Rozmowa z Radosławem Zbarackim, wieloletnim sędzią piłkarskim
– Jak długo pan już sędziuje i czy nadal sprawia to panu przyjemność? Skąd w ogóle pomysł na sędziowanie i jakie emocje towarzyszyły panu na samym początku zabawy z gwizdkiem?
– Moja przygoda rozpoczęła się w 2003 roku, jeszcze w czasach licealnych. Rok wcześniej kurs sędziowski ukończyło moich trzech bliskich kolegów z klasy. Słuchając ich opowieści i zakulisowych rozmów o weekendowych meczach uznałem, że to może być coś dla mnie. Od dziecka żyłem piłką i sam w nią grałem, jednak zerwanie więzadeł krzyżowych brutalnie zweryfikowało moje plany. Sędziowanie stało się idealną szansą, by pozostać przy ukochanym sporcie. Początki były niezwykle trudne. Miałem 19 lat i naiwnie myślałem, że bycie arbitrem to łatwizna. Już pierwszy mecz sprowadził mnie na ziemię. Zrozumiałem, że oprócz znajomości przepisów muszę błyskawicznie nauczyć się zarządzania ludźmi, wyhodować grubą skórę i potrafić rozmawiać z każdym, nawet najtrudniejszym charakterem. Pamiętam, jak po jednym z pierwszych meczów podszedł do mnie trener Stali Szczecin i zapytał, czy mógłbym dać mu swoje zdjęcie. Zdziwiony zapytałem po co, po czym usłyszałem, że miałbym w co lotkami rzucać. Dziś to zabawna anegdota, ale wtedy pokazała mi ona, z czym to się je. Mimo niełatwych początków, sędziowanie do dziś, po 23 latach, sprawia mi ogromną przyjemność. Mógłbym już być obserwatorem, ale szczerze mówiąc, zupełnie mi się do tego nie spieszy, gdyż bieganie po boisku wciąż sprawia mi ogromną satysfakcję. Uwielbiam zarządzanie meczem, branie odpowiedzialności za boiskowe wydarzenia oraz ten bezpośredni, żywy dialog z zawodnikami i trenerami. To niesamowity klimat, z którego trudno zrezygnować. W tym sezonie powinienem przekroczyć barierę 2000 meczów sędziowanych na poziomach ZZPN i PZPN oraz 300 w Niemczech. Licznik bije cały czas i nie zamierzam go zatrzymywać. Dopóki zdrowie pozwoli i będzie dopisywać forma, to będę robił to, co kocham.
– Czy na przestrzeni wielu lat, kultura kibicowania w niższych ligach się zmieniła? Czy arbitrzy mogą dziś liczyć na większy szacunek?
– Z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że kultura na trybunach zmieniła się na lepsze. Krytyka była, jest i będzie. Jest wręcz potrzebna, o ile pozostaje merytoryczna. Czym innym jest jednak agresja, ona w niczym nie pomaga, a wręcz przeciwnie, sprawia, że młodzi, obiecujący sędziowie rezygnują z pasji już na samym starcie. Zawsze powtarzam, że sędziowie są jak pracownicy w każdym innym zawodzie, jeden ma większy talent i szybciej przyswaja wiedzę, drugi talentu ma mniej, ale nadrabia to twardą pracą nad sobą. Najważniejsza w tym fachu jest determinacja i ciągły rozwój, a nie szukanie w arbitrze wroga publicznego.
– Które spotkania najbardziej zapadły panu w pamięci?
– Jest ich wiele, ale dwa pamiętam szczególnie. Pierwszy to pamiętne małe derby w Solcu Kujawskim, gdzie miejscowa Unia podejmowała Zawiszę Bydgoszcz. Piękne boisko, tłum kibiców i elektryzująca atmosfera. Do przerwy gospodarze prowadzili pewnie 3:0 i wydawało się, że jest po meczu. Po zmianie stron Zawisza dokonał jednak niemożliwego, odwrócił losy spotkania i wygrał 4:3. Coś niesamowitego. Drugi to mecz z naszego regionu. Był to baraż o awans do IV ligi pomiędzy Regą Trzebiatów, a Błękitnymi II Stargard. Do przerwy mieliśmy bezbramkowy remis. W szatni gości zapada decyzja, że schodzi 17-latek, a wchodzi 44-letni weteran Robert Gajda. Doskonale pamiętam reakcję jednego z piłkarzy Regi, który na widok wchodzącego napastnika rzucił pod nosem: Dziadka wpuszczają, to będzie nam łatwiej. Minęła minuta drugiej połowy meczu i ten dziadek strzelił im bramkę na 1:0. Futbol uczy pokory na każdym kroku.
– Przepisy piłkarskie ewoluują na naszych oczach. Jak pan ocenia te zmiany? Czy przepis dotyczący zagrania ręką nadal jest niejasny?
