Piątek, 26 czerwca 2026 r. 
REKLAMA

Czy kardynał August Hlond był politycznym pragmatykiem?

Data publikacji: 26 czerwca 2026 r. 13:56
Ostatnia aktualizacja: 26 czerwca 2026 r. 13:58
Czy kardynał August Hlond był politycznym pragmatykiem?
Kard. August Hlond w trakcie przemówienia Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe  

Tomasz SIKORSKI

REKLAMA

W styczniu 1926 r. po długiej i ciężkiej chorobie zmarł pierwszy prymas odrodzonej Polski, kard. Edmund Dalbor – kapłan zasłużony dla sprawy polskiej, gorący patriota, unikający konfliktów politycznych. Nie była to jednak wybitna osobowość, indywidualność tej miary i formatu, jak choćby abp. Adam książę Sapieha, czy doskonale od dawna odnajdujący się na salonach politycznych  kard. Aleksander Kakowski. Zarówno w Episkopacie, jak i w Stolicy Apostolskiej zastanawiano się, kto powinien zostać następcą zmarłego prymasa. 

Sprawa nie była łatwa także ze względu na uwarunkowania polityczne. Przeżywająca chroniczną zapaść polska demokracja, po dokonanym 12 maja 1926 r. przez Józefa Piłsudskiego zamachu stanu, legła w gruzach. Piłsudski wraz ze swoim obozem politycznym, dokonując rewolucji bez rewolucyjnych konsekwencji, przejął pełnię władzy. Nowy reżim z upływem czasu stworzył rodzimą wersję autorytaryzmu, z roku na rok dryfującego w kierunku dyktatury, zachowującej jedynie dekoracyjne formy demokratyczne i parlamentarne.

Od samego początku w polskim Episkopacie opinie na temat Marszałka i jego obozu były podzielone. Oprócz zdeklarowanych sympatyków narodowej prawicy i chadecji, znajdowali się biskupi życzliwie ustosunkowani wobec Piłsudskiego, jak również neutralni wobec spolaryzowanej sceny politycznej. Po śmierci prymasa Dalbora, tak na łamach prasy, jak i w kręgach duchowieństwa spekulowano kto mógłby zostać jego następcą na zbliżające się trudne czasy. Zdecydowana większość poznańskiej opinii publicznej godnego następcę zmarłego prymasa upatrywała w wikariuszu generalnym bp. Stanisławie Łukomskim, który już od miesięcy zarządzał archidiecezją poznańską i gnieźnieńską. Na giełdzie nazwisk pojawił się jeszcze prowincjał zakonu jezuitów o. Stanisław Sopuch, ceniony rekolekcjonista i kaznodzieja. Sporo mówiło się o szansach bpa. podlaskiego Henryka Przeździeckiego, który nie krył swoich prawicowych poglądów, deklarując się również jako zwolennik przywrócenia monarchii. Nie wykluczono też, że prymasem mógłby zostać dominikanin o. Jacek Woroniecki, znakomity intelektualista, znawca tomizmu, etyki chrześcijańskiej, jeden z nestorów polskiego katolicyzmu społecznego. Nikt nie kwestionował walorów intelektualnych o. Woronieckiego, pytanie, czy w tamtym, jakże trudnym czasie te aktywa mogły okazać się decydujące?

W ocenie Stolicy Apostolskiej i papieża Piusa XI dominowało przekonanie, aby nie udzielać nominacji duchownemu krytycznie nastawionemu wobec Piłsudskiego i sanacji. Nie chciano w ten sposób wciągać Kościoła w otwarty konflikt z nowym rządem. Racje i pragmatyzm Piusa XI wydawały się jak najbardziej uzasadnione. Należało więc znaleźć duchownego neutralnego tak wobec narodowej prawicy, jak i Piłsudskiego. Początkowo wydawało się, że papież postawi na o. Sopucha. Niektórzy historycy Kościoła uważają nawet, że taka decyzja zapadła, dopiero później Stolica Apostolska z niej się wycofała. Dlaczego? Nie było jednej przyczyny, a co najmniej kilka. Pierwsza, może prozaiczna, to sprzeciw jaki zgłosił wobec o. Sopucha dobrze ustosunkowany w Watykanie generał jezuitów Włodzimierz Ledóchowski. Czy jego opinia przeważyła? Tego nie wiemy, ale zapewne była brana pod uwagę. O. Sopuch nie był też specjalnie rozpieszczany przez endecką prasę. Zarzucano mu germanofilizm oraz bliską znajomość z Piłsudskim. Dlatego papież nie mając pewności, od wyboru o. Sopucha odstąpił. Uznał najpewniej, że powinien postawić na duchownego uwolnionego od sporów politycznych, niekojarzonego z koteriami partyjnymi, w sprawach politycznych raczej milczącego, a jednocześnie pozwalającego współegzystować polskiemu Kościołowi w nowych realiach pomajowych.

