Sobota, 24 października 2026 r. 
REKLAMA

Frajerstwo Witkoffa, frajerstwo Dudy

Data publikacji: 2026-10-24 10:54
Ostatnia aktualizacja: 2026-10-24 10:54

Im dłużej trwa wojna na Ukrainie, tym bardziej zaczynają być dostrzegalne podobieństwa między dwiema jej stronami. Niezmienna pozostaje podstawowa różnica. Agresorem jest Rosja, ofiarą – Ukraina. Zaprzeczać tej oczywistości może jedynie albo pożyteczny idiota Kremla, albo idiota bezprzymiotnikowy. Natomiast prowadzenie brutalnej polityki metodą „z buta”, a przy tym wycieranie podłogi „frajerami” to metody wspólne dla Wołodymyra Zełenskiego i Władimira Putina. Obaj, jak to ujął Zbigniew Parafianowicz, są przywódcami dążącymi do eskalacji, niebojącymi się tejże eskalacji. Zełenski eskaluje, broniąc się przed inwazją. Putin eskaluje, aby podbić sąsiedni kraj. Obaj jednak wpisują się w tę samą tradycję sowieckiej i postsowieckiej dyplomacji.

W chwili, gdy piszę te słowa, nie wiadomo jeszcze, jaki dokładnie będzie los uchwały Lwowskiej Rady Obwodowej, ustanawiającej rok 2027 rokiem UPA, Romana Szuchewycza i Ołeha Olżycza. Niezależnie od tego, czy Kijów ulegnie słusznym naciskom Warszawy, czy też nie, pewne jest jedno. Sama inicjatywa radnych nie jest wypadkiem przy pracy, a jedynie jednym z wielu przykładów narastającego od lat (szczególnie po inwazji rosyjskiej) kultu banderowców. Kultu, który już dawno rozlał się poza Lwów i stał się, może oficjalnie niezadekretowanym, ale faktycznie funkcjonującym fundamentem ukraińskiej polityki historycznej. Co więcej – Ukraińcy z tego kultu nie tylko nie zamierzają rezygnować, ale wręcz alergicznie reagują na wszelką w tej sprawie krytykę, zasłaniając się świętym prawem do suwerenności w zakresie ustanawiania własnego panteonu bohaterów. I tu niestety trzeba wytknąć zaniedbania po polskiej stronie. Andrzej Duda, jeszcze jako prezydent, nie tylko nic nie zrobił dla wyegzekwowania od Kijowa jakichkolwiek gestów w sprawie upamiętnienia Krwawej Niedzieli, ale wręcz przyłożył rękę do utrwalenia kultu UPA, 11 lipca 2023 r. podpisując się wraz z Zełenskim pod haniebnym komunikatem, zrównującym polskie i ukraińskie „ofiary Wołynia”. Tym samym zaakceptował narrację Ukrainy o rzekomej „symetrii win”. Ustępował we wszystkim, w czym mógł. Demonstrował swoją przyjaźń z Zełenskim. Było to, jak widać po owocach, uczucie nieodwzajemnione. Zełenski nie tylko nie docenił Dudy, ale publicznie, na forum ONZ, zapisał go do „orkiestry Putina”. Z pewnością w prywatnych rozmowach nazywa go „łochem”, czyli frajerem. Sam, jako typowy wschodni przywódca, stara się na wszelkie sposoby uniknąć tego rodzaju łatki, bo w tym paradygmacie kulturowym to samobójstwo. Dlatego, gdy jeszcze na początku prezydentury pojechał do ukraińskich żołnierzy, aby wymusić na nich realizację ustępstw wobec Rosji, wykrzykiwał, że nie jest „łochem” i nie da im się wykiwać. Zełenski, tak jak jego (i nasz) śmiertelny wróg, zasiadający na Kremlu, gardzi językiem miłości, najlepiej zaś rozumie język siły.

Dlatego „łochem”, tyle że w oczach Putina, jest najpewniej Steve Witkoff, specjalny wysłannik Donalda Trumpa ds. misji pokojowych. Jak wiadomo, podczas niedawnego spotkania z rosyjskim prezydentem nazwał go człowiekiem, kierującym się względami humanitarnymi. Oczywiście tę żenującą wypowiedź należy czytać w kontekście uwolnionego przez Rosję amerykańskiego więźnia. Jednak głównym zadaniem Witkoffa jest doprowadzenie do pokoju na Ukrainie. Tymczasem późnym wieczorem tego samego dnia, gdy wysłannik Trumpa komplementował „humanitaryzm” Putina, Rosja przypuściła zmasowany atak na Kijów, w którym zginęła co najmniej jedna osoba, 22 zostały ranne, w tym czworo dzieci. Władca Kremla pokazał w ten sposób środkowy palec „łochowi”. Nie pierwszy i nie ostatni zapewne raz zresztą. Trump miał moment zawahania, a nawet zbliżenia z Zełenskim, ostatnio jednak znów twierdzi, że to właśnie ukraiński prezydent jest główną przeszkodą na drodze do pokoju. Witkoff zdaje się bardzo poręcznym narzędziem do osiągnięcia porozumienia z Rosją. W końcu wielokrotnie dowiódł on już swoich proputinowskich sympatii. Komplementy pod adresem Putina to tylko otoczka. Przypomnijmy, że rok temu Witkoff napisał plan pokojowy, opierając się na rosyjskim dokumencie.

Władca Kremla, podobnie jak prezydent, zasiadający przy ul. Bankowej w Kijowie, gardzi „frajerami”, najlepiej zaś rozumie język siły. Trump utracił kontakt z rzeczywistością, jeśli naprawdę sądzi, iż komplementy Witkoffa i połajanki pod adresem Zełenskiego przekonają Putina do zakończenia wojny. Tak, Putina, bo to on tę wojnę wywołał, on ją prowadzi, on konsekwentnie odmawia kolejnych propozycji zawieszenia broni. Dopóki Putin będzie widział słabość Zachodu, dopóty będzie ją wykorzystywać i pójdzie na Ukrainie tak daleko, jak daleko zdąży, zanim w końcu Waszyngton straci cierpliwość. Podobnie władze nad Dnieprem będą broniły swojej polityki historycznej jak niepodległości, dopóki, dopóty ktoś im nie wytłumaczy, że stawianie pomników ludobójcom nie pomaga, tylko wręcz zagraża owej niepodległości. Zagraża, bo dostarcza argumentów Putinowi. Przede wszystkim zaś zagraża, bo dostarcza Polsce argumentów, by ograniczyć wsparcie dla kraju, który wobec Warszawy prowadzi politykę po prostu wrogą. ©℗

Maciej PIECZYŃSKI

Tylko zalogowani użytkownicy mają możliwość komentowania
Zaloguj się Zarejestruj