W jednej z ostatnich dyskusji wywołanej lokalną debatą o katastrofie demograficznej wrócił stary refren: „kobiety nie chcą rodzić, bo wygoda, luz, ucieczka od odpowiedzialności, żadna kasa problemu nie rozwiąże”. W tym zdaniu jest ziarnko prawdy… i cała góra uproszczeń.
Najpierw tło, bo ono nie jest już „prognozą”. W Polsce w 2025 roku zarejestrowano ok. 238 tys. urodzeń (rekordowo mało) oraz ok. 406 tys. zgonów, dane są wstępne, ale trend jest stały. Lokalnie wygląda to równie blado: w Szczecinie w ubiegłym roku odnotowano 4612 urodzeń i 5838 zgonów.
Kiedy te liczby robią się głośne, dzieje się coś bardzo przewidywalnego. Z nami się nie rozmawia, nam się wystawia ocenę. Nie pyta się nas z empatią „co sprawia, że macierzyństwo przestaje być bezpiecznym wyborem?”. W zamian słyszymy oskarżenia pięknie zapakowane w troskę z odrobiną mentorskiej mądrości.
„Żadna kasa problemu nie rozwiąże”, prawda, ale nie dlatego, że kobiety są „wygodne”.
Pieniądze pomagają żyć, są niezbędne, zmniejszają poziom ubóstwa jednak dziś już wiemy, że gołe transfery finansowe rzadko zmieniają decyzję o dziecku. W badaniach nad polskim programem 500+/800+ widać co najwyżej niewielkie i krótkotrwałe efekty pronatalistyczne, za to wyraźniejsze efekty socjalne (redukcja biedy). Problem nie leży tylko w portfelu, popatrzmy szerzej, on tkwi w architekturze życia. W tym jak, jako społeczeństwo, projektujemy świat, czego oczekujemy od kolejnych pokoleń, jakie umowy społeczne zawrzemy. Kto jest podmiotem i partnerem w tej umowie.
Macierzyństwo nie powinno być testem z „instynktu”. Na potrzeby tej dyskusji widzę je raczej jako umowę społeczną i dziś ta umowa jest dla kobiet nieuczciwa.
Jeśli kobieta słyszy, że ma „po prostu urodzić, bo tego oczekujemy”, to w pakiecie (często) dostaje:
• karę za macierzyństwo na rynku pracy (tempo kariery, przerwy, ryzyko wypadnięcia),
• standard intensywnego i często samotnego rodzicielstwa, w którym „nigdy dość”: zajęcia, rozwój, kontrola, presja,
• ocenę na „koniec dnia” – zła matka, dobra matka, cisza o tacie,
• niewidzialną pracę zarządzania domem (planowanie, pamiętanie, ogarnianie), która w praktyce częściej spada na nią niż na partnera.
To ostatnie ma nawet nazwę w socjologii: „cognitive labor”/mental load. Allison Daminger pokazała, że oprócz „robienia” (sprzątanie, gotowanie) istnieje jeszcze cały obszar myślenia za dom: antycypowanie potrzeb, planowanie, podejmowanie decyzji, monitorowanie. I to jest zgenderowane. Innymi słowy: praca fizyczna – wykonanie zadania, praca mentalna – sprawienie, żeby to zadanie w ogóle zostało zauważone, zaplanowane i doprowadzone do końca.
Dodam do tego fakt, o którym także mówią eksperci w studiu: nie ma dziś „trendu” na rodzicielstwo, jest problem z budowaniem relacji i związków, co wprost padło w dyskusji szczecińskiej (o warunkach, a nie tylko pieniądzach). W tym rozumieniu nasza „wygoda” bywa nie tyle kaprysem, co obroną przed scenariuszem, w którym kobieta ma ciągnąć wszystko.
„Kiedyś się bały, ale rodziły”, brzmi ponuro, bo opisuje brak wyboru, nie cnotę.
Kiedy czytam argument: „Babcia miała 8 dzieci i była szczęśliwa”, nie zaprzeczam szczęściu babci, choć przychodzi mi na myśl dysonans poznawczy – słodkie cytryny (warto o tym poczytać). Deklaracja babci nie jest dowodem na to, że system był sprawiedliwy. Dawniej normy społeczne, ekonomia, religia, dostęp do antykoncepcji, pozycja kobiet, to wszystko „porządkowało” decyzje inaczej. Dziś kobiety mają więcej sprawczości, „swoje” pieniądze, a to często uwiera tych, którzy przyzwyczaili się do automatyzmu: „Tak się robi, bo tak się robi. Po co to zmieniać?”
Rezygnacja z macierzyństwa bardzo często jest aktem odpowiedzialności. Za siebie. Za dziecko, którego nie chce się rodzić z przymusu, lub sprowadzać na świat, który budzi lęk, nie daje bezpieczeństwa. Za życie, które nie ma być odrabianiem społecznego zadania domowego.
Czy tylko Polska?
W literaturze światowej mówi się m.in. o drugim przejściu demograficznym, zestawie zmian kulturowych i obyczajowych (późniejsze związki, późniejsze rodzicielstwo, rosnąca akceptacja bezdzietności), które pojawiają się w rozwiniętych społeczeństwach. A może bardzo niska dzietność utrzymuje się tam, gdzie równość płci działa „na zewnątrz” (edukacja, praca), ale nie działa „w domu” (opieka, obowiązki, odpowiedzialność)?
