Pod koniec października doszło na Ukrainie do przełomowego wydarzenia. Niestety, polskie media nie dostrzegły powagi sytuacji. Jak to często bywa, skupiły się nie na tym, co naprawdę istotne. Pewnie każdy czytelnik słyszał o tym, że Ukraińcy kręcą antypolski serial we Lwowie. Albo o tym, że „Azowcy” urządzili katownię dla dezerterów pod Kijowem (co akurat okazało się tylko do pewnego stopnia prawdą). Jednak obie te sytuacje są niewarte większej uwagi. Bo wszyscy wiemy, że Ukraińcy budują swoją politykę historyczną na kontrze do Polski. Wszyscy też wiemy, do czego są zdolni „Azowcy”. A nawet jeśli przyjąć interpretację, że afera z ich udziałem została rozdmuchana przez rosyjską propagandę, to też nie ma w tym niczego nowego. Słowem: nuda, nic się nie dzieje. I po co strzępić język?
Natomiast do prawdziwego przełomu doszło w Oleszkach. Czyli okupowanej przez Rosjan miejscowości w obwodzie chersońskim. Mieszkańcy przeżyli prawdziwą katastrofę humanitarną. Brakowało żywności, wody, prądu, leków. Wskutek mediacji Melanii Trump przy udziale papieża Moskwa i Kijów przeprowadziły wspólną operację humanitarną, umożliwiając mieszkańcom wyjazd na terytorium kontrolowane przez Ukrainę lub do Rosji. Co istotne, wybór kierunku należał do samych zainteresowanych. Akcję koordynowali rzecznicy praw człowieka z obu krajów: Dmytro Łubineć i Jana Łantratowa. Działali wspólnie, ramię w ramię. Oboje osobiście rozmawiali z mieszkańcami. Udzielali wspólnych komentarzy dla prasy. Swoją drogą, w Oleszkach pojawili się dziennikarze i propagandyści z obu stron frontu. Być może po raz pierwszy. Normalnie ze sobą rozmawiali. Propagandysta kremlowskiej telewizji, a zarazem polityk partii Jedna Rosja Jewgienij Popow popisywał się nawet znajomością języka ukraińskiego, sarkastycznie dodając, że mówi w tym języku lepiej niż wielu Ukraińców. Niby złośliwość. Ale jednak zaskakujące – przecież rosyjscy propagandyści zazwyczaj negują prawo Ukraińców do posiadania odrębnej tożsamości…
Kluczowe było jednak co innego. Do tej pory za kontakty rosyjsko-ukraińskie odpowiadali dyplomaci, politycy i wojskowi. Przedstawiciele obu stron frontu brali udział w bardzo sformalizowanych, odbywających się w niezwykle napiętej atmosferze, trudnych negocjacjach pokojowych. Nie było miejsca na żarty, luźne rozmowy czy nawet złośliwości. Odbywały się też wymiany jeńców. To jednak trudno uznać za „kontakty rosyjsko-ukraińskie”. Jeńcy, wzięci do niewoli przez Rosję, byli dowożeni autobusem na stronę ukraińską i odwrotnie. Procedura niepozostawiająca pola do bliższych kontaktów. Tymczasem w Oleszkach doszło do precedensu. Nie była to ani wymiana jeńców, ani wymiana zdań negocjatorów przy stole rozmów pokojowych. Była to wspólna, podkreślmy to raz jeszcze: wspólna akcja humanitarna, przeprowadzona nie przez polityków czy żołnierzy, tylko przez rzeczników praw człowieka. Łubineć i Łantratowa nie wykłócali się o to, ilu mieszkańców Oleszek ma pojechać do Rosji, a ilu na Ukrainę. Nie spierali się o to, czy miejscowość powinna znajdować się pod kontrolą Moskwy, czy Kijowa. Nie dyskutowali o warunkach zawieszenia broni. Po prostu wspólnie rozmawiali z mieszkańcami, wsłuchiwali się w ich potrzeby i te potrzeby realizowali.
Co więcej, gołym okiem widać było między nimi nić porozumienia, a nawet sympatii. Być może była to nawet chemia. Oboje w podobnym wieku – 38-letnia Rosjanka i 45-letni Ukrainiec. Co znamienne, większość internetowych i medialnych komentarzy na temat sytuacji w Oleszkach dotyczyła nie tyle samej katastrofy humanitarnej i sposobów jej zażegnania, ile relacji między dwojgiem rzeczników. Po raz pierwszy bowiem od wybuchu wojny można było zobaczyć tak bliską i serdeczną współpracę oficjalnych przedstawicieli dwóch walczących ze sobą państw. Stąd nic dziwnego, że zaczęto żartować z ich zażyłej relacji. Na podstawie nagrań można wysnuć wniosek, że Łantratowa wpadła w oko swojemu ukraińskiemu odpowiednikowi. Sama również okazywała mu sympatię i życzliwość, była jednak nieco bardziej niż on powściągliwa.
Być może doszukiwanie się chemii między tym dwojgiem jest nadinterpretacją, która ma jednak bardzo logiczne powody. Po prawie pięciu latach wojny miła rozmowa dwóch przedstawicieli walczących stron urasta do rangi czegoś naprawdę niezwykłego. Część ukraińskich komentatorów skrytykowała swojego rzecznika praw człowieka za okazywanie sympatii Rosjance. Ciekawie mówił o tym sam Łubineć podczas konferencji prasowej. Przyznał, że przed akcją w Oleszkach przeczytał pod swoim adresem mnóstwo komentarzy, które daje się streścić następująco: „masz być dla Rosjanki niemiły, masz być chamski, masz ją zwyzywać, ale musisz też uratować możliwie najwięcej naszych rodaków!”. Łubineć słusznie zauważył, że nie da się tych dwóch postaw połączyć. Dyplomacja wymaga dobrej atmosfery. Również dyplomacja humanitarna. Trudno sobie wyobrazić, aby zwyzywanie rosyjskiej urzędniczki pomogło ukraińskim cywilom, przebywającym przecież na terenie przez Rosję okupowanym…
Obok krytyki za rzekome adorowanie rosyjskiej rzeczniczki praw człowieka Łubineć spotkał się też z ogromem wdzięczności ze strony rodaków. Kto wie, być może zbije na tym kapitał polityczny, pozwalający w przyszłości powalczyć o władzę na Ukrainie? Może Łubineć wyrośnie na lidera „partii pokoju” nad Dnieprem? Ukraińcy są zmęczeni wojną, marzą o pokoju. Nie będą jednak popierać Arestowycza czy Mendel, czyli „realistów”, nawołujących do ustępstw wobec Rosji. O wiele łatwiej oddać głos na człowieka, który realnie pomaga zwykłym ludziom…
To pierwsza taka sytuacja, pokazująca, że Moskwa i Kijów są zdolne do dialogu. Oleszki mogą się więc stać poligonem doświadczalnym dla przyszłych rozmów pokojowych. Szczególnie, że Łubineć i Łantratowa już się umawiają na kolejne tego typu wspólne operacje humanitarne. Wielce zatem prawdopodobne, że pokój na Ukrainie zbliża się wielkimi krokami… ©℗
Maciej PIECZYŃSKI
Dr Maciej Pieczyński to rusycysta, ukrainista i literaturoznawca, wykładowca Uniwersytetu Szczecińskiego oraz publicysta.