Sobota, 23 maja 2026 r. 
REKLAMA

Bałkańskie skandale Eurowizji

Data publikacji: 2026-05-23 12:00
Ostatnia aktualizacja: 2026-05-23 12:00

Najpopularniejszy konkurs piosenki na świecie praktycznie co roku wywołuje polityczne kontrowersje. Nie obyło się bez nich również tym razem. Przy czym zazwyczaj afery mają charakter ideologiczny. Prawica oburza się, że Eurowizja promuje lewicowe wartości. Tym razem jednak to nie kwestia LGBT zdominowała spory wokół festiwalu. Ponad podziałami na prawicę i lewicę w Polsce powszechne było oburzenie na to, że nasze jury przyznało maksymalną liczbę punktów Izraelowi. Niechęć do państwa, dokonującego zbrodni wojennych, i nieponoszącego za to niemal żadnych kosztów, łączy ludzi niezależnie od ich poglądów. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę konsekwencję świata zachodniego wobec innego państwa, położonego na szeroko rozumianym Wschodzie.

 Ale ja nie będę dziś pisać o Izraelu. Skupię się na Bałkanach. A dokładniej na dwóch reprezentacjach półwyspu, które wywołały kontrowersje, związane - znów - z szeroko rozumianym Wschodem. Zacznę od Chorwacji. Zespół Lelek wykonał utwór „Andromeda”. Artystki pojawiły się na scenie z wytatuowanymi krzyżami. Nie była to żadna prowokacja ani próba uderzenia w katolików, jak mógłby się tego spodziewać prawicowy krytyk Eurowizji. Wręcz przeciwnie. Tekst piosenki opowiada o chorwackich kobietach, porywanych przez Turków podczas panowania osmańskiego na Bałkanach. Według tradycji tatuowanie symboli chrześcijańskich miało uchronić przed przemocą, w tym seksualną, ze strony muzułmanów. Nic dziwnego, że występ Chorwatek wywołał protesty Turcji, która poczuła się urażona wypominaniem osmańskiej niewoli. Dziwne, że ten oryginalny historyczny protest-song w polskiej przestrzeni publicznej przeszedł praktycznie bez echa. Jeszcze niedawno polscy konserwatyści - słusznie! - zachwycali się każdym przykładem, dowodzącym, że chrześcijańska tradycja w Europie jeszcze nie umarła. A już szczególnie, jeśli taki przykład dało się wpisać w obronę Starego Kontynentu przed zalewem muzułmańskich migrantów. Było to szczególnie aktualne podczas kryzysów migracyjnych - tego z lat 2015-2016, ale też tego, który wybuchł w 2021 r. na granicy polsko-białoruskiej. Wtedy perspektywa walki z islamem nabrała aktualności. Dziś te emocje wygasły. Muzułmanie przestali być wrogiem nie tylko dlatego, że już nie szturmują masowo naszych granic, ale dlatego, że na horyzoncie pojawiło się dwóch innych wrogów. W walce z jednym z nich wyznawcy Mahometa są nawet sojusznikiem. Mowa oczywiście o Izraelu. A czasem o Żydach, bo słuszne oburzenie na ludobójstwo, dokonywane na Bliskim Wschodzie, bywa tylko przykrywką dla zwykłego, ordynarnego antysemityzmu. Drugi wróg prawicy to rzecz jasna Ukraina. Tu też widać stopniowanie. Jedni bardziej nienawidzą Ukrainy niż kochają Polskę i wręcz kibicują Putinowi. Drudzy słusznie oburzają się na to, jak kraj, który zawdzięcza nam swoje istnienie, traktuje nas z buta. Tak czy inaczej, ostatnie edycje Eurowizji niosą ze sobą raczej awantury o to, czy Ukraina okazała się wystarczająco Polsce wdzięczna za wsparcie, albo o pozycję Izraela w konkursie, niż o promowanie lewicowych wartości.

