W pierwszym tygodniu marca mogło dojść do dość nieoczekiwanej sytuacji. Mianowicie, w Berlinie miał wystąpić rosyjski zespół muzyczny, lojalny wobec Władimira Putina. Mało tego – koncert w niemieckiej stolicy był zaplanowany w ramach wielkiego europejskiego tournée tejże grupy. Na trasie były Belgrad, Sofia, Budapeszt i na końcu Berlin właśnie. W polskich mediach (podobnie jak w zachodnich) właściwie ze świecą było szukać informacji na ten temat. Może dlatego, że piszący te słowa jest jednym z niewielu dziennikarzy na zachód od rzeki Bug, który żywo się rzeczonym zespołem interesuje i stosunkowo często opisuje jego fenomen.
Uważni czytelnicy moich tekstów i wpisów w mediach społecznościowych zapewne już w tym momencie domyślili się, że chodzi o Ay Yola. Czyli o baszkirską grupę folk-popową, która zdobyła ogromną popularność w Rosji i w całej Azji. Śpiewają po baszkirsku, grają na baszkirskich instrumentach ludowych i nie wypowiadają się na temat wojny (poza wyjątkiem frontmana, który jeszcze przed założeniem zespołu publicznie poparł „specoperację”). Nie wypowiadają się, bo też nikt ich o to nie pyta. Putinowi potrzebni są jako maskotka, żeby mógł pokazać światu, że pielęgnuje azjatycką tożsamość swego kraju w wyjątkowo atrakcyjnym wydaniu. Ich europejskie koncerty reklamowane były właśnie jako występy baszkirskiego, nie zaś rosyjskiego zespołu. Ktoś, kto nie jest dobrze zaznajomiony z tematem, mógłby nawet nie zauważyć, że ci orientalni goście tak naprawdę przybywają z państwa-agresora, gdzie żyją jak pączki w maśle. Nie wszyscy automatycznie kojarzą Baszkirię z Rosją… Była więc szansa, że Ay Yola prześlizgną się przez sito europejskiej cenzury.
W Belgradzie Ay Yola wystąpili. Nie ma w tym nic dziwnego – Serbia nie jest ani w Unii Europejskiej, ani w NATO, zaś jej bliskie związki z Moskwą są powszechnie znane. Problem pojawił się z kontynuacją trasy. W przeddzień koncertu w Sofii zespół poinformował, że pozostałe europejskie występy musi przełożyć na inny – póki co bliżej nieokreślony – termin. Powód? Paszporty artystów przez miesiąc leżały w bułgarskim konsulacie w oczekiwaniu na wydanie wiz turystycznych. W tym czasie nie zapadła żadna decyzja – ani pozytywna, ani negatywna. Sprawa była przeciągana tak długo, że przyjazd do Sofii, a zatem następnie do Budapesztu i Berlina, stał się niemożliwy. Oficjalnie to właśnie ociężałość biurokracji jest powodem odwołania koncertów.
W rzeczywistości można jednak podejrzewać, że wcale nie chodziło o kwestie techniczne. Wielce prawdopodobne, iż prawdziwe powody miały charakter polityczny. Najzwyczajniej w świecie problematycznym byłby występ znanego rosyjskiego, lojalnego wobec Kremla zespołu w jednym z państw UE czy NATO. Nawiasem pisząc, indolencją organizacyjną wykazali się również muzycy, co zresztą wytknęli im fani w licznych komentarzach w mediach społecznościowych. Należało po prostu wcześniej wszystko zorganizować. Tym bardziej, mając świadomość, że jedzie się w trasę do „wrogiej” Europy…
I tu dochodzimy do pytania: jeśli rzeczywiście paszporty baszkirskich muzyków przetrzymano specjalnie, to czy było to słuszne działanie? W moim przekonaniu należało, jeśli już, wprost odmówić przyznania wiz, bez uciekania się do tego rodzaju forteli. Skoro walczymy z wpływami Rosji, to róbmy to z otwartą przyłbicą. Jest konkretne uzasadnienie: Federacja Rosyjska prowadzi zbrodniczą wojnę u bram Europy, więc nie życzymy sobie na swoim terenie artystów, którzy bądź to Putina popierają, bądź to go nie potępiają.
Z drugiej strony, cancelować trzeba mądrze. Nie można wylewać dziecka z kąpielą. Usuwanie z przestrzeni publicznej wszystkiego, co choć trochę kojarzy się z Rosją, jest absurdem. Takie praktyki są uzasadnione w przypadku Ukrainy, która walczy o życie. Niekoniecznie zaś w przypadku Europy, która pada ofiarą różnego rodzaju agresywnych działań Rosji, jednak o życie wciąż nie walczy. Jeśli jakieś państwo (bez powodów tak wyraźnych, jakie ma Ukraina) cenzuruje wszystko, co rosyjskie, jedynie z uwagi na pochodzenie, łatwo wystawia się na zarzut, który można streścić następująco: „czym różnimy się od Rosji, jeśli stosujemy jej metody?”. Być może więc najlepsze (wciąż dalekie od ideału) rozwiązanie jest takie: „nie zakazujmy, nie cenzurujmy, ale też nie promujmy. Chce przyjechać rosyjski zespół, zarabiający w Rosji, ale nie popierający wprost wojny? Niech przyjeżdża. Ale nie witajmy go kwiatami. ©℗
Maciej PIECZYŃSKI
Dr Maciej Pieczyński to rusycysta, ukrainista i literaturoznawca, wykładowca Uniwersytetu Szczecińskiego oraz publicysta.