Poniedziałek, 19 października 2026 r. 
REKLAMA

Co słychać na ZZZachodnim froncie

Data publikacji: 2026-10-18 10:14
Ostatnia aktualizacja: 2026-10-18 10:14

Jednym z najciekawszych kulturowo-politycznych fenomenów obecnej wojny na Ukrainie jest tzw. Z-społeczność. Tworzą ją blogerzy, publicyści i korespondenci wojenni, słowem: propagandyści „specjalnej operacji wojskowej”, publikujący swoje relacje i komentarze na jej temat w mediach społecznościowych, głównie na portalu Telegram. Nazywani są również Z-blogerami. Ich specyfika polega na tym, że choć jednoznacznie popierają inwazję na Ukrainę, to zarazem potrafią krytykować władze swojego kraju za sposób prowadzenia działań zbrojnych. Sprawiają wrażenie do pewnego stopnia niezależnej prowojennej opinii publicznej. Niezależnej od Kremla, ale zależnej od wojny. Nie wszyscy bowiem współpracują z kremlowskimi mediami, wielu zarabia dzięki wsparciu swoich internetowych czytelników i widzów. Wszyscy jednak zarabiają na wojnie. Narzekają na Putina (częściej jednak na generałów czy ministrów), użalają się nad frontowymi niepowodzeniami, ale wszyscy oni opowiadają się za wojną.

Bodaj najbardziej znanym badaczem Z-społeczności jest dziennikarz Iwan Filippow. Prowadzi bloga „Na ZZZZapadnom frontie biez pieriemien”, co po polsku oznacza na ZZZZachodnim froncie bez zmian”. Podkreślenie litery „Z” jest oczywistym nawiązaniem do symbolu inwazji na Ukrainę. Symbolu, od którego nazwę wzięła również prowojenna społeczność blogerów. Filippow jest więc swego rodzaju anty-Z-blogerem. Na swoim blogu opisuje i krytycznie analizuje twórczość „zetników”. Niedawno na Zachodzie, po rosyjsku, nakładem wydawnictwa Freedom Letters, ukazała się książka Filippowa pod tym samym, co prowadzony blog, tytułem. Filippow przeanalizował w niej 40840 wpisów, pochodzących z 1834 prowojennych kanałów i źródeł internetowych. Badacz przekonuje, że zwolennicy wojny dostarczają najbardziej kompromitującego świadectwa o systemie Putina. Dokumentując korupcję, niekompetencję dowódców, bezprawie i degradację państwa, „zetnicy” obnażają patologie reżimu, któremu sami służą. Wciąż jednak nie potrafią wyciągnąć ostatecznego, wydawałoby się: logicznego wniosku, że odpowiedzialność za stan państwa i armii ponosi sam Władimir Putin. Krytykując sposób prowadzenia wojny, nie są też w stanie spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że problemem są nie tyle środki, ile sam cel. Innymi słowy – nie rozumieją, że wojna jako taka pozbawiona jest sensu, skoro wiąże się z takimi patologiami i stratami po stronie rosyjskiej.

Ciekawą recenzję książki Filippowa napisał Daniił Tulenkow. Postać, którą na tych łamach kilkukrotnie prezentowałem. Gwoli przypomnienia: Tulenkow siedział w więzieniu za oszustwo, wyszedł na wolność poprzez front, rekrutując się w szeregi Sztormu Z, czyli batalionu karnego, walczącego na Ukrainę. Swoje frontowe doświadczenia opisał potem w książkach „Sztorm Z. Nie macie innych nas” oraz „Żona szturmowca”. Powieści te prezentują niejednoznaczny obraz wojny. Tulenkow deklaratywnie popiera konflikt z Ukrainą, ale też dokumentuje patologie armii rosyjskiej, opisuje zbrodnie wojenne, dokonywane przez obie strony frontu. Sam jest nie tylko Z-pisarzem, ale Z-blogerem. Tyle że w pewnym sensie „nawróconym”. Tulenkow przeszedł drogę od narracji dającej się streścić jako „popieram wojnę, ale pokazuję jej ciemne strony” do postawy, wyrażającej się następująco: „ta wojna szkodzi Rosji, trzeba ją zakończyć”. Dlatego recenzja książki Filippowa autorstwa Tulenkowa jest bardziej radykalnie antywojenna niż sama książka. Choć przecież dawny naczelny propagandysta wojny recenzuje publikację konsekwentnego tej wojny krytyka…

