Relacje na linii Warszawa – Kijów są coraz gorsze. Decyzja prezydenta Karola Nawrockiego o odebraniu ukraińskiemu odpowiednikowi Orderu Orła Białego nie przyniosła skutku w postaci refleksji drugiej strony. To jednak nie oznacza, że była niesłuszna. Przeciwnie: zdaje się, że nadszedł czas, by w sprawie historii grać z Ukrainą ostro. Czyli zgodnie z regułami, które ona sama nam narzuca. Skoro prezydent Wołodymyr Zełenski traktuje Polskę, pisząc kolokwialnie „z buta”, to nie należy wiecznie zginać karku. No dobrze, ale ktoś powie: „odnieśliśmy moralne zwycięstwo. Czyli żadne. Kijów nie tylko nie ustąpił, ale wręcz usztywnił swoje stanowisko”. To prawda. Jednak powstaje pytanie: co innego mógł zrobić polski prezydent? Po dobroci sprawy pamięci historycznej nie da się załatwić. Widać to od dawna. Ekshumacje się ślimaczą, choć oczywiście to bardzo dobrze, że w ogóle ruszyły z miejsca. Jednak w sprawie kultu OUN czy UPA Kijów nie tylko jest głuchy na nasze argumenty, ale wręcz ostentacyjnie owe argumenty ignoruje. Między ogłoszeniem zamiaru odebrania orderu a jego odebraniem Zełenski miał sporo czasu do namysłu. Co więcej, z doniesień Zbigniewa Parafianowicza wynika, że strona polska proponowała kilka kompromisowych rozwiązań. Kijów nie chciał zaakceptować żadnego z nich. Nie pomogła nawet mediacja Aleksandra Kwaśniewskiego. Polska swoje oczekiwania w sprawie ukraińskiej polityki historycznej artykułuje już od bardzo dawna. Naiwnością byłoby sądzić, że Zełenski nie zdawał sobie sprawy z tego, jak ważny jest to temat dla Warszawy. Wiedział, że nadając imię „bohaterów UPA” jednemu z pododdziałów, wywoła oburzenie nad Wisłą. A jednak świadomie wszedł w ten konflikt. Po pierwsze: żeby przykryć aferę Mindicza. Po drugie: żeby popisać się przed potencjalnymi wyborcami asertywnością w stosunkach z Polską. Po trzecie: bo uważa, że gra w wyższej niż Nawrocki i Tusk lidze, w związku z czym nie musi im ustępować.
Polska nie jest w stanie siłą narzucić Ukrainie swojej interpretacji przeszłości. Może więc tłumaczyć, apelować, przekonywać. I to wszystko już było. I nie przyniosło żadnego albo niemal żadnego skutku. Rządzący Ukrainą kompletnie ignorują polską wrażliwość. Nie ma więc żadnego powodu, by rządzący Polską liczyli się z ukraińską wrażliwością. Odebranie orderu to mocny, symboliczny gest. Poparcie świata zachodniego dla Ukrainy w dużej mierze było budowane na fundamencie osobistej popularności i aktorskich zdolności Wołodymyra Zełenskiego. Prestiż jest więc w tym wypadku bardzo cenną walutą. Uderzenie w prestiż ukraińskiego prezydenta miało zaboleć, zabolało, i bardzo dobrze. I tak Polska długo znosiła zniewagi. Odebranie orderu to nic w porównaniu z obelgami, jakie na pod naszym adresem rzucał Zełenski na forum ONZ, oskarżając nas o to, że gramy w orkiestrze Putina. Skoro nie da się nakłonić po dobroci partnera do korekty stanowiska, to trzeba przynajmniej głośno i zdecydowanie artykułować nasze stanowisko. Poza tym Order Orła Białego to nagroda, coś, na co trzeba zasłużyć. Nie jest obowiązkiem Polski nagradzanie ukraińskiego prezydenta. Ponadto, od odebrania orderu Ukraina nie upadnie. Tym bardziej więc groteskowo wyglądają gniewne reakcje ukraińskich polityków i generalnie komentatorów, którzy na decyzję Nawrockiego reagują niemal tak, jakby polskie czołgi właśnie zajmowały Lwów.
Mogłoby się wydawać, że największym problemem Polski jest Zełenski. Wystarczy, że na Ukrainie zmieni się władza, i otworzy się autostrada do porozumienia z Kijowem. Nic bardziej mylnego. Parafrazując powiedzenie „dłużej klasztora niż przeora”, można stwierdzić, że „dłużej Ukrainy niż Zełenskiego”. Obecny prezydent Ukrainy jest wyjątkowo asertywnym, agresywnym, emocjonalnym politykiem, narcyzem o autorytarnych skłonnościach, przekonanym o swojej nieomylności. Charakterologicznie jest więc trudnym partnerem. Nie tylko dla nas zresztą. Trzeba jednak pamiętać, że w sporze z Nawrockim cieszy się ogromnym poparciem ukraińskiej sceny polityczno-medialnej oraz opinii publicznej. Ukraińcy w swej masie są solidarni z Zełenskim. Oczywiście, niektórzy próbują studzić nastroje. Nawołują do porozumienia z Polską. Co jednak bardzo istotne, nie apelują o to, by Zełenski ustąpił Warszawie, a jedynie o zmianę stylu na łagodniejszy. Jeśli krytykują, to nie treść, lecz nazbyt agresywną formę. Co do meritum panuje pełna zgoda – w sprawie historii „ani kroku wstecz”. Ukraińscy komentatorzy powtarzają te same, nudne już dla obserwatora tamtejszej polityki, zgrane hasła: „nie pozwolimy, by nam Polacy bohaterów wybierali”, „nam nie przeszkadza AK, więc odczepcie się od UPA”, „zamiast nas zmuszać do uznania win, powinniście hołdować świętej zasadzie »wybaczamy i prosimy o wybaczenie«„. Niestety, kult UPA na Ukrainie nie ogranicza się do radykalnych nacjonalistów. Jest kultem ponadpartyjnym. Bo Ukraińcy traktują banderowców jako bohaterów ponadczasowej walki z Moskwą. Pamiętajmy, że przecież to nie Zełenski wpadł na pomysł nadania jednostce imienia „bohaterów UPA”. Poprosili o to sami żołnierze. Bo niestety, dla bohaterów obecnej wojny z Rosją bohaterami są banderowcy. I nie zmienimy tego. ©℗
Maciej PIECZYŃSKI
Dr Maciej Pieczyński to rusycysta, ukrainista i literaturoznawca, wykładowca Uniwersytetu Szczecińskiego oraz publicysta.