Relacje na linii Kijów-Warszawa wydają się coraz gorsze. Niestety. Nawet gdy już wydaje się, że jesteśmy na dobrej drodze do porozumienia, zaraz okazuje się, że nie jest ono możliwe. Skandaliczny, ale jednak pojedynczy incydent z atakiem słownym na młodą Ukrainę w polskim autobusie stał się dla Kijowa świetnym pretekstem do histeryzowania i pouczania Polski o tym, że takie sytuacje nie mają prawa mieć miejsca w cywilizowanym kraju europejskim. Hipokryzja dość oczywista. Oto bowiem poucza nas przedstawiciel państwa, które na oficjalnym poziomie czci zbrodniarzy wojennych, kolaborujących z III Rzeszą...
Tymczasem wcale nie jest oczywiste, że ukraińskie elity polityczno-medialne wciąż marzą o ścisłej integracji z Zachodem. Wielce pouczający w tym kontekście jest felieton Mychajły Dubynianskiego, opublikowany na portalu Ukraińska Prawda pod wymownym tytułem „Kwaśne winogrono Unii Europejskiej”. Publicysta już na wstępie przytacza buńczuczne wypowiedzi Wołodymyra Zełenskiego i Kyryła Budanowa, w których obaj przywódcy deklarują, że nikt nie będzie Ukrainie dyktował panteonu bohaterów. Następnie cytuje Jarosława Kaczyńskiego i Władysława Kosiniaka-Kamysza, niezależnie od siebie mówiących z kolei, że z Banderą Ukraina do Europy nie wejdzie. Dubynianski zaznacza, że należy poważnie traktować polskie groźby. „Państwa, należące do Unii Europejskiej, naprawdę mają instrumenty nacisku na tych, którzy chcą do UE wejść” - zauważa Dubynianski. Jeszcze niedawno takie głosy były nad Dnieprem bardzo rzadkie. Kijów wychodził bowiem z założenia, że Warszawę można bardzo łatwo ograć, szukając ponad jej głową porozumienia z silniejszymi państwami Zachodu. Widać wyraźnie, że nadeszło otrzeźwienie i urealnienie oceny sytuacji. Przełomowym momentem, jak się zdaje, była rezolucja Parlamentu Europejskiego, potępiająca nadanie jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imienia „Bohaterów UPA”. Zełenski - a w ślad za nim wielu polityków i wyrazicieli opinii publicznej w rządzonym przez niego kraju - zrozumiał, że dotychczas nie doceniał Warszawy.
Zrozumiał to również Dubynianski, skądinąd bardzo błyskotliwy i przenikliwy publicysta. Żeby przekonać swoich czytelników, że Polska będzie jednak twardym orzechem do zgryzienia, przytacza przykład Macedonii. Ten bałkański kraj, żeby móc marzyć o integracji z UE, musiał na życzenie Grecji zmienić swoją nazwę na „Macedonia Północna”. „Ale Ukraina to nie Macedonia” - zaznacza Dubynianski. - „Zaś historyczne pretensje Warszawy nie są jedyną przeszkodą na drodze Kijowa do Unii Europejskiej” - dodaje. Dubynianski racjonalnie analizuje sytuację Ukrainy: „Nikt nie jest gotów dać nam pełnoprawne członkostwo w UE jedynie za zasługi wojenne czy za niezłomność w walce z Moskwą. Podobnie jak wcześniej, oczekuje się od nas realizacji pewnych reform” - pisze publicysta. Zarazem gorzko konstatuje, że jak do tej pory Kijów niezbyt udanie realizuje zmiany, wymagane przez Brukselę. Dotychczasowe reformy realizowane są bardzo powoli i niekonsekwentnie. „A poza tym nie uda się wejść do UE, dopóki na naszej ziemi trwa wyniszczająca wojna” - pisze Dubynianski.
I tu pojawia się przełomy wniosek. Elity ukraińskie zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że „wygodniej jest być tarczą Europy, niż jej częścią”. Jako prowadzący wojnę bufor, oddzielający UE od Rosji, Ukraina już w tej chwili otrzymuje unijne pieniądze. A przy tym jej elity, nie wchodząc formalnie do UE, nie muszą spełniać wynikających stąd wymogów.
Dubynianski wymienia kilka narracji, tłumaczących, dlaczego Ukraina w najbliższym czasie nie wejdzie do UE. Po pierwsze, bo jest skorumpowana i nie potrafi się skutecznie zreformować. Ten wariant jest dla Kijowa najmniej wygodny, wina bowiem leży tutaj właśnie po stronie ukraińskich władz. Po drugie, bo na terytorium Ukrainy trwa wojna. To z kolej opcja najbardziej dla tego kraju korzystna. Winna jest przecież Rosja. Po trzecie: Ukraina nie wchodzi do UE, bo nie chce sprzedać w zamian za integrację własnej historii i dumy narodowej. „W tym wypadku nie wyglądamy już jak (skorumpowani) outsiderzy, czy jak ofiary, tylko jak silne państwo, które samo kreśli własną przyszłość” - analizuje Dubynianski. I słusznie zauważa, że z punktu widzenia władz w Kijowie właśnie taka opcja jest najwygodniejsza. Innymi słowy, jeśli z tych czy innych przyczyn integracja z UE będzie niemożliwa albo będzie się przedłużać, Zełenski najchętniej zrzuci winę na Polaków. „Wychodzi na to, że to nie Ukraina jest nie dość dobra, by wejść do UE. Przeciwnie: obecna Unia Europejska, rządzona przez szantażystów w rodzaju Kaczyńskiego, Nawrockiego czy Kosiniaka-Kamysza, nie jest odpowiednim miejscem dla niepodległej, podmiotowej Ukrainy” - tak streszcza tę narrację Dubynianski.
Publicysta sam zdaje się tę perspektywę podzielać. W jego ocenie Ukraina zderusyfikowała się, paradoksalnie, nie dzięki pomocy UE, tylko dzięki samej rosyjskiej agresji, która zadziałała motywująco na dążenie do budowy silnego, niezależnego państwa. Europa przestaje zatem być Ukrainie potrzebna. Wystarczy, żeby dawała pieniądze... „Wybierając między Europą a Banderą, bez wahania wybieram Banderę” - taka refleksja, według Dubynianskiego, towarzyszy coraz większej liczbie Ukraińców. Niestety, publicysta „Ukraińskiej Prawdy” najpewniej ma rację. ©℗
Maciej PIECZYŃSKI
Dr Maciej Pieczyński to rusycysta, ukrainista i literaturoznawca, wykładowca Uniwersytetu Szczecińskiego oraz publicysta.