„Przyszedł sąsiad i powiedział: Weronka chyba nie żyje" - wspomina świadek. „Jeżeli na miejscu nie mają cioci dokumentów, to będzie musiała w te upały leżeć w mieszkaniu przez weekend, aż do poniedziałku?" - pytała szczecińskich medyków siostrzenica zmarłej, dzwoniąc z Hamburga. „Noce mamy teraz chłodniejsze" - odpowiedziała miła pani po drugiej stronie słuchawki.
Przedwojenny rocznik: 1932. W Szczecinie - od zawsze - pracowała jako dziewiarka w dawnym „Trykocie". Bezdzietna wdowa. W mieszkaniu jednego z wieżowców przy ul. Szafera przez ostatnich około 20 lat żyła sama. Po śmierci siostry - właściwie samotna. W luźnym kontakcie z siostrzenicą mieszkającą w Hamburgu. Od trzech lat nie wychodziła z domu. Od dwóch była już niemal tylko leżąca. Do pomocy miała - jak wspominają sąsiedzi - jakąś kobietę, która przychodziła do niej co parę dni w tygodniu. Zbyt rzadko, więc jeden z sąsiadów pomagał nieporadnej 94-latce w zakupach i do niej zaglądał. Nie tylko on widział, że nie miała już siły samodzielnie wstawać nawet do toalety. Czy właśnie dlatego przy jej łóżku stało wiadro?
Zdążyć z
...