Poniedziałek, 06 lipca 2026 r. 
REKLAMA

Leguńska mowa

Data publikacji: 06 lipca 2026 r. 10:32
Ostatnia aktualizacja: 06 lipca 2026 r. 10:32
Leguńska mowa
Wołyń, 1915 lub 1916 r. Na zdjęciu m.in. dowódca 1 Pułku Edward Rydz-Śmigły (w środku) Fot. domena publiczna  

dr Sławomir KUŁACZ, Uniwersytet WSB Merito w Gdańsku, Towarzystwo Badań nad Pierwszą Wojną Światową

REKLAMA

Sporo racji miał Józef Piłsudski, gdy w wygłoszonym w 1924 r. wykładzie zauważył, że Legiony miały barwny styl językowy i specjalne określenia rozumiane tylko w legionowym kręgu. Aby poznać ich wymowę i siłę należałoby – jak przekonywał – stworzyć specjalną encyklopedię. 

Jednak ani uwaga Piłsudskiego, ani apele językoznawców o udokumentowanie na czas polskiej gwary żołnierskiej okresu Wielkiej Wojny nie pomogły. Żadna encyklopedia ani słownik nie powstały, mimo iż o Legionach napisano setki publikacji. Dziś możemy próbować analizować ich język na podstawie dzienników i pamiętników. I zdecydowanie warto to zrobić.

Kim byli „nasi”?

Wojna to zjawisko, w którym prosty i stary jak świat podział na „my–oni” przybiera niezwykłej wagi. Żołnierze wykazują się kreatywnością, by w oryginalny i często humorystyczny sposób nazwać siebie czy swoich sojuszników.

Polski legionista najczęściej określał się bezpretensjonalnie legunem. Trudno znaleźć tekst, w którym zbiorowości żołnierskiej nie określono by wiarą, a żołnierzy wiarusami. Te wyrazy były dowodem na istnienie w Legionach silnej wspólnoty ideowej. 

Konkretniejsze nazwy utworzono dla przedstawicieli różnych rodzajów broni i służb. Żołnierz piechoty był bomberakiem, kawalerzysta – koniarzem lub cacypupkiem, telefonista – druciarzem, a lekarz czy sanitariusz – łapiduchem. Powszechnie nielubianych żandarmów nazwano natomiast kanarkami czy pająkami. 

Były też proste nazwy utworzone od numerów pułków – trzeciacy, czwartacy. 5. Pułk Piechoty nazywano najczęściej Zuchowatymi. Żołnierzy niektórych oddziałów określano od nazwisk ich dowódców, stąd beliniacy i ostojacy. Kolegów z II brygady zwano z dość oczywistych względów karpatczykami czy karpaciarzami. Wysokie nakrycia głowy będące skrzyżowaniem austriackiej czapki polowej i polskiej rogatywki dały asumpt do przezywania ich także biskupami. 

Były też środowiskowe nazwy konkretnych osób. Józef Piłsudski był dla żołnierzy I brygady komendantem, dziadkiem lub dziadziem. Kazimierz Sosnkowski znany był z kolei po prostu jako szef. Legendarny lekarz legionowy, dr Składkowski, przezywany był zaś dr. Pitułą, bo miał w zwyczaju tytułować leczonych żołnierzy pitulinkami. 

W okresie kryzysu przysięgowego, gdy ważne stało się pochodzenie i poddaństwo legionistów, ujawnił się podział na żołnierzy pochodzących z zaboru rosyjskiego, czyli Królewiaków i austriackiego – Galileuszy lub Galilejczyków. Nie wypada nie docenić tu zabawnych nawiązań historycznych.

Oni, czyli wrogowie

Na ogół dosadne były nazwy przeciwników, czyli Rosjan: Mochy, Moskale, Moskaliki, Kozunie i Kacapy. Cywilnych mieszkańców Polesia czy Wołynia określano np. Chachłami lub Mużykami.

„Sojusznicy”

Gdzieś pomiędzy „nami” a „nimi” lokowali się Austriacy i Niemcy. O ile autorom dzienników czy wspomnień zdarza się chwalić organizację i postawę wojsk niemieckich na froncie, o tyle wojskowych austro‑węgierskich z wyższością przezywali dziadami (a nawet sakramenckimi dziadami) czy trepami. Szczególnie złe zdanie mieli legioniści o jednostkach zdominowanych przez Czechów, czyli pepików, pepiczków. Postrzegana jako byt zewnętrzny i źródło udręk i opresji Komenda Legionów nazywana była dosadnie c.k. mendą.

Język frontowej codzienności

Najwięcej ekspresji i żołnierskiego humoru i ironii dostrzeżemy jednak w słownictwie, które określało sprawy żołnierzom najbliższe. Dosłownie najbliższe im bywały blondynki i legionistki, czyli… wszy. Żołnierz nie salutował – on bił w dach. Kiedy w wyniku choroby lub zranienia opuścił front, jechał do domu rekonwalescentów w Kamieńsku, nazywanego domem wariatów. Legun na karabin (określany czasem z austriacka gewerem) nie zakładał bagnetu, lecz widelec. Innym doskonałym przykładem humoru jest określenie oddziału Beliny cyrkiem Belliniego.