– W ciągu mojej kariery przepisy zmieniały się rok w rok. W większości były to modyfikacje mądre i potrzebne, ale zdarzają się też przepisy zupełnie nieżyciowe. Weźmy za przykład niedawną zmianę dotyczącą kontuzjowanych graczy i obowiązku opuszczenia boiska na minimum minutę po udzieleniu pomocy medycznej. Wyobraźmy sobie sytuację: 90. minuta, gospodarze przegrywają 0:1 i rzucają wszystkie siły do ataku. Ich zawodnik doznaje autentycznej, bolesnej kontuzji. Muszę przerwać grę i wezwać medyków. Przepis zmusza poszkodowanego do zejścia poza linię boczną na pełną minutę. Przed zmianą przepisów mogłem wpuścić go od razu po wznowieniu gry. Intencją IFAB było ukrócenie cwaniactwa i gry na czas, ale w tym przypadku przepis uderza w drużynę goniącą wynik i cierpiącą przez realny uraz. Mam nadzieję, że to skorygują. A jeśli chodzi o zagrania ręką, to o tym mógłbym mówić godzinami. Szkolę się od 23 lat i nie pamiętam sezonu, w którym te wytyczne byłyby w 100 procentach jednoznaczne, nawet w naszym sędziowskim gronie.
– Czy miał pan lub nadal ma autorytet sędziowski, na którym się wzoruje?
– Nigdy nie miałem jednego, ślepego wzorca. Uważam, że od każdego arbitra zawodowego można podpatrzyć ten jeden, konkretny element, w którym jest mistrzem. Nie będę jednak oryginalny, wskazując na Szymona Marciniaka. Jego pewność siebie, autorytet, uśmiech, a kiedy trzeba, ta słynna groźna mina, to absolutny światowy top zarządzania meczem. Na naszym lokalnym podwórku ogromnym szacunkiem darzę Daniela Kwietnia, z którym wspólnie przedeptaliśmy na boiskach tysiące kilometrów. To naturalny mistrz budowania relacji z zawodnikami i zarządzania widowiskiem. To właśnie od niego uczyłem się boiskowej psychologii.
– Gdyby miał pan zachęcić kogoś do zapisania się na kurs sędziowski, to jakich argumentów by pan użył? I przed czym najbardziej przestrzegł taką osobę?
– Bycie sędzią to niezwykle odpowiedzialna przygoda. To elitarna szkoła życia, która bezlitośnie obnaża ludzkie słabości, ale jednocześnie daje potężne narzędzia do pracy nad własnym charakterem. Zamiast oglądać mecz z perspektywy kanapy czy bezpiecznych trybun, stajesz w samym epicentrum wydarzeń. Czujesz dynamikę gry, zapach murawy i czyste emocje z odległości kilku centymetrów. Dla pasjonata futbolu to wyjątkowy przywilej. Przed czym przestrzegam? Przede wszystkim przed zderzeniem z brutalną rzeczywistością i samotnością. Trzeba zbudować w sobie mentalną tarczę. Musisz też zaakceptować fakt, że popełnisz błędy, bo jesteś tylko człowiekiem i nauczysz się z nimi żyć. Sędziowanie wymaga też poświęceń. Kiedy znajomi idą w weekend na grilla lub imprezę, ty często o ósmej rano w niedzielę jedziesz na mecz w strugach deszczu. Bez prawdziwej pasji szybko dasz sobie spokój.
– Jakie jest pana zdanie o technologii VAR? Czy aptekarskie, milimetrowe spalone mają jeszcze cokolwiek wspólnego z duchem gry?
– Dla mnie sprawa jest prosta: nie wiem, czym różni się spalony o 1 milimetr od tego o 10 centymetrów. Spalony to pozycja niedozwolona, czyli zero-jedynkowa. W tej konkretnej kwestii jestem jak najbardziej za VAR-em. Gdy jednak spojrzę na całokształt… Pamiętam doskonale czasy bez technologii. Było wtedy mnóstwo emocji i ludzkich błędów. Dzisiaj mamy VAR, zaawansowane powtórki i… dokładnie tyle samo emocji oraz kontrowersyjnych błędów. Pod wieloma względami wolę więc tą starą szkołę opartą na czystym, ludzkim oku.
– Jak porównałby pan sędziowanie na trawie, do gwizdania na hali?
– Uwielbiam sędziować futsal. Choć oba sporty opierają się na podobnych przepisach ogólnych, to dynamika, otoczenie i technika sędziowania są zupełnie inne. Futsal to prawdziwy rollercoaster. Akcje zmieniają się w ułamku sekundy, a piłka niemal bez przerwy jest w grze. Jako sędzia mam tutaj drastycznie mniej czasu na reakcję i podjęcie decyzji niż na dużym boisku i właśnie tę adrenalinę lubię najbardziej. Hala pozwoliła mi nabrać ogromnej pewności siebie oraz rozwinąć umiejętność błyskawicznego, zdecydowanego reagowania. Jedyne, czego bardzo żałuję, to fakt, że w Szczecinie brakuje typowej amatorskiej ligi futsalu. Jak na tak duże miasto z wielkimi tradycjami halowymi, to naprawdę rzadkość.
– Czy potrafi pan jeszcze oglądać mecze normalnie, jak zwykły kibic, czy tylko pod kątem sędziowania?
