Sobota, 06 czerwca 2026 r. 
REKLAMA

Zełenski, czyli zero złudzeń

Data publikacji: 2026-06-06 10:18
Ostatnia aktualizacja: 2026-06-06 10:18

Dlaczego ukraiński prezydent nadał jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy imię Bohaterów UPA? To pytanie od kilku dni przewija się w polskich mediach. Słychać różne odpowiedzi. Najbardziej oderwane od rzeczywistości są te komentarze, których autorzy są decyzją Wołodymyra Zełenskiego zdziwieni. „Jak on może?! Czyż nie wiedział, jak wielką krzywdę wyrządza swojemu sojusznikowi?!”. Albo: „Zgłupiał?! Po co konfliktuje się z Polską?!”. Ewentualnie: „A może on nie wie, że w ten sposób psuje sobie relacje z Warszawą?”. Na tego rodzaju głosy należy machnąć ręką.

Szok i niedowierzanie może towarzyszyć jedynie tym, którzy nie śledzą sytuacji nad Dnieprem i nie znają polityczno-ideowej specyfiki naszego południowo-wschodniego sąsiada. Dlaczego Zełenski zachował się tak, jak się zachował? Najprostsze i najbardziej trafne wytłumaczenie brzmi następująco: bo chciał i mógł. Chciał oddać cześć formacji zbrojnej, powszechnie uważanej na Ukrainie za bohaterską. Mógł to zrobić, bo wiedział, że nikt mu tego zrobić nie zabroni. Zresztą, wielce prawdopodobne, że przy tym kompletnie nie myślał o Polakach. To nie była zemsta, tylko naturalna konsekwencja polityki Zełenskiego. Po pierwsze, potrzebuje oddawać cześć i chwałę „bohaterom” z UPA. Po drugie, Warszawa jest Kijowowi coraz mniej potrzebna. Co mogła, to dała. Można więc bezkarnie się od niej odwrócić. Mając przy tym świadomość, że jej możliwości ewentualnego odwetu są mocno ograniczone. Po trzecie, relacje polsko-ukraińskie są coraz gorsze. Ukraińcy dostrzegają rosnącą nad Wisłą ukrainofobię. Polacy dostrzegają rosnącą nad Dnieprem polonofobię. Po obu stronach granicy konfrontacja z sąsiadem jest politycznie korzystna. To jednak tylko zewnętrzny objaw głębszego procesu. Nie jest tak, że Zełenski obecnie zmusza się do tego, by w imię bieżącego interesu uderzać w Polskę. Kult banderowców jako bohaterów walki z Moskwą jest głęboko w świadomości Ukraińców zakorzeniony. Ponadto, w sytuacji wojennej to naturalne i oczywiste, że zewnętrzna krytyka wzmacnia, a nie osłabia danego polityka. Gdy Zełenskiemu puszczały nerwy w Gabinecie Owalnym, nawet Piotr Kraśko na antenie TVN krytykował ukraińskiego prezydenta za nieodpowiedzialne dążenie do konfrontacji z Donaldem Trumpem. Tymczasem nad Dnieprem notowania ukraińskiego prezydenta tylko wzrosły. Ukraińcom podobało się, że ich przywódca w obronie kraju nawet Trumpowi się nie kłania. A cóż dopiero mówić o Polsce…
Powtórzę jednak: wątpię, by Zełenski z rozmysłem podjął swoją skandaliczną decyzję, mając na celu wywołanie burzy nad Wisłą. Przeciwnie. Po prostu zdanie Polaków go kompletnie nie interesuje. Nawet nie zareagował na zapowiedź odebrania mu Orderu Orła Białego przez prezydenta Karola Nawrockiego. Uznanie ze strony Polaków jest Zełenskiemu kompletnie obojętne. A jeśli zaczniemy wierzgać i rzucać kłody pod nogi Ukrainy? Tym też się Zełenski nie przejmuje. Wówczas bowiem przywoła nas do porządku. Albo sam, albo przy użyciu zachodnich sojuszników. Znajdzie sposób, by krnąbrnych Polaków zdyscyplinować.

Czy to wszystko oznacza, że Wołodymyr Zełenski jest personalnie wrogiem Polski, i że powinniśmy mieć nadzieję na rychłą zmianę władzy nad Dnieprem? Nie do końca. Rzeczywiście, Zełenski, jak słusznie zauważa w swojej najnowszej książce Zbigniew Parafianowicz, nie da się lubić. Jest obcesowy, agresywny, nadmiernie pewny siebie. Prowadzi politykę w sowieckim stylu – „z buta”. Jego osobiste przymioty sprawiają, iż wyjątkowo trudno z nim grać w polityczne szachy. Natomiast naiwnością jest sądzić, że to Zełenski jest głównym problemem w relacjach polsko-ukraińskich. To punkt widzenia równie nieuprawniony, co dawne zauroczenie naszej opinii publicznej oraz naszych elit „sługą narodu”. W obu wypadkach mamy do czynienia z nadmiernie emocjonalnym podejściem do polityki, a także z przesadnym jej personalizowaniem. Zełenski budził początkowo zachwyt, bo wykazał się nieoczekiwanym bohaterstwem i medialną sprawnością, a także dlatego, że dostawał wszystko na tacy, więc nie musiał nas traktować „z buta”. Gdy tylko zaczęliśmy mieć swoje „ale”, zaczął nas stawiać na równi z Moskwą i grać przeciwko nam. Po prostu w brutalny sposób realizował interes swojego państwa. I na tym polega problem. Zamiana Zełenskiego na innego polityka nie będzie oznaczać automatycznej odwilży między Kijowem a Warszawą. Owszem, Wałerij Załużny byłby dla nas pewnie sympatyczniejszy – pamiętajmy, że to on nieoficjalnie przyznał, że w Przewodowie spadła ukraińska rakieta i, również nieoficjalnie, przeprosił. Pamiętajmy również, że po tym, jak opublikował w internecie zdjęcie z portretem Bandery, to najprawdopodobniej po polskiej interwencji fotografię usunął. Ale też się nie łudźmy. Stając na czele państwa ukraińskiego, Załużny realizowałby interes Kijowa, a nie Warszawy. I nie będzie mógł sobie pozwolić na nadmiernie propolskie gesty.

Taka jest zresztą logika ukraińskiej polityki. Każdy, kto chce rządzić Ukrainą, musi w tym czy innym stopniu wchodzić w patriotyczne buty. Obecny prezydent nie jest i nie będzie wyjątkiem. Ukraińska asertywność w sprawie kultu UPA będzie bez wątpienia trwalsza niż prezydentura Zełenskiego. Nie chodzi o to, że mamy się na to godzić. Musimy jednak zdawać sobie z tego sprawę. ©℗

Maciej PIECZYŃSKI

Tylko zalogowani użytkownicy mają możliwość komentowania
Zaloguj się Zarejestruj