W tym roku Dzień Edukacji Narodowej przypadł w czasie, gdy po szkołach grasują nożownicy, a ich ataki powodują nawet ofiary śmiertelne. To bardzo trudny moment w naszej narodowej historii. Chciałbym więc pamięcią wrócić do czasów, gdy w szkole było spokojnie. Przynajmniej ja tak wspominam swój czas spędzony w kilku szkołach, do których z mniejszym lub większym sukcesem uczęszczałem.
Nie będę wymieniał wszystkich szkół, bo miejsca w gazecie zabraknie, a ja z konieczności muszę się streszczać i przez to oszczędnie wyrażać myśli. Będzie trudno, ale spróbuję.
Pierwszą szkołą, z jaką miałem do czynienia, była oczywiście szkoła podstawowa. I tu dygresja: mój tata zawsze używał określenia „szkoła powszechna” – ot, taka przedwojenna maniera. Tak więc według mojego ojca chodziłem do powszechniaka, a według mnie do podstawówki.
Kolejna dygresja, skoro już o rodzinie mowa: moja siostra miała to szczęście, że chodziła do podstawówki tylko siedem lat. Ja już musiałem edukować się przez lat osiem. Ale na szczęście w czasach PRL nie było aż tak częstych zmian w szkolnictwie, jakich jesteśmy świadkami dzisiaj. Dzieciarnia mogła więc spokojnie przebrnąć przez wszystkie szkolne lata bez doświadczania na sobie eksperymentów kolejnych ministrów oświaty – jak wówczas określano szefów tego resortu.
I tu przy okazji mała lekcja historii związanej z nazewnictwem. W 1944 roku powstał Resort Oświaty Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego (PKWN), który pod koniec tego samego roku przekształcono w Ministerstwo Oświaty. Funkcjonowało ono do 1966 roku. Potem było Ministerstwo Oświaty i Szkolnictwa Wyższego (1966-1972). Powstało ono z połączenia Ministerstwa Oświaty oraz Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego. Kolejne było Ministerstwo Oświaty i Wychowania (1972-1987).
Muszę tu zwrócić uwagę na słowo „wychowanie”, które w tamtych czasach miało silny podtekst ideologiczny. Kładziono bowiem nacisk na wychowanie młodzieży w duchu socjalistycznym, co w praktyce oznaczało kształtowanie „nowego człowieka” – obywatela lojalnego wobec władzy, zaangażowanego w budowę socjalizmu i odpornego na wpływy zachodnie czy kościelne.
A dzięki obowiązkowej nauce języka rosyjskiego, bodajże od piątej klasy szkoły podstawowej, każdy uczeń zbliżał się do budowy komunizmu. Nie powiem, do budowy komunizmu się nie zbliżyłem, ale rozpoznaję „bukwy” i wiem, że rosyjskie grib to nasz grzyb, rieka to rzeka, morie to morze, zoria to zorza, a riad to rząd. Jest to wiedza bardzo praktyczna, bo przynajmniej wiem bez gugli, gdzie zastosować erzet, a gdzie żet z kropką.
Nasunęły mi się refleksje i wspomnienia. Kontynuuję je więc.
W tak zwanych moich czasach, gdy szło się na wagary, rodzice o frekwencji dowiadywali się dopiero podczas szkolnej wywiadówki. Dziś ledwo wybrzmi szkolny dzwonek, a rodzice już wiedzą, że ucznia nie ma w szkole. Ma to oczywiście dobre i złe strony. Zła jest taka, że ledwo uczeń wróci z wagarów, a w domu już wszyscy o tym wiedzą.
Kolej na następną szkolną anegdotę. Znajoma nauczycielka, pracująca w szkole podstawowej w samym centrum Szczecina, opowiadała mi, że po transformacji systemowej przez bodajże trzy lata wydawano świadectwa szkolne z… dorysowaną koroną do orła. Wydaje mi się, że na dobrą sprawę takie świadectwo hand made raczej nie ma mocy urzędowej?
Szkoła. Może się przyśnić to, co się w niej działo. Mnie na przykład ostatnio przyśniło się, że nie zdałem matury z matematyki. Zdałem, ale taki sen spędza sen z oczu…
Dawna szkoła nie była idealna. Na porządku dziennym były w niej kary fizyczne. Nauczyciele bez pardonu tłukli nas linijkami albo lali po pupie igielitową pytką. Serio. Jednak gdy wspominam swoje szkolne lata, nie przypominam sobie, żebyśmy bali się iść do szkoły z powodu nożownika. Baliśmy się raczej klasówki, wezwania rodziców albo tego, że nauczyciel zapyta właśnie nas, kiedy akurat nie znamy odpowiedzi.
Czasy się zmieniły. I chyba nie wszystko poszło w dobrą stronę. A jeśli chodzi o mnie, to pozostaje mi mieć nadzieję, że następnej nocy nie przyśni mi się egzamin poprawkowy z matematyki… ©℗
Krzysztof ŻURAWSKI
Krzysztof Żurawski, dziennikarz i publicysta "Kuriera Szczecińskiego".