„Zetnik to człowiek, zdolny zgadnąć wszystkie litery, ale niepotrafiący wypowiedzieć słowa” – oto główna myśl Filippowa, wychwycona przez Tulenkowa. Innymi słowy: Z-blogerzy dostrzegają wszystkie minusy wojny, ale nie są w stanie dojść do oczywistego wniosku, że skoro wojna ma tyle minusów, to Rosja powinna ją zakończyć. Tulenkow podejmuje polemikę z Filippowem. Jego zdaniem autor książki przecenia „zetników”, sugerując, że są oni ludźmi błądzącymi, ale szczerymi. Prawdziwie wierzącymi w idee Putina. W optyce Filippowa Z-blogerzy po prostu nie rozumieją związków przyczynowo-skutkowych. A zatem, teoretycznie wystarczy, aby w końcu te związki zrozumieją, a wtedy w końcu zorientują się, że to sama wojna jako taka jest przyczyną wszystkich problemów, na które wskazują. Jak przekonuje Tulenkow, taka diagnoza jest słuszna w odniesieniu do poszczególnych jednostek, ale błędna w stosunku do całego Z-ogranizmu. Pisarz używa tutaj metafory cienia, rzucanego przez obiekt. Z-społeczność jest cieniem wojny. Nie może funkcjonować bez niej. „Zetnicy” na wojnie zarabiają, pasożytują. Energia, która ich napędza, jest z założenia destrukcyjna. „Specjalna operacja wojskowa stała się sublimacją nagromadzonego w części społeczeństwa kolektywnego nieświadomego zła” – pisze Tulenkow. W jego ocenie „zetnicy” nie są grupą „krwawych idealistów”, tylko organizmem, który żyje dzięki wojnie, i jest związany z nią nie tyle idealistycznymi, ile materialnymi nićmi. Filippow uważa, że beneficjentem inwazji na Ukrainę jest rosyjska władza, a przede wszystkim sam Putin. Tulenkow dodaje, że dla Kremla wojna jest jedynie instrumentem prowadzenia polityki. Instrumentem, który bez żalu odrzuci, jeśli pojawią się lepsze, poręczniejsze, skuteczniejsze instrumenty. „Zetnicy” na to pozwolić sobie nie mogą, ponieważ „SWO” jest racją ich bytu.

Tulenkow porównuje „zetników” do bolszewickich „profesjonalnych rewolucjonistów”, dla których rewolucja była jedynym zawodem, oraz do trockistów, marzących o „permanentnej rewolucji”. „Rakiem na ciele Rosji” nazywa zarówno Z-blogerów, jak i ich „milczącą pastwę” (czytelników, odbiorców), która rodzi zapotrzebowanie na zniszczenie i przemoc. Armia, o którą tak się martwią, jest dla nich jedynie środkiem do celu, jakim jest zarabianie pieniędzy na pisaniu o wojnie.

Zdaniem Tulenkowa Filippow się myli, opisując „zetników” jako głupich, ale szczerych i uczciwych. Doskonale bowiem rozumieją, że zakończenie wojny pozbawi ich dochodów. I dlatego nie chcą w swojej krytyce inwazji na Ukrainę postawić „kropki nad i”. ©℗

Maciej PIECZYŃSKI

Tylko zalogowani użytkownicy mają możliwość komentowania
Zaloguj się Zarejestruj