Będzie to felieton egzystencjalny. A więc taki, który odnosi się do spraw naprawdę ważnych. Do życia, przetrwania, sensu istnienia i tych wszystkich pytań, które wcześniej czy później dopadają każdego człowieka. Czasem nawet wtedy, kiedy człowiek wcale nie ma ochoty na głębsze refleksje.
Mnie dopadło ostatnio w gabinecie dietetyczki. Byłem umówiony z dietetyczką pracującą w mojej przychodni rodzinnej. Nie powiem, spotkanie było całkiem miłe. Pani Ania, lat około 24 i pół, rozpoczęła rozmowę od pytania, które najwyraźniej miało otworzyć przede mną drzwi do lepszego życia:
– Co chciałby pan zmienić w swoim życiu?
Oho! Pomyślałem sobie: niezła pułapka. No bo co tu odpowiedzieć? Na moim etapie życia człowiek powinien już raczej wiedzieć, czego chce, niż zastanawiać się, co jeszcze można w sobie poprawić. Odpowiedziałem więc wymijająco:
– Mam 67 lat i nie myślę o zmianach.
No, może samochód – pomyślałem. Ale przecież tego też nie mogłem powiedzieć. Bo to zdecydowanie nie byłaby dobra odpowiedź podczas wizyty u dietetyczki. Natychmiast usłyszałbym zapewne, że powinienem więcej się ruszać, chodzić, spacerować, najlepiej codziennie i koniecznie z odpowiednią liczbą kroków. A przecież ja przyszedłem do dietetyczki, a nie na egzamin z aktywności fizycznej.
Pani Ania szybko zorientowała się, że ścieżką życiowych zmian daleko nie zajdziemy. Nie było więc sensu dalej drążyć tematu. Zmieniła taktykę i zapytała wprost:
– A czy pije pan alkohol?
Tu się ożywiłem. I to nawet bardzo. Wreszcie pojawiło się pytanie, na które mogłem odpowiedzieć bez zastanowienia.
– Owszem, piję.
Zrobiłem krótką pauzę, żeby nadać sprawie odpowiednią rangę.
– Jedno piwo dziennie. Do kolacji.
Pani Ania tylko na to czekała. Sprytna. Natychmiast zaatakowała bezpardonowo i zaczęła wyliczankę:
Piwo tuczy.
Piwo ma kalorie.
Piwo nie sprzyja diecie.
Piwo…
Dalszy ciąg był już właściwie przesądzony. Wniosek mógł być tylko jeden: należy zrezygnować z picia piwa.
I tutaj, proszę państwa, dotarliśmy do spraw naprawdę egzystencjalnych. Bo można przecież zmienić samochód. Można zmienić mieszkanie. Można nawet zmienić fryzurę, choć w moim wieku nie jest to już decyzja szczególnie brzemienna w skutki.
Ale zrezygnować z piwa? To już nie jest zwykła zmiana. To jest ingerencja w styl życia. A w moim przypadku może nawet w jego sens.
Zacząłem więc w duchu zastanawiać się, gdzie właściwie przebiega granica pomiędzy zdrowym rozsądkiem a zdrowym rozsądkiem narzuconym przez dietetyka? Bo jeśli człowiek ma 67 lat, codziennie wypija jedno piwo do kolacji i jest z tego powodu szczęśliwy, to czy naprawdę powinien z tego zrezygnować tylko dlatego, że piwo ma kalorie?
A jeżeli zrezygnuje z piwa, to co właściwie zyska? Kilkaset kalorii mniej. I być może kilka lat więcej. Tylko co z tymi latami zrobić?
To pytanie, przyznam, wydało mi się znacznie ciekawsze niż kwestia kalorii. Bo przecież całe życie coś zmieniamy. Jako dzieci chcemy być dorośli. Jako młodzi ludzie chcemy mieć pracę, mieszkanie, samochód, rodzinę. Potem chcemy mieć więcej pieniędzy, więcej czasu, więcej spokoju. W pewnym momencie zaczynamy marzyć już głównie o zdrowiu.
A później przychodzi taki dzień, kiedy ktoś pyta:
– Co chciałby pan zmienić w swoim życiu?
I nagle okazuje się, że odpowiedź wcale nie jest oczywista. Może nie chcę już niczego zmieniać. Może chcę tylko zachować to, co jeszcze mam. Ludzi, których lubię. Miejsca, do których chętnie wracam. Wspomnienia, które nie wyblakły. Możliwość napisania kolejnego felietonu. Spotkania z przyjaciółmi. Długiej rozmowy bez patrzenia na zegarek. I może również tego jednego piwa wypitego wieczorem. Nie dlatego, że piwo jest lekarstwem na życie. Bo przecież nie jest.
Życie składa się także z drobnych przyjemności, które nadają sens tym większym sprawom. Można oczywiście zrezygnować z piwa. Można zrezygnować z wielu rzeczy. Tylko trzeba uważać, żeby w pogoni za dłuższym życiem nie zrezygnować przypadkiem z życia, które właśnie trwa.
I chyba dlatego, gdy pani Ania zapytała mnie na koniec, czy rzeczywiście jestem gotowy coś zmienić, odpowiedziałem:
– Proszę pani, ja już swoje w życiu zmieniłem. Teraz chciałbym po prostu dobrze przeżyć to, co mi zostało.
A wieczorem, przy kolacji, nalałem sobie piwo. Jedno, bo tak zaleca rozsądek. Wypiłem je powoli, bo tak zaleca życie. ©℗
Krzysztof ŻURAWSKI
Krzysztof Żurawski, dziennikarz i publicysta "Kuriera Szczecińskiego".