Czwartek, 26 marca 2026 r. 
REKLAMA

Gdzie uciekły feministki?

Data publikacji: 2026-03-26 11:02
Ostatnia aktualizacja: 2026-03-26 11:02

Na słowo „feminizm” wielu osobom wciąż przed oczami stają kobiece antychrysty, ponuro snujące się czarnym marszem, niosące transparenty, skandujące wulgarne hasła na placach. Widzimy gniew, protest, manifest. Inaczej być nie może, bo historia walki kobiet o równe prawa pisała się także na ulicach, tam, gdzie z bezsilności wobec niesprawiedliwości rodził się gniew, gdzie trzeba było zawalczyć o zauważenie, o godność, o bezpieczeństwo. 

Jeśli jednak wydaje ci się, że feminizm istnieje tylko w wielkich deklaracjach, w ostrych sporach, w podniesionym głosie, to jesteś w błędzie. Wiele kobiet nie wpisuje się w taką definicję, ale czy przez to nie są feministkami? Z radością obserwuję kwitnący, rosnący w siłę feminizm domowy, codzienny, taki, którego nie widać gołym okiem, który nie da się mierzyć popularnością i zasięgami. Może dzięki temu nie da się przy nim tak łatwo majstrować inżynierią społeczną.

Wbrew tytułowi felietonu feminizm ma się dobrze i „żyje” znacznie bliżej niż myślisz. Gdy się dobrze przyjrzysz, to dostrzeżesz go w swojej kuchni, w biurze, przy rodzinnym stole, w języku potocznym, w każdym usłyszanym feminatywie. W sposobie, w jaki wychowujemy córki i synów. W tym jak młode dziewczyny odważnie mówią o samodzielności finansowej. W tym, na co pozwalamy sobie i innym. W tym, kiedy nie śmiejemy się z seksistowskiego żartu, choć „dla świętego spokoju” byłoby łatwiej. W tym, kiedy mówimy dziewczynce, że nie musi być zawsze grzeczna, a chłopcu, że czułość nie odbiera mu siły. Spójrz na fragment zasłyszanej rozmowy:

– Niby świeci słońce, ale chyba jeszcze daleko do wiosny, bo na trasie nie widziałem ani jednej pani na krzesełku.

– A czy wiesz, że owe panie nie marzną w miniówce w lesie z własnej woli, że są niewolnicami seksualnymi?

– Wszystko potrafisz zepsuć.

Trafiło. Dało do myślenia. Tak właśnie rozumiem feminizm. Jako uświadamianie w momencie, gdy jest na to przestrzeń. Nie z pretensją, nie z żalem, nie z ironią i wyśmiewaniem. Z czułą troską, by rozmówca się nie obraził, ale dostrzegł coś więcej. Rozumiem feminizm jako codzienną praktykę uważności.

„Nie jestem feministką, ale…” – czasem słyszę od innych kobiet. Uśmiecham się, bo nie wiedzą tego, co ja widzę, a widzę, że są feministkami w wielu momentach swojego życia. Cichymi feministkami dnia codziennego. A Ty wiesz kiedy jesteś feministką? Może wtedy, gdy przestajesz przepraszać za to, że masz kompetencje, pieniądze, swobodnie zarządzasz wspólnymi dobrami, albo wtedy, gdy decydujesz w sprawach ważnych, kluczowych, kiedy mówisz: „nie zgadzam się”, „to jest niesprawiedliwe”, „nie mów do mnie w ten sposób”, „moja praca zasługuje na wynagrodzenie, nie na wdzięczność”. Jesteś feministką w sytuacji, w której innej kobiecie nie podcinasz skrzydeł, tylko mówisz: „widzę twoją pracę”, „masz prawo tam być”, „zrób to po swojemu”.

Feminizm codzienny nie jest widowiskowy, najczęściej jest żmudny, cichy, nudny, może właśnie dzięki temu skuteczny, jak kropla wody drążąca skałę. Jego siła polega na mrówczej, tytanicznej pracy zmieniania świata od środka, u podstaw, od swojego mikroświata.

Po co to zmieniać? – zapytasz. Dla równowagi, homeostazy, bo czym jest feminizm, jeśli nie zgodą na to, by kobieta była pełnoprawnym człowiekiem? Nie rolą, dodatkiem, nie macicą „do wynajęcia”, czyjąś funkcją, spełnionym oczekiwaniem, by była człowiekiem z prawem do ambicji, zmęczenia, niezależności, wyboru, błędu, odpoczynku, własnego głosu i własnej definicji szczęścia.

Jesteś feministką także wtedy, gdy w twoim domu nikt nie pomaga w obowiązkach, bo one są wspólną odpowiedzialnością. Jesteś feministką wtedy, gdy nie klaszczesz radośnie mężczyźnie, bo zajął się waszym dzieckiem, bo przecież nie pomaga. Jest jego rodzicem, realizuje swoje zobowiązania i odpowiedzialności. Jesteś feministką, gdy nie oczekujesz, aby inna kobieta była dwa razy lepsza od kolegi, żeby zostać uznaną za wystarczająco dobrą.