Peter McDonald opisał to jako napięcie między instytucjami. A badania o „gender revolution” pokazują, że w krajach, gdzie mężczyźni realnie wchodzą w opiekę i dom, łatwiej o stabilniejsze decyzje rodzinne. Czyli: nie „instynkt”, tylko warunki + równość + jakość relacji.
Nie cofniemy czasu. Możemy natomiast mądrzej urządzić przyszłość.
Tu dochodzimy do Ronalda Ingleharta i jego teorii postmaterializmu: gdy rośnie bezpieczeństwo i dobrobyt, część społeczeństw przesuwa priorytety z „przetrwania” na autonomię, samorealizację, jakość życia, wolność wyboru. Często słyszę, że chyba nam potrzeba wojny, by społeczeństwu przywrócić ustawienia fabryczne. Można i tak ale po co? Może zamiast rozpaczliwie próbować „zatoczyć koło” i odtwarzać świat, w którym kobiety rodziły, bo musiały, lepiej wyciągnąć wnioski i nauczyć się funkcjonować w nowych realiach. Nie gorszych. Nie lepszych. Innych. Nowe realia oznaczają m.in.:
• jeśli chcemy, żeby kobiety chciały rodzić, to muszą czuć się bezpiecznie (także zawodowo) i mieć zagwarantowany dostęp do mądrego wachlarza usług społecznych, nie tylko przelew i mail z okazji Dnia Kobiet;
• musimy tworzyć przestrzenie na zwiększenie zaangażowania ojców i zmianę norm – przestańmy prać chłopcom i mężczyznom mózgi ideologią podziału ról społecznych, kulturowych, misją bycia rycerzem, obrońcą, myśliwym;
• potrzebujemy realnych, opartych na równouprawnieniu płci systemów, które wytrzymają starzenie: bo niż demograficzny uderza w Narodowy Fundusz Zdrowia i Zakład Ubezpieczeń Społecznych, a więc w każdego, niezależnie od tego, czy ma dzieci – nie jesteśmy winne katastrofie demograficznej, nasze decyzje są jej barometrem.
Proste zdanie, które warto powtarzać do znudzenia: Nasze decyzje pokazują, że model rodziny i opieki jest w wielu miejscach nie do udźwignięcia, albo nie do zaakceptowania. Zatem: mniej moralizowania, a więcej pytań.
• Co musiałoby się zmienić, żeby rodzicielstwo było dla kobiety mniej ryzykowne?
• Jak dzielimy odpowiedzialność w domu, naprawdę, a nie w deklaracjach?
• Jaką opowieść o macierzyństwie, ojcostwie, rodzicielstwie serwujemy młodym ludziom?
W wielu męskich perspektywach (zwłaszcza w tradycyjnym porządku świata) kobiecość jest wciąż „podpięta” pod powinność: opiekę, dom, poświęcenie, „dawanie życia”. W takim społecznym klimacie świadoma bezdzietność będzie odbierana nie jako wybór, tylko jako odmowa realizacji umowy. Z kolei odmowa roli, która przez dekady była uznawana za naturalną, łatwo wpada do szufladki: wygodnictwo, lenistwo, egoizm.
Czy to jest złośliwość, zła wola mężczyzn? Czasem tak, częściej nie. Może się tu uruchamiać mechanizm obronny: jeśli ktoś całe życie słyszał, że „tak wygląda świat” (kobieta rodzi, mężczyzna zapewnia), to kobieta, która mówi: „nie”, wprowadza niepokój, psuje zabawę. Jej decyzja podważa sens starej umowy: jeśli ona nie musi, to może nikt nie musi, a wtedy trzeba by zmienić sposób myślenia o relacjach, o obowiązkach, o męskości, o podziale pracy w domu. To bywa trudniejsze niż wydanie oceny.
Współczesna dyskusja o dzietności i macierzyństwie świetnie pokazuje, że wcale nie chodzi tylko o dziecko, ale o społeczną legitymację kobiecej autonomii, stylu życia. W wielu środowiskach kobieta bez dzieci przestaje być podejrzana wtedy, gdy jej bezdzietność wpisuje się w ramę poświęcenia uznawaną za szlachetną: zakon, życie konsekrowane, służba Bogu. Nagle ta sama rezygnacja z macierzyństwa nie jest „lenistwem”, tylko „powołaniem”. Dlaczego? Bo łatwiej zaakceptować kobiecą bezdzietność wtedy, gdy widzi się w niej inny rodzaj wyrzeczenia. To zaś odsłania bolesną prawdę: kobieta bywa oceniana nie za to, czy ma dzieci, tylko za to, czy płaci „podatek z poświęcenia”. Jeśli rodzi, „robi swoje”. Jeśli nie rodzi, ma oddać coś innego, co będzie wyglądało jak służba, misja, ascetyzm. A jeśli po prostu chce żyć po swojemu, bez tłumaczeń i bez odpracowywania winy, wtedy jest wygodna.
Może właśnie dlatego ta rozmowa jest tak trudna: bo dotyka nie tylko demografii, ale ukrytego pytania o to, kto ma prawo do życia dla siebie, a kto musi je „usprawiedliwiać” poświęceniem. ©℗
Agata BARYŁA
Agata Baryła, coach mentor, wykładowczyni akademicka, prowadzi firmę Świadoma Komunikacja.