Sezon ogórkowy trwa. Gdzieniegdzie sennie kiełkują miękkie początki kampanii wyborczej. Wieje nudą. Widzimy prężących polityczne muskuły mężczyzn, otulonych garstką przezroczystych kobiet, od lat stanowiących bezpieczne parytetowe tło. Na pierwszym planie od lat te same twarze ogierów z brylantynowym zaczesem. Serio nie mamy wykształconych, mądrych, sprawczych, przebojowych kobiet? Ja wiem, że mamy i to mnóstwo. Dlaczego więc zamiast iść w politykę wolą „układać się” z politykami, odwracać głowę, oddać władzę i sprawczość? Są leniwe, zalęknione?
Kiedy przyjrzeć się temu, jak naprawdę wygląda wejście do polityki, szybko okazuje się, że samo zaproszenie kobiet do kandydowania niewiele zmieni, jeśli cały system pozostaje zbudowany według reguł, które przez dziesięciolecia tworzyli głównie mężczyźni i które w dużej mierze nadal zamiast współpracy premiują rywalizację, partyjne układy i nieformalne zależności. To jak pajęczą sieć.
Jak właściwie zostać się dziś polityczką? To, drodzy państwo jest nie lada gimnastyka. Otóż trzeba samej znaleźć drogę do partii, pojawić się na spotkaniu najlepiej z rekomendacji, zainteresować sobą (swoją urodą, pokorą, rzadziej intelektem) lokalnych liderów, próbować wejść w struktury, nauczyć się głownie nieoficjalnych zasad. Na końcu uprosić osoby decydujące o listach, że się zasługuje. To wysoka, upokarzająca bariera wejścia, no chyba, że masz karty przetargowe jak finanse, plecy, układy.
Czy my naprawdę nie chcemy iść do polityki?
Czy problem leży po stronie samych kobiet: może nie są wystarczająco ambitne, nie interesuje ich władza, wolą działalność społeczną (non‑profit), biznes, życie zawodowe poza polityką. Może uczciwiej byłoby zapytać: co takiego jest w polskiej kulturze politycznej, że wiele kompetentnych kobiet patrzy na nią i mówi: nie, dziękuję?
Dominujący model politycznego sukcesu został historycznie zbudowany wokół zachowań społecznie nagradzanych u mężczyzn: bezwzględności, dominacji, bezpośredniej rywalizacji i tolerancji na konflikt.
Kobieta w polityce szybko wpada w pułapkę sprzecznych oczekiwań. Jeżeli mówi zdecydowanie, bywa określana jako agresywna. Jeżeli mówi spokojnie, może zostać uznana za zbyt słabą. Jeżeli jest ambitna, słyszy, że jest bezduszna. Jeżeli buduje relacje, zarzuca się jej brak stanowczości. Dba o wygląd, komentuje się jej wygląd, nie dba, również staje się to tematem. Mężczyzna może w polityce być po prostu politykiem, kobieta wciąż zbyt często jest najpierw kobietą w polityce, a dopiero później polityczką.
Do tego dochodzi skala przemocy werbalnej i internetowej. Kobiety publiczne są surowiej oceniane nie tylko za swoje poglądy czy decyzje, ale za wiek, ciało, ubranie, głos, macierzyństwo albo jego brak, relacje prywatne i życie rodzinne.
Nie możemy więc mówić kobietom: „bądźcie odważniejsze”, nie zastanawiając się jednocześnie nad tym, dlaczego polityka wymaga od nich aż tak dużej odwagi. Być może należałoby zacząć pytać, co robią partie żeby polityka stała się miejscem, do którego kompetentna kobieta rzeczywiście będzie chciała wejść.
Na świecie zaczyna się rozumieć, że jeśli naprawdę chce się zwiększać udział kobiet, nie można czekać, aż same przyjdą. Przykładem są kanadyjscy liberałowie, którzy prowadzili akcję #InviteHerToRun – „Zaproś ją, żeby kandydowała”.
Zaproś ją do polityki
Pofantazjujmy. Każda polska partia uruchamia program pod hasłem „Zaproś ją do polityki”, w którym posłowie, senatorowie, samorządowcy, lokalni działacze, ale również sami wyborcy mogą wskazywać kobiety, które powinny zostać zaproszone do rozmowy o działalności publicznej. Nie chodziłoby wyłącznie o partyjne aktywistki, ale o lekarki, przedsiębiorczynie, nauczycielki, pielęgniarki, rolniczki, naukowczynie, ekspertki energetyczne, inżynierki, menedżerki, liderki organizacji społecznych, dyrektorki szkół czy kobiety prowadzące lokalne inicjatywy. Polska stoi mądrością i mocą kobiet, które każdego dnia podejmują trudne decyzje, zarządzają ludźmi i pieniędzmi, rozwiązują konflikty, negocjują, organizują i biorą odpowiedzialność za innych, a mimo to nigdy nikt nie powiedział im: „Czy myślała pani kiedyś o tym, żeby kandydować?”
W każdym województwie mógłby powstać niewielki zespół zajmujący się scoutingiem politycznym kobiet, który wyszukiwałby potencjalne liderki w biznesie, samorządzie, nauce, kulturze, ochronie zdrowia, edukacji czy organizacjach społecznych. Pierwszym krokiem nie musiałaby być deklaracja członkowska. Na początek wystarczyłaby rozmowa. Można byłoby pokazać kobietom, czym naprawdę jest praca radnej, parlamentarzystki czy samorządowczyni. Brzmi dobrze?