– W tym fachu nie ma już powrotu do zwykłego kibicowania. Nie da się wyłączyć sędziowskiego oka. Oglądając mecz przed telewizorem, automatycznie analizuję ustawienie arbitra, jego reakcje i interpretuję decyzje. Co ciekawe, to nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie. Ciągłe podglądanie innych, połączone z bieżącą dyskusją i wymianą zdań w gronie sędziowskim, pozwala mi nieustannie szlifować własny warsztat.
– Jaki jest pana boiskowy styl? Czy sędziuje pan po aptekarsku, czy raczej pozwala na twardą, męską grę?
– Mój styl krystalizował się latami metodą prób i błędów. Zawsze opieram się na wzajemnym szacunku, szanuję piłkarzy oraz trenerów i tego samego bezwzględnie oczekuję w zamian. Na boisku dużo rozmawiam, ale staram się nie krzyczeć. Wolę spokojnie wytłumaczyć powody swojej decyzji. Jeśli zawodnik kręci nosem, to mówię mu wprost: Masz pełne prawo się ze mną nie zgadzać, ale moją decyzję musisz uszanować; nie ma w niej złośliwości; tak to po prostu oceniłem. Staram się pozwalać na płynną, męską grę, ale pod warunkiem, że obie strony chcą grać w piłkę, a nie kopać się po kościach. Doświadczenie pozwala mi szybko wyczuć temperaturę meczu i dobrać taki poziom interpretacji przewinień, który w danym dniu pasuje obu drużynom. Jesteśmy tylko ludźmi, błędy się zdarzają, ale szacunek na murawie to świętość.
– Gdzie najwyżej pan sędziował i czy mógł pan zrobić większą karierę w tym zawodzie?
– Im dłużej gwizdałem, tym mocniej rosły moje ambicje. Zatrzymałem się na poziomie III ligi w wieku 37 lat, gdzie zderzyłem się z ogromnymi wymaganiami. Dziś mam 42 lata. W tym fachu, aby przebić się na szczebel centralny trzeba być dobrym i do tego jeszcze mieć odrobinę szczęścia. Niestety, ale znam wielu świetnych arbitrów, którzy mimo ogromnych umiejętności, z różnych przyczyn odbijali się od tej ściany.
– Rozstrzyga pan mecze w Polsce, jak i w Niemczech? Czy zauważył pan jakieś różnice?
– Lokalne kluby piłkarskie w Niemczech pełnią przede wszystkim ważną rolę społeczną. Mecze są okazją do spotkań i integracji mieszkańców, a życie klubowe trwa również po ich zakończeniu. Frekwencja na trybunach jest zauważalnie większa. Podczas meczów działają klubowe bary i grille, do których przychodzą całe rodziny. Sprzedażą zajmują się społecznie działacze i kibice. Kluby mogą korzystać z określonych preferencji podatkowych, a w niektórych przypadkach również ze szczególnych zasad dotyczących zezwoleń. Dzięki temu poczęstunek jest stałym elementem lokalnych spotkań piłkarskich i trudno znaleźć klub, który podczas meczu nie oferowałby kiełbaski czy piwa. Mam nadzieję, że kiedyś podobne rozwiązania zostaną wprowadzone również w Polsce. Istotnym elementem niemieckiego systemu jest obowiązek zapewnienia przez kluby odpowiedniej liczby sędziów w stosunku do liczby zgłoszonych drużyn. Klub wystawiający kilka zespołów musi zadbać o odpowiednią kadrę sędziowską. Nieprzestrzeganie wymogów związku może skutkować karami finansowymi lub innymi sankcjami regulaminowymi. Takie rozwiązanie motywuje kluby do pozyskiwania i szkolenia nowych sędziów, a tym samym pomaga zapewnić odpowiednią liczbę arbitrów w regionie. Warto zastanowić się, które z tych rozwiązań można przenieść na nasz grunt, aby wzmocnić lokalne kluby amatorskie i poprawić dostępność sędziów.
– I jeszcze na koniec chcę zapytać pana o mecz reprezentacji Polski z Rumunią. Czy zawodnika faulujący Roberta Lewandowskiego Radu Dragusin, powinien otrzymać bezpośrednią czerwoną kartkę?
– Z punktu widzenia przepisów gry, sędzia podjął decyzję podręcznikową, gdyż był to faul bez próby zagrania piłki, zatrzymujący stuprocentową akcję. W tym przypadku zastosowanie czerwonej kartki ma ogromną wartość edukacyjną dla środowiska piłkarskiego. Zawodnik Rumunii od samego początku tej akcji skupił się wyłącznie na Lewandowskim, a nie na lecącej futbolówce. Został za plecami Polaka, stracił pozycję i wiedział, że nie ma już szans na czyste zagranie piłki. Gdyby obrońca podjął z Lewandowskim walkę bark w bark, to sytuacja mogłaby skończyć się zupełnie inaczej i w najgorszym przypadku również rzutem karnym, ale już tylko z żółtą kartką, bo wtedy byłaby walka o piłkę.
– Dziękujemy za rozmowę. ©℗
(PR)