Prawie dziesięć lat temu do polskich kin wszedł najwybitniejszy w historii naszej kinematografii film historyczny. Na srebrnym ekranie powinien wtedy pojawić się również na Ukrainie. Niestety, pod naciskiem tamtejszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Instytut Polski w Kijowie odwołał pokaz dzieła Wojciecha Smarzowskiego. Wielka szkoda, bo każdy Ukrainiec powinien ten film obejrzeć. Nie dałoby to gwarancji, ale przynajmniej nadzieję na to, że polska wrażliwość byłaby nad Dnieprem choć trochę zrozumiana.
Oczywiście, ukraińscy komentatorzy recenzowali ten film, mieszając go z błotem. „Kino rozbratu” – tak o „Wołyniu” pisała „Europejska Prawda”. Wybitny pisarz Jurij Andruchowycz opublikował gniewną recenzję pod rynsztokowym tytułem „Pojebane pojednanie”. Tymczasem nazwać film „antyukraińskim” można tylko z głupoty lub ze złej woli. „Wołyń” przedstawia tak uczciwy moralnie i intelektualnie obraz tamtych wydarzeń, jak to tylko jest możliwe. Jedynym w pełni pozytywnym bohaterem filmu jest Ukrainiec Petro. Nie jest ani banderowcem, ani zwolennikiem porozumienia z Polakami. Polityka go nie interesuje. „Szczęśliwie” ginie przed samą rzezią. Jego miłość do Polki Zosi, mimo że odwzajemniona, nie może być spełniona, bo przecież rodzice nie wydadzą dziewczyny za „kabana”, jak mówią o Ukraińcach. Smarzowski nie pudruje rzeczywistości. Podczas wesela, którym film się zaczyna, widać jak na dłoni, że Polacy Ukraińcami gardzą. Pojawia się wątek antyukraińskiej polityki władz II Rzeczpospolitej – pacyfikacji, burzenia cerkwi. Wspomniane jest też zabójstwo ministra Pierackiego. A potem zaczyna się to, co Smarzowski umie pokazać najlepiej – czyli rzeź. Inaczej jednak niż w innych jego filmach, nie ma tutaj epatowania okrucieństwem dla taniego efekciarstwa. Inteligentny widz zwyczajnie nie może na podstawie filmu wysnuć wniosku, że Ukraińcy mają jakiś „gen zbrodniarzy”, że to wina całego narodu. Jeśli reżyser czymś epatuje, to demonstracyjnym obiektywizmem. Pokazuje oczywiście wszystkie znane wymyślne sposoby mordowania. Ale nawet w apogeum rzezi jeden z banderowców, widząc kobietę z dzieckiem, odwraca wzrok, pozwalając jej uciec tak, by jego towarzysze jej nie zauważyli. Albo inna scena: upowcy schwytali Polaka i jeden z nich ma odrąbać mu głowę siekierą. Jednak okazuje się, że wyznaczony do wykonania „wyroku” zna ofiarę. Ma wątpliwości, nie chce zabić sąsiada, któremu jeszcze przed wojną, podczas weselnej zabawy, wybił zęby (ta beztroska, ale jednak brutalna gra była świetnie pokazaną zapowiedzią przyszłego koszmaru). Sam więc zostaje zabity przez bardziej zdecydowanego banderowca. Zatem nawet w szeregach UPA znaleźć można „dobrych Ukraińców”. Albo raczej „dobrych ludzi”, bo narodowość nie ma tu kompletnie żadnego znaczenia. Smarzowski pokazuje, że za zbrodnię odpowiadają nie tyle Ukraińcy w swej masie, ile ideologia ukraińskiego nacjonalizmu.
W filmie pokazane są polskie akcje odwetowe. Równie brutalne, co sama rzeź. Ale też zachowane są proporcje. Przekaz jest jasny: Polacy też mordowali, tyle że w zemście. Okrutnej i niedającej się usprawiedliwić, ale w zemście. Nie sposób też na podstawie filmu dojść do wniosku, że Wołyń był naturalną konsekwencją przedwojennych represji wobec Ukraińców. Bo ludobójstwo nie jest tutaj dziełem zwykłych ludzi, pragnących pomścić swoje krzywdy. Nie ma w sobie nic ze spontanicznego, emocjonalnego, nieprzemyślanego, za to sprawiedliwego odwetu. Ludobójstwa z zimną krwią i chłodną głową dokonują działacze nacjonalistyczni. Rzecz jasna, idą za nimi tłumy współsprawców. Są to jednak w większości miejscowe szumowiny, jak Stepan Szuma, który z kwiatami witał zarówno sowieckich, jak i niemieckich okupantów, kolaborował i z jednymi, i z drugimi.
Smarzowski pokazuje bardzo ludzki obraz tamtych wydarzeń. Pojawia się wątek Holokaustu. Żydów masowo mordują Ukraińcy, są też polscy szmalcownicy. Ale są też sprawiedliwi Polacy. I tu bardzo ważna scena, która najpełniej chyba oddaje uczciwość filmu, choć nie dotyczy bezpośrednio wątku ukraińskiego. Główna bohaterka zostaje zbesztana przez własnego ojca za ukrywanie „Żydków”. Powodem wściekłości nie jest jednak antysemityzm, tylko troska o córkę i jej dzieci. Głowacki (w tej roli wybitny jak zawsze Jacek Braciak) zwyczajnie boi się, że Niemcy wymordują jego rodzinę.
A poza wszystkim „Wołyń” to po prostu fenomenalnie nakręcony film. Świetna gra aktorów: Braciaka, Jakubika (których Smarzowski wyrwał z komediowej szufladki, wydobywając z nich ogromny potencjał do ról dramatycznych), ale też Michaliny Łabacz. Rola Zosi – głównej bohaterki, była jej znakomitym debiutem. Dziś Łabacz jest jedną z najlepszych polskich aktorek. Oczywiście, Smarzowski to trochę taki Patryk Vega dla liberałów z Wilanowa. Zazwyczaj jego filmy są świetnie zrobione, za to płytkie i tendencyjne. Jak więc powstało takie arcydzieło jak „Wołyń”? To proste. Smarzowski, jako lewicowy liberał, z perwersyjną radością wyśmiewa i poniża własny naród, hiperbolizując antypolskie stereotypy. Ale jednocześnie ta sama lewicowo-liberalna wrażliwość sprawiła, że nie mógł tak samo powierzchownie i niesprawiedliwie potraktować Ukraińców. I również ta sama wrażliwość sprawiła, że nie mógł bez szacunku opowiedzieć o ofiarach ludobójstwa. Dlatego „Wołyń” był jego najuczciwszym filmem. To nawet lepiej, że film ten nakręcił właśnie Smarzowski, a nie reżyser, zaangażowany bardziej po prawej stronie. Byłoby bowiem ryzyko tendencyjności, a to szkodzi sztuce. Rzeź wołyńska jest historią tak moralnie jednoznaczną, że wystarczy nakręcić o nim uczciwy, sprawiedliwy film, żeby widz przyjął polską perspektywę. ©℗
Maciej PIECZYŃSKI
Dr Maciej Pieczyński to rusycysta, ukrainista i literaturoznawca, wykładowca Uniwersytetu Szczecińskiego oraz publicysta.