Moja obserwacja dotyczy mężczyzn. Ostatnio bowiem sporo mówi się i słyszy o męskości. W różnych jej odmianach. Od prężenia muskułów w autobusie czy w sklepie „Żabka” przez docinki na Wiejskiej i szaleńczą jazdę autostradą po ratowanie życia spadającej z balkonu dziewczynki. Sporo tego.
Ale męskość, jak się okazuje, to nie tylko i wyłącznie działanie. To również anatomia, seksualność, charakter, odpowiedzialność, odwaga, stosunek do kobiet i innych mężczyzn. A może wszystko po trochu?
Z powyższego wynika, że słowo „męskość” jest wyjątkowo pojemne. Można nim określić sposób zachowania, cechy charakteru, pewien rodzaj siły, ale również – mówiąc zupełnie wprost – męskie przyrodzenie. I tu zaczyna się robić ciekawie, bo język od dawna podpowiada nam, że te dwie rzeczy są ze sobą jakoś związane.
Czy męskość można zmierzyć? A jeśli tak to czym: centymetrem czy siłą mięśni? Liczbą kobiet, które przewinęły się przez życie mężczyzny? A może jednostką miary jest wielkość samochodu lub wysokość zarobków, liczba wypitych piw lub gotowość do tego, żeby w każdej sytuacji prężyć muskuły? A może jest wręcz inaczej: prawdziwa męskość zaczyna się właśnie wtedy, kiedy nie trzeba już niczego nikomu udowadniać?
Bo można przecież mieć wszystko to, co natura przewidziała dla mężczyzny, a mimo to zachowywać się jak człowiek pozbawiony kręgosłupa. Można być silnym fizycznie i jednocześnie tchórzem. Można mieć powodzenie u kobiet i nie mieć za grosz szacunku do żadnej z nich. Można mówić donośnym głosem, zajmować dużo miejsca i robić wokół siebie sporo hałasu, a w środku być człowiekiem bardzo małym.
I odwrotnie.
Można nie być herosem, nie mieć sylwetki kulturysty, nie jeździć wielkim samochodem i nie opowiadać przy kolegach o swoich podbojach, a jednak być mężczyzną, na którego można liczyć.
Bo może z męskością jest trochę tak jak z pieniędzmi. Ten, kto naprawdę je ma, nie musi co pięć minut sprawdzać portfela i informować całego świata, ile w nim trzyma. Podobnie jest z mężczyzną. Jeżeli wie, kim jest, nie musi bez przerwy tego demonstrować.
A już szczególnie nie musi udowadniać swojej męskości innym mężczyznom.
To zresztą dość osobliwa przypadłość. Mężczyzna potrafi godzinami przekonywać drugiego mężczyznę, że jest bardziej męski od niego. Robi to przy piwie, przy samochodzie, na stadionie, w pracy, a czasem nawet w kolejce do kasy. Jeden ma większy samochód, drugi więcej zarabia, trzeci więcej wypił, czwarty ma młodszą żonę, a piąty właśnie kupił sobie zegarek, którego cena mogłaby spokojnie utrzymać niewielką rodzinę przez kilka miesięcy.
I każdy z nich ma argument.
Tylko że z żadnego z tych argumentów nie wynika jeszcze, że jest dobrym człowiekiem. Bo prawdziwy test męskości przychodzi zwykle wtedy, kiedy nikt nie patrzy. Kiedy trzeba dotrzymać słowa, choć przestało się to opłacać. Kiedy trzeba przyznać się do błędu. Kiedy kobieta mówi „nie”. Kiedy trzeba stanąć w obronie słabszego, choć można udawać, że się niczego nie widziało. Kiedy własne ego trzeba na chwilę schować do kieszeni.
I chyba właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa męskość. Nie na siłowni. Nie w samochodzie. Nie przy kasie w „Żabce”. I nawet nie na Wiejskiej, lecz w sytuacji, w której człowiek musi zdecydować, jakim mężczyzną chce być.
A swoją drogą, skoro już jesteśmy przy anatomii, to warto zadać jeszcze jedno, dość bezczelne pytanie: skoro męskość można rozumieć również jako określenie męskiego przyrodzenia, to czy o męskości naprawdę decyduje to, co mężczyzna ma między nogami, czy raczej to, co ma między uszami?
Bo odpowiedź na to pytanie może być znacznie ciekawsza, niż nam się na pierwszy rzut oka wydaje. ©℗
Krzysztof ŻURAWSKI
Krzysztof Żurawski, dziennikarz i publicysta "Kuriera Szczecińskiego".