Dawno, dawno temu, gdy byłem początkującym hipisem i dopiero co zapuszczałem długie włosy, wyczytałem w jakiejś gazecie, że „Długie włosy to nie włosy – to sztandar!”. Przypomniałem sobie te słowa, bo akurat byłem u fryzjera. Przecież co jakiś czas każdy z nas korzysta z usług fryzjera bądź fryzjerki. Ja też.
O ile długie włosy były atrybutem przynależności do dzieci-kwiatów, o tyle kolorowy pióropusz stanowił o byciu punkiem. Bo włosy to przecież wyróżnik i symbol. Ba! Włosy są związane np. z religią, kulturą, medycyną i literaturą. Bez włosów nie byłoby najstarszego francuskiego dziennika ukazującego się do dziś! Właśnie tak sobie rozmyślałem, siedząc na fryzjerskim fotelu.
W dawnych czasach fryzjerzy umieszczali przed swoim miejscem pracy słup w kolorach białym i czerwonym, a z czasem doszedł niebieski. Nie były to barwy przypadkowe: czerwony symbolizuje krew pacjenta, biały – czyste bandaże i ręczniki, a niebieski – żyły, z których toczono krew. Bo dawniej, w średniowieczu i renesansie, istniał zawód cyrulika, czyli chirurga-fryzjera. A propos – najsłynniejszym cyrulikiem jest oczywiście pewien spryciarz z Sewilli, którego na trwałe umieścili w kulturze Gioachino Antonio Rossini oraz Wolfgang Amadeus Mozart.
Ale nie tylko Figaro jest sławny. Wielu fryzjerów znalazło swoje miejsce we współczesnej popkulturze. Słyszeliście o Nożycorękim? Edward Nożycoręki to tytuł filmu w reżyserii Tima Burtona z 1990 roku. Krytycy oceniają, że jest to prawdopodobnie najbardziej poetycka, surrealistyczna i poruszająca figura „fryzjera” w całej historii kina i popkultury. Koncepcja czerpała z klasycznych opowieści o potworach i odmieńcach – przede wszystkim z Frankensteina Mary Shelley oraz ekspresjonistycznego Gabinetu doktora Caligari (1920). W filmie Burtona postać grana przez Johnny’ego Deppa jest metaforą poczucia odrębności, jakiego doświadczał reżyser w młodości.
Ale zostawmy na chwilę filmowe nożyczki. Wróćmy do prawdziwego życia. Włosy to przecież temat, który prędzej czy później dotyczy każdego z nas. Jedni mają ich za dużo, inni za mało, a jeszcze inni próbują przekonać świat, że łysina to świadomy wybór estetyczny. Są tacy, którzy walczą z siwizną, farbują, układają, prostują i kręcą. Są też tacy, którzy z dumą prezentują swoje naturalne srebro. Każdy ma jakąś strategię, choć nie każda kończy się sukcesem.
Włosy bywają również przedmiotem męskich dramatów. Szczególnie wtedy, kiedy zaczynają opuszczać głowę bez wcześniejszego uzgodnienia z właścicielem. Na początku znajdujemy je na poduszce, później na grzebieniu, a w końcu zaczynamy zauważać, że lustro pokazuje nam coraz więcej czoła. Niektórzy próbują ratować sytuację, zaczesując pozostałe włosy z jednej strony na drugą. Efekt bywa różny, ale determinacji odmówić im nie można.
A przecież nie samym strzyżeniem człowiek żyje. Wizyta u fryzjera to również okazja do rozmowy. Czasami nawet całkiem poważnej. Siedząc na fotelu, można się dowiedzieć, co słychać u znajomych, co się dzieje w mieście, kto się rozwiódł, kto wyjechał, komu urodził się wnuk i dlaczego świat zmierza w niewłaściwym kierunku. Polityka, zdrowie, rodzina, pieniądze, wspomnienia i plany na przyszłość. Tematów nie brakuje.
I jest w tym coś szczególnego. Fryzjerka trzyma w ręku nożyczki, maszynkę albo grzebień, a klient siedzi spokojnie i opowiada. Czasami mówi więcej, niż zamierzał. Może dlatego, że przez kilkadziesiąt minut nikt mu nie przeszkadza, nie przerywa i nie patrzy na zegarek. A może dlatego, że rozmowa prowadzona przed lustrem ma jakiś szczególny charakter. Nie trzeba patrzeć rozmówcy prosto w oczy, żeby powiedzieć coś ważnego.
Pomyślałem, że z tymi włosami to jednak dziwna sprawa. Kiedyś chciałem mieć ich jak najwięcej i jak najdłuższe. Dzisiaj wystarczy, żeby fryzjerka nie zabrała zbyt dużo z tego, co jeszcze zostało. Ale z tym sztandarem to zupełnie inna historia. Włosy mogą się przerzedzać, fryzura może się zmieniać, ale buntownicza natura nie musi przecież poddawać się upływowi czasu. W końcu nie wszystko, co siwieje, musi tracić kolor! ©℗
Krzysztof ŻURAWSKI
Krzysztof Żurawski, dziennikarz i publicysta "Kuriera Szczecińskiego".