Słyszę feminizm w słowach pani u kresu życia, która mówi, że ono miało wartość nie tylko wtedy, kiedy była dla wszystkich. Słyszę go także wtedy, gdy otwarcie docenia fakt, że nie miała dzieci i mogła oddać się pasjom. Widzę feminizm, gdy młoda dziewczyna nie uczy się, że ma być miła kosztem własnych granic. Widzisz więc, że feminizm jest wszędzie tam, gdzie wyrównuje się szanse, dostrzega dyskryminację, braki w świadomości, koryguje archaiczne, niesprawiedliwe schematy, nieuprawnione sposoby myślenia, nie odbiera się podmiotowości, decyzyjności, prawa do samostanowienia i równego dostępu do zasobów. Komukolwiek.

Feminizm to także język. W momencie, kiedy negujesz czyjąś potrzebę używania feminatywów, zadaj sobie pytanie: dlaczego tak łatwo mówimy o mężczyźnie: zdecydowany, konkretny, stanowczy, a o kobiecie w identycznej sytuacji: trudna, ostra, roszczeniowa. Słowa kształtują nasze postrzeganie rzeczy. Są jedną z pierwszych informacji, które dekodujemy, by zrozumieć. Ustawiają nas w rolach i życiach.

Przykład? Bardzo proszę. Zenon kupił bezobsługowy odkurzacz. Zaczął mówić o odkurzaczu per ona i radośnie nadał żeńskie imię. Na protest żony i uwagę, że woli, aby to było męskie imię, Zenon szczerze się zdziwił i odrzekł, że to nie pasuje, bo przecież to kobiety przeważnie sprzątają domy, także zawodowo. Sprzątaczka vs. sprzątacz. Widzisz różnicę? Nawet mnie jest z tym lekko niewygodnie, bo ucho oswoiło słowo z rolą społeczną. Tak działa umysł, słowo kształtuje światopogląd. Spróbuj teraz przez chwilę skupić uwagę na tym, jak często kobiety są oceniane nie przez pryzmat tego, co myślą, robią i tworzą, ale przez to, czy są służebnie przydatne, jak wyglądają, ile mają lat, czy są matkami, czy są „sympatyczne”. Jeśli zauważasz te subtelności, witaj w klubie feministek.

Jak widzisz, jest nas więcej niż myślisz, bo feminizm nie zaczyna się wtedy, gdy wychodzimy na ulicę. Zaczyna się dużo wcześniej, w świadomości. W odmowie przyjmowania świata takim, jakim „zawsze był”, jeśli ten świat był zbudowany na nierówności.

Czasem najodważniejszym aktem feministycznym nie jest transparent czy błyskawica na zdjęciu profilowym, ale cicha konsekwencja. Powtarzanie, tłumaczenie, oswajanie, nazywanie spraw wprost. Zapytanie, dlaczego właściwie nie masz dostępu do wspólnych pieniędzy, dlaczego musisz pytać, ile możesz wydać na zakupy, rozliczać każdy paragon, by wyjść na kawę, iść na studia, czy wrócić do pracy. Kobiecość nie musi znaczyć uległości, a siła nie musi oznaczać utraty kobiecości.

Feminizm nie jest więc uliczną ideologią. Rozumiem go jako etykę codzienności, praktykę szacunku dla samej siebie. Jest dla mnie sposobem patrzenia na świat. Już nie pytam, czy kobieta „zasługuje” na równość, tylko uznaję to za oczywistość.

Może właśnie tego najbardziej się obawiają się strażnicy patriarchatu, nie wielkich protestów, które łatwo pokazać palcem i zamknąć w jednym obrazie, zdyskredytować, ale spokojnej, nieodwracalnej zmiany, która dzieje się każdego dnia, także w ich domach.

Obawiają się zmiany, w której kobieta przestaje się tłumaczyć ze swojego istnienia, swoich potrzeb, przestaje prosić o miejsce przy stole, a zaczyna po prostu z niego korzystać.

Feministka nie zawsze trzyma megafon w ręce. Często ma spokojny głos, czasem zmęczone oczy. Może właśnie teraz szykuje zakwas do wielkanocnego żurku, kasuje kolejnego klienta w sklepie, siedzi obok ciebie w autobusie, modli się w ławie kościelnej, jest czułą mamą i żoną w domu i tylko czasem mówi cicho, ale stanowczo: „to ma dla mnie znaczenie”.

Każda, zdawałoby się niepozorna czynność, która uświadamia choćby jedną osobę, czym jest równość, czym jest godność i czym jest pełne człowieczeństwo, jest małym aktem zmiany i z tych małych aktów powstają największe i najtrwalsze społeczne zmian. To jak, jesteś feministką? ©℗

Agata BARYŁA

Tylko zalogowani użytkownicy mają możliwość komentowania
Zaloguj się Zarejestruj