoterapeuta przekracza granice, nie każdy nauczyciel wykorzystuje swoją władzę i nie każdy rodzic wychowuje przez kontrolę. Skłonność do nadużycia autorytetu jest cechą człowieka, który przestaje dostrzegać granicę między odpowiedzialnością za drugiego a prawem do decydowania o jego życiu.

Może właśnie dlatego temat przemocy duchowej jest dziś tak ważny. Żyjemy w pokręconym świecie, a chcemy prostych odpowiedzi. Kiedy rzeczywistość staje się coraz bardziej skomplikowana, niezwykle kusząca okazuje się obietnica, że ktoś zdejmie z nas ciężar rozumienia i podejmowania decyzji. Oddanie odpowiedzialności bywa wygodne, jednak ma swoją cenę. Ceną jest wolność, własna tożsamość.

Pisząc ten tekst, wielokrotnie zastanawiałam się, dlaczego właśnie teraz temat przemocy duchowej zaczyna przebijać się do debaty publicznej. Być może dlatego, że przez lata utożsamialiśmy duchowość wyłącznie z dobrem. Skoro ktoś mówił o Bogu, wartościach, miłości czy poświęceniu, trudno było dopuścić do siebie myśl, że za tym kojącym językiem może kryć się przemoc. Dzisiaj wiemy już, że każde miejsce, w którym pojawia się autorytet, niesie ze sobą także pokusę jego nadużycia. Historia uczy nas tego od wieków.

Przemoc duchowa bardzo często pozostaje niewidoczna również dla osób, które jej doświadczają. Kiedy ktoś przez lata słyszy, że powinien bardziej ufać przełożonemu niż własnemu sumieniu, że zwątpienie jest grzechem, a samodzielność oznaką pychy, przestaje zadawać pytania. Zaczyna wierzyć, że problem tkwi w nim. To mechanizm dobrze znany wszystkim, którzy zajmują się przemocą psychiczną. Ofiara najpierw traci pewność siebie, później zdolność oceny sytuacji, a na końcu zaczyna bronić osoby, która ją krzywdzi.

Nie oznacza to jednak, że odpowiedzią powinno być odrzucenie religii albo nieufność wobec każdego autorytetu. Tak samo jak nie przestajemy ufać lekarzom dlatego, że zdarzają się lekarze łamiący etykę, ani nie rezygnujemy z psychoterapii dlatego, że istnieją nieuczciwi terapeuci. Problemem nie jest autorytet. Problemem jest autorytet, który nie uznaje żadnych granic i nie dopuszcza możliwości, że człowiek stojący naprzeciw ma własne sumienie, rozum i wolność.

Myślę o tym również dlatego, że od wielu lat towarzyszę ludziom podczas najważniejszych rytuałów życia. W takich sytuacjach bardzo wyraźnie widać, że człowiek nie potrzebuje kogoś, kto będzie myślał za niego. Potrzebuje obecności, wysłuchania, przestrzeni, w której może sam odnaleźć znaczenie tego, co właśnie przeżywa. Rolą przewodnika nie jest prowadzenie za rękę przez całe życie. Jego rolą jest pomóc drugiemu człowiekowi odzyskać zaufanie do samego siebie.

Może właśnie po tym najłatwiej rozpoznać zdrową duchowość. Nie ma znaczenia liczba odmówionych modlitw, długość kazań, siła charyzmy lidera. Zdrowa duchowość nie uzależnia od siebie, nie odbiera prawa do wątpliwości. Nie buduje relacji na lęku ani poczuciu winy, a już pewnością nie wymaga ślepego posłuszeństwa. Prawdziwe przewodnictwo sprawia, że człowiek z czasem staje się bardziej wolny, bardziej odpowiedzialny i bardziej świadomy własnych wyborów. Manipulacja prowadzi dokładnie w przeciwnym kierunku.

Być może właśnie dlatego rozmowa o przemocy duchowej nie jest wymierzona przeciwko wierze. Jest dyskusją o odpowiedzialności za drugiego człowieka, granicach władzy, zaufaniu, którego nie wolno nadużywać, sumieniu, którego nie można nikomu odebrać, nawet w imię najpiękniejszych wartości.

Na koniec zostawiam sobie i Państwu pytanie, które warto zadawać nie tylko księżom, liderom wspólnot, coachom czy nauczycielom, ale sobie samym.

Czy ludzie, którzy od nas odchodzą, odchodzą bardziej przestraszeni i zależni niż byli wcześniej, czy przeciwnie, bardziej dojrzali, spokojni i wolni? W odpowiedzi na to pytanie kryje się być może najprostszy sposób odróżnienia autorytetu od manipulacji. Człowiek, który naprawdę pomaga innym wzrastać, nie zatrzymuje ich przy sobie. Pomaga im odzyskać odwagę, by mogli samodzielnie iść przez życie. ©℗

Agata Baryła

Tylko zalogowani użytkownicy mają możliwość komentowania
Zaloguj się Zarejestruj