W codziennym języku Legionów funkcjonowały także wyrazy, które świadczą o żołnierskiej przewrotności. Członkinie Ligi Kobiet, które prowadziły zbiórki funduszy i materialnie wspierały Legiony, żołnierze kąśliwie przezywali ligawkami lub ligababami.

Są w gwarze legionów także wyrazy mogące powodować pewną konsternację. Sitwa, wyraz dziś określający naganne zjawisko społeczno-polityczne, w środowisku legionowym była czymś nie tylko pozytywnym, ale wręcz zbawiennym. Chodziło o nieformalną żołnierską spółkę, której członkowie – sitwesi – troszczyli się o swoje potrzeby, np. wspólnie gotując posiłki z pozyskanych przez siebie produktów. Wyraz sitwa legioniści zaczerpnęli z jidysz.

Życie w ciągłym zagrożeniu rodziło psychiczny dyskomfort, który próbowano oswajać językiem. Śmiercionośne pociski artyleryjskie nazywano kuferkami, a bomby lotnicze – pigułkami. Zamiast umrzeć mówiono kiwnąć czy odwalić kitę.

Austriacyzmy – język zapożyczony

Choć tego zapewne nie przyznaliby chętnie, legioniści zaczerpnęli dość sporo określeń z austriackiej terminologii wojskowej. Taki jest bowiem rodowód słów nawet tak fundamentalnych jak brygadier. Dokładnie tak, jak ich koledzy służący w galicyjskich jednostkach c.k. armii, nazywali posiłki menażą, ich pobieranie – fasunkiem czy fasowaniem, a tabory – trenem. Austriakom zawdzięczali też barwne określenie szeregowego legionisty – reluton i utworzony od tegoż przymiotnik relutoński. W armii austro-węgierskiej niemiecki wyraz Relutum oznaczał kwotę pieniężną wypłacaną żołnierzom na pokrycie kosztów wyżywienia. 

Co ciekawe, austriacyzmy pojawiają się nie tylko u Galileuszy, ale także u Królewiaków. Wacław Lipiński zapisał: „Druga i moja sekcje uradziły dzisiaj, by nie używać więcej słowa »fasunek – celta – dekiel«, a: pobranie, płótno namiotowe, pokrywka. Dyskusje trwały do późna, gdyż nie wszyscy na »pobranie« chcieli się zgodzić”. To doskonała ilustracja problemu, z którym borykano się wtedy i jeszcze długo po wojnie, mianowicie brakiem wielu polskich terminów z zakresu wojskowości. Zalążkom Wojska Polskiego musiały wystarczyć zapożyczenia i niedoskonałe tłumaczenia.

Legionowa toponimia

Legiony Polskie chętnie nazywały też ważne miejsca na swoim szlaku bojowym. Tak powstała Reduta Piłsudskiego, Polska Góra, Droga Legionów i pamiątkowe nazwy osiedli na Wołyniu: Legionowo, Nowe Kukle czy Nowy Jastków.

„Obywatel” zamiast „pana”

Niezwykle charakterystyczne dla języka Legionów jest używanie przez żołnierzy I brygady tytułu obywatel. Żołnierze i oficerowie legionów wywodzący się ze środowisk ideowo najbardziej zbliżonych do Piłsudskiego lansowali egalitarny tytuł, który miał pomóc zatrzeć różnice klasowe. Manifestował także postępowe podejście kadry dowódczej do szeregowych. Doskonale pasował do wojska ochotniczego, w którym przełożony mógł być przedwojennym kolegą ze szkoły swoich podwładnych. Używanie tego tytułu było na tyle powszechne, że określono tę część legionów obywatelską brygadą. 

W pozostałych formacjach tytułowano się tradycyjnie per pan. W literaturze pamiętnikarskiej odnajdujemy wzmianki, że na obyczaje panujące w I Brygadzie alergicznie reagowali oficerowie c.k. armii, tacy jak płk Zygmunt Zieliński.

Kląć jak legun

Ten przegląd byłby niekompletny, gdyby nie wspomnieć o wulgaryzmach. Jak pisał Michał Römer: „Żołnierz w życiu koszarowym, a tym bardziej w polu na wojnie – kląć umie i, niestety, kląć musi”. Zauważył przy tym, że legioniści przeklinali mniej, przebywając w rezerwie oraz w trakcie walk pozycyjnych. Jednak w czasie wymagającej kampanii poleskiej w 1915 r. żołnierz Legionów „klął, aż się wszystko trzęsło”.

„Królową” legionowych przekleństw, utrzymywał Römer, było z pewnością znane czytelnikom słowo na „k”, ale i praktycznie nieużywane dziś nasermater, popularne swego czasu np. w dialekcie miejskim Lwowa.

 

* * *

Język Legionów pozostaje zjawiskiem wciąż niedostatecznie zbadanym. A przecież to właśnie w nim – w humorze, ironii i dosadności – najpełniej odbija się doświadczenie wojny, mentalność żołnierskiej wspólnoty i jej wartości. Jest to więc nie tylko zbiór słownictwa, ale i klucz do zrozumienia legionowego ducha.

 

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA