Trzeba przyznać Ukraińcom, że ochoczo leją wodę na młyn kremlowskiej propagandy. Robią wiele, aby z jednej strony zniechęcić do siebie Polskę, z drugiej zaś strony – aby dostarczyć argumentów Putinowi. Od razu zaznaczę: pogorszenie relacji z Kijowem nie oznacza, że Warszawa powinna pomyśleć cieplej o Moskwie. Kto wyciąga taki wniosek z zimnej wojny polsko-ukraińskiej, ten jest w ogromnym błędzie. Dla Rosji, co już niejednokrotnie podkreślałem, jesteśmy wrogiem gorszym nawet niż Ukraina. Bo jesteśmy Zachodem. A Moskwie właśnie o pokonanie Zachodu chodzi przede wszystkim. Co więcej, z perspektywy Putina jesteśmy małym, niewiele znaczącym państewkiem, z którym nie warto rozmawiać.
Ukraińcy wykonują dobrą robotę, wykrwawiając naszego wroga, jakim jest Rosja. Sami jednak bardzo się starają, abyśmy myśleli o nich niewiele lepiej niż o Putinie. Nadanie imienia „Bohaterów UPA” jednej z jednostek ukraińskiej armii nie jest jednostkowym wybrykiem Wołodymyra Zełenskiego, który chce dopiec nielubianym Polakom. Być może ukraiński prezydent nawet o nas nie pomyślał, honorując banderowską partyzantkę. Kult OUN-UPA jest obecny nad Dnieprem od dawna. Oczywiście, jego ostrze jest dziś antyrosyjskie, korzenie jednak – przede wszystkim antypolskie. Oddawanie czci banderowcom nie jest wymierzone w Polskę, bo Ukraińców polska wrażliwość w tej sprawie kompletnie nie interesuje. Oni zupełnie szczerze na nasze pretensje reagują oburzeniem. Gdy mówimy: „boli nas, że oddajecie hołd tym, którzy odpowiadają za masowe mordy na Polakach”, reagują zawsze tak samo. Mniej więcej tak: „po pierwsze, mamy prawo do własnych bohaterów, po drugie, wasz Piłsudski nie jest lepszy, więc patrzcie na siebie, po trzecie – wymagając od nas czegokolwiek, gracie w orkiestrze Putina”. I tak za każdym razem. Zełenski tak się uniósł banderowskim honorem, że zamienił Jasionkę na Kiszyniów i prawdopodobnie zlekceważy konferencję ds. odbudowy Ukrainy, tylko dlatego, że odbędzie się ona na terenie Polski, którą uważa obecnie za wroga.
Ukraińcy jedną ręką stawiają pomniki upowcom, drugą – burzą pomniki rosyjskich pisarzy. Ostatnio taki los spotkał Michaiła Bułhakowa. Z jednej strony, trudno im się dziwić. Bułhakow, co prawda, urodził się i mieszkał w Kijowie. Ale jednak był wielkoruskim szowinistą, który ustami bohaterów „Białej Gwardii” wyraził swój osobisty, pogardliwy i lekceważący stosunek do ukraińskiej tożsamości. Powieść ta opisuje losy rosyjskiej, inteligenckiej rodziny Turbinów, mieszkającej w Kijowie podczas wojny domowej po rewolucji październikowej. O miasto walczyli wówczas biali, czerwoni i Ukraińcy. Turbinowie trzymali z białymi, czerwonych traktowali jak wrogów, Ukraińców – jak karykaturalną, niedorozwiniętą kulturowo, prymitywną grupkę separatystów, którym ubzdurało się, że mają prawo do własnego państwa. Wiem, że to trudne, ale przyjmijmy perspektywę współczesnych władz Kijowa: w momencie walki z rosyjską agresją wydaje się dość zrozumiałym krokiem wymazanie z przestrzeni publicznej takiego antybohatera. Zresztą, jak słusznie zauważył ukraiński publicysta Witalij Portnykow, na terenie Ukrainy urodziło się wielu wybitnych polskich pisarzy, a jednak żaden z nich nie jest tak znany, tak chętnie czytany, żaden nie ma tylu upamiętnień, co Bułhakow. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Otóż Ukraińcom bliższa jest kultura rosyjska, niż polska. Lepiej znają rosyjski, niż polski. I tym bardziej logiczne wydaje się zrzucenie z piedestału pisarza, który swoim piórem przypomina Ukraińcom, jak bardzo są do Rosjan podobni…
Z drugiej strony, absurdem jest zawężać twórczość autora „Mistrza i Małgorzaty” to ukrainofobicznych wynurzeń z „Białej Gwardii”. Dlatego Ukraińcy narażają się na argument, że robią to, co Rosjanie – czyli walczą z kulturą. Kulturą z lekkim zabarwieniem szowinistycznym, ale jednak z kulturą. I tu bardzo ważna konkluzja. Skoro Ukraińcy nie szanują naszej, polskiej wrażliwości historycznej, to my, jako Polacy, absolutnie nie mamy obowiązku kopiować ich cenzorskich, antyrosyjskich zapędów. Jak chcą, niech sobie burzą pomniki rosyjskich pisarzy, i to wszystkich – niezależnie od ich poglądów. Ale my w Polsce czytajmy Bułhakowa. To w końcu wielki pisarz. Pamięć o nim przetrwa Zełenskiego i jego antypolskie fochy. ©℗
Maciej PIECZYŃSKI
Dr Maciej Pieczyński to rusycysta, ukrainista i literaturoznawca, wykładowca Uniwersytetu Szczecińskiego oraz publicysta.