Najpierw przygotowanie, potem kandydowanie
Brytyjska Partia Pracy prowadzi Jo Cox Women in Leadership Programme, czyli program przygotowywania kobiet do przywództwa. Program nie jest zwyczajnym kursem wystąpień publicznych – wpisuje się w szerszą wizję politycznego rozwoju kobiet.
Wyobraźmy sobie ponadpartyjną albo partyjną przestrzeń mentoringową „100 kobiet do polityki”, do której co roku trafiają kobiety z całej Polski i przez kilka miesięcy uczą się prawa, gospodarki, samorządu, wystąpień publicznych, negocjacji, komunikacji medialnej, prowadzenia kampanii, reagowania na kryzysy i budowania własnej pozycji politycznej. Po zakończeniu programu nikt nie zmusza do kandydowania, ale jeśli zdecyduje się wejść do polityki, ma grunt pod nogami. Powstaje w ten sposób pipeline kobiet do polityki: ekspertka, aktywistka lub liderka lokalna staje się uczestniczką programu, by później wejść do struktur, objąć pierwszą funkcję, wystartować do rady miasta, następnie do parlamentu, a w przyszłości zostać ministrą.
Owszem u nas się to dzieje od lat, ktoś powie, tyle, że nie działa. W mojej ocenie nie potrzebujemy kolejnej akademii. Być może właśnie tu tkwi sedno problemu: Polsce nie brakuje liderek, Polsce brakuje mechanizmu, który zamienia kobiece kompetencje w realną władzę.
Przez lata stworzyłyśmy dziesiątki akademii, kongresów, programów mentoringowych i sieci kobiet, które uczą wystąpień publicznych, przywództwa, negocjacji i odwagi, tyle że problem nie leży w tym, że kobiety są niewystarczająco przygotowane, lecz w tym, że nadal zbyt rzadko siedzą przy stole, przy którym rozdziela się miejsca na listach, pieniądze na kampanie i partyjne nominacje.
Możemy więc przez kolejne dziesięciolecia wzmacniać kobiety, ale jeśli nie zmienimy reguł dostępu do władzy, będziemy produkować coraz lepiej przygotowane liderki stojące przed tymi samymi zamkniętymi drzwiami.
Parytet to za mało
Można mieć połowę kobiet na listach i nadal zachować pełną przewagę mężczyzn wśród zdobywających mandaty. Wystarczy odpowiednio sprytnie przygotować listy, w parytetach uwzględnić tzw. kobiety bezpieczne, ustawić kolejność i rozdzielić budżety. Jeżeli mężczyźni znajdują się na miejscach pierwszym, drugim i trzecim, a kobiety na siódmym, jedenastym i piętnastym, statystyka wygląda nieźle, ale rezultat wyborów pozostanie niezmieniony.
Australijska Partia Pracy już trzy dekady temu uznała, że nie wystarczy liczyć kobiet na listach – trzeba również zadbać o to, by kandydowały w okręgach, w których rzeczywiście można wygrać. Niemiecka SPD poszła inną drogą: na listach do Bundestagu stosuje tzw. system zamka błyskawicznego, w którym kobiety i mężczyźni zajmują miejsca naprzemiennie.
Fundusz pierwszego startu
Z pewnością barierą – czasem nie przejścia – są pieniądze. Polityka jest droga w utrzymaniu. Szczególnie na początku, gdy kandydatka nie ma zaplecza, zespołu ani rozpoznawalności. Kanadyjscy liberałowie stworzyli specjalny Judy LaMarsh Fund, który wspiera kobiety w działalności politycznej i kampaniach wyborczych.
Co stoi na przeszkodzie aby w Polsce stworzyć Fundusz Pierwszego Startu dla Kobiet, który nie ograniczałby się do przekazania określonej kwoty, lecz zapewniałby również profesjonalne kampanie PR, wsparcie w social mediach, pomoc prawną, konsultacje strategiczne oraz doświadczoną osobę pomagającą prowadzić kampanię? Wtedy komunikat partii brzmieć będzie: „Chcemy, żeby pani wystartowała i stworzymy warunki, żeby mogła pani zrobić to dobrze”.
Jedna kobieta powinna otwierać drzwi następnej
Każda kobieta, która znalazła się w polityce, mogłaby zaprosić do niej kolejną. Posłanka – dwie kobiety. Radna – dwie. Senatorka – dwie. Ministra – dwie. Być może najprostszy pomysł jest jednocześnie jednym z najważniejszych i najtrudniejszych. Czy to możliwe? Pytam, bo znam zgoła odwrotne przykłady – „wciągania drabiny” zaraz po awansie czy wygranych wyborach. Jak to zmienić? Czy kultura polityczna, którą stworzyliśmy, jest kulturą, do której rozsądna, kompetentna i odnosząca sukcesy kobieta w ogóle chce wejść?
Jestem przekonana, że problemem nie jest brak sprawczych kobiet gotowych do działania. Część z nich po prostu patrzy na polityczną na agresję, upokorzenia, partyjne wojny, publiczny hejt i dochodzi do wniosku, że swoją energię i kompetencje może ze spokojem wykorzystać gdzie indziej. Dlatego, i brzmi to ponuro, samo hasło „więcej kobiet w polityce” niczego nie zmieni. Jak przełamać impas? Jeśli bowiem nie będziemy siedziały przy politycznym stole, nasze prawa wciąż będą jedynie kiełbasą wyborczą, a lustro świata, w którym odbija się męska ambicja, rywalizacja, konfliktowość i gotowość do wojen będzie nadal płonąć. ©℗
Agata BARYŁA
Agata Baryła, coach mentor, wykładowczyni akademicka, prowadzi firmę Świadoma Komunikacja.