 Drugi bałkański występ, który wywołał kontrowersje na Wschodzie, to zwycięska piosenka „Bangaranga” w wykonaniu bułgarskiej piosenkarki Dary. Po raz pierwszy w historii ten obecnie najbiedniejszy kraj Unii Europejskiej wygrał Eurowizję. Nic, tylko świętować. Oczywiście, można utyskiwać na niezbyt ambitny poziom utworu, ale tego rodzaju narzekań nie należy traktować poważnie. Eurowizja to nie Konkurs Chopinowski. Tutaj z założenia ma królować muzyka popularna, porywająca tłumy do tańca, a nie skłaniająca do refleksji. Moim osobistym faworytem Bułgaria nie była, ale cieszę się, że wygrał rozrywkowy kawałek, a nie smętna ballada, udająca coś ambitniejszego.

 Ale „Bangaranga” wzbudziła kontrowersje bynajmniej nie z powodów stricte artystycznych. Ukraińscy internauci zaczęli podejrzewać, że Dara ma związki z Rosją. W grudniu zeszłego roku na jej Instagramie pojawiła się tajemnicza grafika, przedstawiająca literę „Z”. Wniosek wielu Ukraińcom nasuwał się oczywisty - bułgarska piosenkarka popiera inwazję rosyjską! Tak to bywa, gdy do wszystkiego przykładamy miarę własnych wyobrażeń i oczekiwań wobec rzeczywistości... Szybko bowiem kąpani w mniej gorącej wodzie ukraińscy internauci wyśledzili, że jednak nie ma powodu do oburzenia, bo grafika była częścią promocji musicalu „Zorro”, w którym Dara uczestniczyła. Warto pamiętać, że Bułgaria jest trochę na uboczu najważniejszych wydarzeń za naszą południowo-wschodnią granicą. Nie wszystko tam musi się kojarzyć z wojną...

 Nie samą „zetką” krytycy bułgarskiej wokalistki żyją. Kolejny powód do tym razem bardziej zrozumiałych podejrzeń dał Filip Kirkorow. Znany rosyjski piosenkarz, popierający politykę Putina, ogłosił bowiem w jednym z wywiadów, że to jego ekipa przygotowywała Darę do występu na Eurowizji. Kirkorow ma bułgarskie korzenie i kontakty w tym kraju. Jak stwierdził, nie mógł odmówić pomocy swojej „małej ojczyźnie”. Na rzecz prawdomówności Kirkorowa przemawia fakt, iż w ekipie Dary znalazł się grecki kompozytor, który wcześniej współpracował z Kirkorowem właśnie, a także z innymi rosyjskimi artystami. To jednak automatycznie nie znaczy, że sympatyk Putina jest ojcem chrzestnym zwycięskiego występu.

Szczególnie że otoczenie Dary wydało komunikat, w którym zaprzeczyło, by Kirkorow miał coś wspólnego z jej zwycięstwem. W rozmowie z „Nową Gazietą Jewropa” bułgarski analityk Georgi Angelow postawił ciekawą tezę. Jego zdaniem Kirkorow rzeczywiście mógł pośrednio, dzięki swoim kontaktom, pomóc Darze. Ważniejsze jednak jest to, w jaki sposób jej występ rezonował w rosyjskiej propagandzie. Bułgarskie media społecznościowe nie są rzecz jasna wolne od prokremlowskiej dezinformacji. Postawa Moskwy wobec Dary nie była jednak konsekwentna. Początkowo artystka była przez propagandę atakowana za rzekomy satanizm, przejawiający się w jej występach. Wtedy Kreml włączył tryb „obrony wartości tradycyjnych”. Ale gdy ostatecznie nieoczekiwanie wygrała konkurs, wajcha została przestawiona. Teraz rosyjska propaganda postanowiła przypisać sobie sukces wokalistki. W końcu sam Kirkorow, z powodu wykluczenia Rosji, może obecnie pomarzyć o występie na Eurowizji. Przynajmniej więc przypomni o sobie, podpinając się pod cudzy sukces. A nawet jeśli rzeczywiście pomógł Darze, to pewne są dwie rzeczy. Po pierwsze, Eurowizję wygrała bułgarska wokalistka, a nie reprezentant Rosji. Po drugie - nic nie wiadomo o tym, by Dara popierała Putina. Nie dajmy się więc zwariować. ©℗

Maciej PIECZYŃSKI

Tylko zalogowani użytkownicy mają możliwość komentowania
Zaloguj się Zarejestruj