dr Łukasz PRZYBYŁO, Akademia Sztuki Wojennej
Latem 1916 r. wolna Polska przestawała być tylko marzeniem konspiratorów, lecz stawała się wyzwaniem strategiczno‑politycznym dla państw walczących w Wielkiej Wojnie. Legiony były w tym czasie wojskiem wciąż mało licznym, niedostatecznie wyposażonym i zależnym od Austro‑Węgier, niemniej ich wartość bojowa zwracała uwagę państw centralnych. Pytanie, jakie zadawano sobie w Berlinie i Wiedniu, brzmiało już nie: czy Polacy potrafią się bić? Brzmiało ono: co trzeba im obiecać, aby chcieli się bić dalej?
Droga do Kostiuchnówki zaczęła się po przełamaniu gorlickim w maju 1915 r. Niemcy i Austriacy, rozbiwszy front rosyjski, zajęli Królestwo Kongresowe i ruszyli na wschód. Rosja poniosła klęskę, ale jej przestrzeń i zasoby ludzkie były ogromne, co nie pozwalało jeszcze mówić o rozstrzygnięciu wojny. Państwa centralne potrzebowały wielu nowych żołnierzy, a na terenach dawnego zaboru rosyjskiego dostrzegały rezerwuar bitnego, polskiego rekruta. Problem polegał na tym, że Polaków trzeba było czymś przekonać do walki po stronie Berlina i Wiednia. Nie wystarczały hasła antyrosyjskie. Na stole negocjacyjnym musiała pojawić się konkretna obietnica wskrzeszenia państwa polskiego. W tej sytuacji rosło znaczenie Legionów.
Przygotowania do bitwy
Polacy bili się w rejonie Kostiuchnówki już jesienią 1915 r. Wprawdzie Rosjanie cofali się, lecz umiejętnie wykorzystywali teren południowego Wołynia – nieprzebyte lasy, bagna, słabe drogi i przeszkody wodne. 27 września legioniści zajęli Kostiuchnówkę i Kołodię, ale kilka dni później rosyjskie kontrnatarcie odebrało im wieś oraz ważne wzgórze 195,4. Próby jego odzyskania były krwawe. Pierwszy kontratak, wykonany zbyt małymi siłami i bez należytego wsparcia artylerii, załamał się. Dopiero 10 listopada legioniści, przy wsparciu niemieckim i austriackim, odbili wzgórze. Od tej pory nosiło ono nazwę Polskiej Góry. Obok pojawiły się Polski Lasek i Polski Mostek.
Legiony, które w lipcu 1916 r. stanęły do swej największej bitwy, liczyły łącznie ponad 15 tys. ludzi w stanie żywieniowym, ale tylko ok. 8,7 tys. bagnetów i szabel, czyli żołnierzy realnie walczących z wrogiem. Miały one na stanie 49 ciężkich karabinów maszynowych, dziewięć miotaczy min i 26 lekkich dział. W porównaniu ze standardową niemiecką dywizją piechoty były one gorzej wyposażone w nowoczesne środki walki. W wojnie przemysłowej wysokie morale było nieodzowne, ale nie mogło zastąpić artylerii, karabinów maszynowych, moździerzy, łączności, saperów i służb medycznych. Widoczne braki sprzętowe nadrabiano agresywnością i odpornością żołnierza, lecz płacono za to krwią.
Teren pod Kostiuchnówką był trudny – składały się nań lasy (suche i podmokłe), bagna, wzgórza, rzeki i strumienie. Nie było dobrej sieci drogowej. Legioniści musieli przygotować pozycje obronne, powstały więc okopy, ziemianki, schrony, zasieki, linie telefoniczne, kolejki wąskotorowe i całe frontowe osiedla. Pierwsza linia umocnień była przygotowana nieźle, jak na front wschodni, ale druga i trzecia pozostały niedokończone – brakowało na nich drutu kolczastego, schronów i stanowisk odpornych na długotrwały ostrzał artylerii. Kluczowe punkty terenowe – Reduta Piłsudskiego i Polska Góra – decydowały o całości obrony. Utrata Reduty otwierała środek pozycji, a utrata Polskiej Góry groziła oskrzydleniem I Brygady. Co gorsza, Polską Górę obsadzali honwedzi z 53. Dywizji Piechoty – żołnierze o dość słabej kondycji bojowej. Legioniści doskonale to czuli i modlili się właściwie o jedno: aby rosyjski atak poszedł na nich, a nie na Węgrów.
Moskale uderzają
Latem 1916 r. Rosjanie rozpoczęli tzw. ofensywę Brusiłowa – 4 czerwca ruszyła wielka operacja Frontu Południowo-Zachodniego, ale odcinek w rejonie Kostiuchnówki początkowo pozostawał względnie spokojny. Dochodziło do utarczek, patroli i wypadów po jeńców, ale główne uderzenie wroga miało tam miejsce dopiero w lipcu. Zadanie przełamania frontu pod Kostiuchnówką otrzymały rosyjskie 77. i 100. Dywizja Strzelców dysponujące nad obrońcami znaczną przewagą liczebną i artyleryjską.
