Niedziela, 02 sierpnia 2026 r. 
REKLAMA

Prawdziwi „słudzy narodu ukraińskiego”

Data publikacji: 2026-08-02 11:39
Ostatnia aktualizacja: 2026-08-02 11:39

Szczerze pisząc, trochę mnie już męczy temat konfliktu w relacjach na linii Warszawa-Kijów. Tym bardziej że końca nie widać. Wciąż padają te same argumenty i te same kontrargumenty. Mamy narracyjną wojnę pozycyjną, której nikt tak ostatecznie wygrać nie jest w stanie. Oczywiście Warszawa jakiś czas temu pokazała, że potrafi umiędzynaradawiać sprawę zbrodni wołyńskiej, dając prztyczka w nos nadmiernie pewnym siebie Ukraińcom. Problem w tym, że nad Wisłą wciąż czujni są „słudzy narodu ukraińskiego”, którzy wkładają kij w szprychy propolskiej narracji. I nie, nie mam na myśli Łukasza Jasiny, którego skądinąd błędnie zrozumiana fraza stała się frazeologizmem, niezmiernie często powtarzanym w kontekście relacji Warszawa-Kijów.

Kto działa na rękę Zełenskiemu? Oczywiście ci polscy komentatorzy, którzy przyjmują ukraińską perspektywę, usprawiedliwiając kult UPA, symetryzując w sprawie Wołynia czy gardłując o „polskim nacjonalizmie” czy „polskiej okupacji ziem ukraińskich przed wojną” (która nie miała miejsca). Nikt by jednak ich na dobrą sprawę nie słuchał, gdyby nie wylewająca się na ulice ukrainofobia, dostarczająca, niestety, argumentów władzom w Kijowie. Tak, prawdziwymi „sługami narodu ukraińskiego” są bandyci, fizycznie atakujący Ukraińców w polskich miastach. Andrij Sybiha, Wasyl Bodnar, a nawet sam Wołodymyr Zełenski powinni wysłać tym troglodytom żółto-niebieskie, a nawet czarno-czerwone kwiaty w podzięce za wsparcie. Bo przecież w ten sposób otrzymują na tacy dowody na „brunatną falę” nad Wisłą. Kto będzie pamiętał o ofiarach Wołynia sprzed prawie stu lat, gdy dziś na ulicach polskich miast Ukraińcy są bici za swój akcent?! Na wszelki wypadek zaznaczę: uważam osobiście, że wciąż tego rodzaju przypadków przemocy jest zbyt mało, aby uogólniać i twierdzić, iż Polska pogrąża się w ksenofobii. Taka teza byłaby na obecnym etapie krzywdząca. Ale tym bardziej należy zrobić wszystko, aby takich incydentów było jak najmniej. Albo przynajmniej pokazać, że państwo i liderzy opinii publicznej jednoznacznie reagują. Szczególnie że wzrost nastrojów niechętnych Ukrainie jest oczywisty. Podobnie oczywista jest korelacja między tymi nastrojami a aktami przemocy, które wciąż są incydentalne, ale nie można udawać, że ich nie ma. Nie chodzi o to, że teraz politycy prawicowi mają się kajać i przepraszać za swoją antyukraińską narrację. To byłoby absurdalne. Ukraińcy za kult UPA się nie kajają, więc tym bardziej Polacy nie mają moralnego wymogu przepraszać za jakichś kilku bandytów. Mamy więc dwie skrajności. Pierwsza: usprawiedliwianie aktów przemocy. Druga: wyciąganie na podstawie aktów przemocy wniosków uogólniających i przypisywanie odpowiedzialności krytykom Kijowa. Obie perspektywy są, najdelikatniej rzecz ujmując, nieuprawnione. To, że dany polityk potępia kult UPA albo nawet nawołuje do ograniczenia wsparcia dla Ukrainy, nie czyni go odpowiedzialnym za przemoc. Za przemoc odpowiedzialny jest ten, kto ją stosuje, oraz ten, kto do niej nawołuje. A jeśli jacyś dresiarze frazę „nie wspierajmy Ukrainy” rozumieją jako „możecie ruszać we trzech na pierwszego Ukraińca, którego spotkacie na swojej drodze”, to świadczy to o ich porażającej głupocie.

Podobnie porażającą głupotę widać u tych, którzy bronią sprawców pobić. Widać to wyraźnie w dyskusji wokół tego, co wydarzyło się we Wrocławiu. Na upublicznionych nagraniach widać samo pobicie, zaś jego przyczyny (ukraiński akcent? Kłótnia o miejsce w kolejce do kasy w sklepie?) znamy z relacji poszkodowanych. I to daje powód „sługom narodu ukraińskiego” do rozmywania odpowiedzialności. Bo przecież ci trzej napastnicy mogli mieć jakieś powody! Może zostali sprowokowani! Może to wszystko spisek SBU i Tuska! Teorie spiskowe o tym, że nagrania jakoby sfabrykowane, z litości pominę milczeniem. Gdy czytam tego rodzaju komentarze, nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać. Przeprowadźmy eksperyment myślowy: gdyby np. trzech Ukraińców pobiło Polaka, to zastanawialibyśmy się nad przyczynami? Czy też dzielilibyśmy włos na czworo? Przecież to absurd. Brutalne pobicie dwojga ludzi przez trójkę napastników nie da się absolutnie niczym usprawiedliwić. Parafrazując rytualne narzekania polskich ukrainofobów, należałoby tych trzech „byczków” wysłać na front, skoro mają tyle zbędnej energii. Pytanie tylko: po czyjej stronie woleliby walczyć… Ich tchórzostwo (trzech na jednego i dziewczynę to chyba nie jest odwaga) podpowiada, że w sumie to po żadnej.

Jeśli oburzamy się na brednie Kijowa o antyukraińskiej agresji narodu polskiego, to nie dawajmy naszym adwersarzom dowodów na te brednie. Z Ukrainą dyskutujmy na arenie politycznej, a nie na ringu. ©℗

Maciej Pieczyński

Tylko zalogowani użytkownicy mają możliwość komentowania
Zaloguj się Zarejestruj