Wakacje mają jedną niezaprzeczalną zaletę. Człowiek wpada na pomysły, które przez pozostałe jedenaście miesięcy skutecznie omija szerokim łukiem. Ja postanowiłem zrobić remont. Nie taki z wyburzaniem ścian i zamawianiem kontenera na gruz. Zwykły remoncik. Przedpokój. Pędzel, wałek, trochę gipsu i wiadro farby. Dwa dni pracy, a przy dobrych wiatrach nawet jeden.
Lista zakupów potrzebnych podczas remontu była krótka: farba, wałek, szpachelka, gips i folia stretch. Meble przecież trzeba czymś zabezpieczyć. W pierwszym sklepie folii nie było. W drugim również. W trzecim sprzedawca spojrzał na mnie z takim współczuciem, jak lekarz na pacjenta, który pyta, czy przeziębienie można leczyć lodami.
– Nie ma – powiedział.
– W całym mieście?
– W całym.
Po chwili dodał:
– Oficjalnie to sezon remontowy.
Nie wiem dlaczego, ale najbardziej zaniepokoiło mnie właśnie słowo „oficjalnie”. Nie dlatego, żebym od razu podejrzewał istnienie jakiegoś spisku. Po prostu od dawna zauważyłem, że jeśli ktoś używa słowa „oficjalnie”, to znaczy, że za chwilę nastąpi część nieoficjalna.
I nastąpiła.
– Różne rzeczy się mówi… – mruknął. – Ludzie podobno wykupują ją z powodów, o których lepiej głośno nie rozmawiać.
Nie zapytałem jakich. To jedna z najważniejszych zasad. Im mniej szczegółów usłyszymy, tym więcej wyobraźnia zrobi za nas.
Od tego dnia zacząłem zauważać rzeczy, które wcześniej najwyraźniej nie zasługiwały na moją uwagę. W internecie ktoś pokazał zdjęcie owiniętego pomnika. Ktoś inny sfotografował ławkę zabezpieczoną folią. Jeszcze ktoś twierdził, że podobnie wyglądał znak drogowy. Oczywiście wszystkie fotografie można było wyjaśnić. Ale rozsądek nigdy nie zdobył tylu obserwujących co sensacja.
Pomyślałem wtedy, że remont zahacza o teorię spiskową.
Najpierw jest pęknięcie. Niewielkie. Prawie niewidoczne. Potem ktoś mówi, że ono było już wcześniej. Ktoś inny przypomina sobie podobne pęknięcie u sąsiada. Trzeci znajduje zdjęcie sprzed dziesięciu lat. Czwarty twierdzi, że jego wujek ostrzegał przed tym od dawna. Piąty publikuje film, na którym nic nie widać, ale właśnie dlatego ma on największą wartość dowodową.
I nagle zwykła rysa staje się dowodem na istnienie wielkiego planu.
Coraz bardziej fascynowała mnie sama konstrukcja takich opowieści. One właściwie nigdy nie zaczynają się od odpowiedzi. Zaczynają się od pytania.
„Czy to nie dziwne?” lub „Dlaczego mnie to nie dziwi?”.
Te stwierdzenia nie dowodzą niczego. Nie oskarżają. Nie przedstawiają dowodów. Wraz ze stwierdzeniami pojawia się słowo „podobno”. Jest jak potężny klucz otwierający bramę tajemnicy. A kiedy już zajrzymy do środka, reszta dzieje się sama.
Potem jest stwierdzenie „wszyscy o tym wiedzą”. Następnie „nie mogę powiedzieć, skąd mam tę informację”. Na końcu zawsze występuje ktoś, kto „łączy fakty”. A jest to niezwykle odpowiedzialne zajęcie. Fakty bowiem z natury rzeczy leżą porozrzucane. Jeden wydarzył się wczoraj, drugi pięć lat temu, trzeci na innym kontynencie. Dopiero wprawny specjalista potrafi połączyć je w jedną prostą linię. Im mniej do siebie pasują, tym większe uznanie budzi jego praca.
Z czasem zauważyłem jeszcze jedną prawidłowość. Każda teoria ma własny system odpornościowy. Jeżeli nie ma dowodów – to dlatego, że zostały zniszczone. Jeżeli dowody są – to zostały spreparowane. Jeżeli eksperci zaprzeczają – są częścią układu. Jeżeli eksperci potwierdzają – wreszcie ktoś odważył się powiedzieć prawdę.
Przyznaję, że jest to konstrukcja niemal doskonała. Nie da się z nią dyskutować. Każdy argument przeciw zostaje natychmiast wchłonięty jako kolejny argument za.
Coraz częściej zastanawiałem się więc, czy największym spiskiem naprawdę są tajne organizacje, zakulisowe narady i ludzie spotykający się o północy w miejscach, których nie ma na mapach.
A może największym spiskowcem jest nasz własny mózg?
Nie znosi pustych miejsc. Z kilku przypadkowych zdarzeń buduje historię. Z historii tworzy prawidłowość. Prawidłowość zamienia w przekonanie. A przekonania, jak wiadomo, nie lubią być niepokojone faktami.
Być może właśnie dlatego tak chętnie wierzymy, że za wszystkim ktoś stoi.
Bo łatwiej pogodzić się z istnieniem genialnego reżysera wydarzeń niż z myślą, że świat od czasu do czasu zwyczajnie improwizuje.
Kilka dni później wróciłem do tego samego sklepu.
Na półce leżała cała góra rolek folii stretch.
– Jest! – powiedziałem z ulgą.
Sprzedawca skinął głową.
– Jest.
– To już po wszystkim?
Spojrzał na mnie uważnie.
– Po czym?
Nie odpowiedziałem.
Do dziś nie wiem, czy zadał to pytanie dlatego, że naprawdę nie wiedział, o czym mówię.
Czy dlatego, że wiedział aż za dobrze… ©℗
Krzysztof ŻURAWSKI
Krzysztof Żurawski, dziennikarz i publicysta "Kuriera Szczecińskiego".