4 lipca na pozycje Legionów spadła potężna nawała pocisków. Ziemianki i okopy zapadały się, zrywana była łączność, ginęli ludzie, niszczono zasieki. Rosyjska artyleria chciała utorować drogę własnej piechocie. Pierwsze uderzenie poszło na Redutę Piłsudskiego i środek polskich pozycji. Legioniści bronili się twardo, lecz przewaga rosyjskiego ognia artyleryjskiego była miażdżąca. Na prawym skrzydle wydarzyło się to, czego obawiano się najbardziej. Polska Góra, obsadzona przez honwedów, została utracona. Rosjanie uzyskali tym samym wgląd w polskie pozycje i możliwość wywierania nacisku na skrzydło I Brygady. Zapoczątkowało to efekt domina, skutkujący ostatecznie koniecznością opuszczenia pozycji pod Kostiuchnówką.
Walki trwały trzy dni: od 4 do 6 lipca. Były one mieszaniną heroizmu, improwizacji, ale i błędów w dowodzeniu. I batalion 5. Pułku Piechoty poniósł straty sięgające ok. 70 proc., a mimo to dalej walczył i kontratakował. Takie zachowanie zdarza się rzadko, bo oddział po podobnych stratach zwykle traci zdolność bojową. Pod Kostiuchnówką żołnierze przekraczali tę granicę wielokrotnie. Legioniści bili się świetnie, niemniej nie mogli zmienić praw wojny. Gdy artyleria przeciwnika niszczy zasieki, łączność i schrony, pozycje tyłowe nie są gotowe, a przeciwnik ma wielokrotną przewagę – nawet najlepsza piechota cofa się albo ginie. Bitwa została przegrana w dużej mierze na skutek załamania się sąsiednich oddziałów austro-węgierskich. Legiony wycofały się tracąc około 2 tys. zabitych, rannych oraz zaginionych. Była to największa i najkrwawsza walka w ich dziejach.
Odwrót Polaków przeprowadzono w sposób uporządkowany, bez paniki i bez załamania dyscypliny. Legioniści nie uciekali z pola walki, lecz odchodzili pod przeważającym naciskiem przeciwnika, osłaniając się ogniem, utrzymując dowodzenie i ratując to, co w warunkach bitwy materiałowej było najcenniejsze – artylerię, służby tyłowe, tabory oraz logistykę. Nie pozostawiono rannych. Wojsko, które po trzydniowym ostrzale i ciągłej walce (często wręcz) potrafi wyprowadzić z pola bitwy rannych, sprzęt oraz jednostki wsparcia i zabezpieczenia działań, nie jest wojskiem rozbitym moralnie. Co więcej, rosyjski pościg nie zamienił odwrotu Legionów w pogrom. Udało się m.in. powstrzymać i rozbić szarże rosyjskiej kawalerii, które mogłyby doprowadzić do katastrofy, gdyby trafiły na oddziały zdemoralizowane i pozbawione woli walki. Tak się nie stało. Legioniści, choć wyczerpani, nadal potrafili odpowiadać ogniem, wyprowadzać lokalne kontrataki i osłaniać marsz własnych kolumn. Kostiuchnówka była zatem przegraną głównie w wymiarze taktycznym. Rosjanie zdobyli teren, lecz nie zniszczyli Legionów jako siły bojowej. To właśnie dlatego bitwa mogła później zostać zapamiętana nie tylko jako krwawa porażka, lecz także jako dowód odporności, dyscypliny i wartości żołnierza legionowego.
Reperkusje
Walki pod Kostiuchnówką miały ogromne znaczenie polityczne. Państwa centralne, a w szczególności Niemcy, zobaczyły, że Polacy stanowią materiał na żołnierza najwyższej próby. W listopadzie 1916 r. ogłoszono Akt 5 listopada, zapowiadający utworzenie Królestwa Polskiego. Była to obietnica ograniczona, całkowicie podporządkowana interesom Berlina i Wiednia, niemniej stanowiła ważny sygnał dla świata. Sprawa polska została tym samym szerzej umiędzynarodowiona – dzięki krwi i skuteczności bojowej legionowych żołnierzy. Józef Piłsudski szybko zrozumiał wszakże, że propozycja państw centralnych jest zbyt wąska i ma instrumentalny charakter. Zapowiadana przez dwóch cesarzy nowa Polska miała być faktycznie rezerwuarem rekrutów i siły roboczej, a nie niepodległym państwem. Po Kostiuchnówce Legiony wycofano z frontu, a później Piłsudski doprowadził do kryzysu przysięgowego. I i III Brygada zostały rozwiązane, żołnierzy internowano albo wcielono do armii austro-węgierskiej. Nie był to koniec, a jedynie przerwa w dalszej walce o niepodległość.
Czy warto było umierać pod Kostiuchnówką? Ginęła tam najlepsza polska młodzież – inteligencja, ochotnicy, ideowcy, patrioci. Strzelano do przeciwnika diamentami. Cena była straszna, ale nie poszła na marne. Kostiuchnówka była zwycięstwem ducha i zarodkiem naszej przyszłej niepodległości.