Wybór padł na salezjanina, ordynariusza katowickiego abp. Augusta Hlonda. Zapewne atutem była tutaj znajomość Piusa XI z Hlondem, ale nie to było najważniejsze, a jak zauważył Krzysztof Krasowski „trzeźwa kalkulacja”. Nowy prymas miał z jednej strony kontynuować wyznaczone przez Piusa XI cele pontyfikatu, z drugiej dawać gwarancję nie wciągania polskiego Kościoła w spory i konflikty polityczne. Przyszły prymas bez wątpienia miał kilka atutów, aktywów, których nie dało się nie zauważyć i przejść wobec nich zupełnie obojętnie. Uchodził za dość sprawnego organizatora, realizatora „polityki papieskiej”, był też zorientowany w nauczaniu społecznym Kościoła. Przede wszystkim jednak mówiono wszem i wobec, że jest apolityczny. I to chyba przeważyło.

Prof. Jerzy Pietrzak już kilka dekad temu postawił pytanie, czy prymas Hlond był zwolennikiem sanacji? Postawił i odpowiedział na nie, choć nie w sposób jednoznaczny, pozostawiając czytelników ze znakiem zapytania. Myślę, że dziś, gdy od artykułu prof. Pietrzaka upłynęło już ponad 40 lat warto byłoby rozstrzygnąć inny dylemat– czy Hlond był pragmatykiem politycznym? Czy w obszarze polityki był „dyplomatą” grającym na kilku różnie nastrojonych fortepianach. Nie chodzi oczywiście o jakąś polityczną kakofonię, ale o próbę zastanowienia się nad taktyką prymasa. Taktyką, którą należałoby również ocenić.

Sprawa pierwsza, kluczowa – to stosunek abp. Hlonda do przewrotu majowego. Tutaj niestety możemy jedynie poruszać się w sferze spekulacji i domniemywań. Nie wiemy bowiem, jaki był stosunek abp. Hlonda do Piłsudskiego i jego obozu politycznego, dodajmy obozu lewicy, gdzie oprócz ludzi ambiwalentnie nastawionych wobec religii i Kościoła, znajdowali się także zaciekli antyklerykałowie. Trudno powiedzieć, czy abp. Hlond uważał, że zamach, przewrót dokonany przez Piłsudskiego był bezalternatywny. Czy był próbą ratowania demokracji, czy może jej demontażu? Choć wiadomo było, że abp Hlond był krytyczny wobec parlamentarnych form rządzenia, niedostosowanych do polskich realiów, a nadto jeszcze obyczajom politycznym sprzed maja 1926 r. Będzie jeszcze o tym mowa. W każdym razie to były pewne punkty wspólne w rozumowaniu Piłsudskiego i abp. Hlonda. Można być pewnym jednego, a mianowicie, że prymas krytycznie oceniał „przelew krwi bratniej” w maju 1926 r. Nie wyobrażam sobie, że mogło być inaczej.

Zadanie, a właściwie zadania przed jakim stanął nowy prymas było niełatwe. Nie dosyć na tym, że musiał uspokoić sytuację w Episkopacie, zintegrować go, wyciszyć antyrządowe nastroje, to jeszcze miał świadomość, że musi się zmierzyć się z nowymi realiami. Patrząc z szerszej perspektywy w tej pierwszej sprawie, mimo, że należał do zwolenników centralizacji, koncentracji władzy w Kościele, zamknąć ust wszystkim biskupom mu się nie udało. A jak wyglądało jego zmaganie się z „nowymi realiami” Polski sanacyjnej? Najogólniej rzecz ujmując różnie, a więc i niejednoznacznie. Ten obraz „polityki” Hlonda jest zatem wielobarwny.

Naczelnik Państwa marszałek Józef Piłsudski na Jasnej Górze w Częstochowie w październiku 1921 r. (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Jeszcze w maju 1926 r. papież Piusa XI pobłogosławił Marszałka i nowy rząd. Był to jednak wyłącznie gest kurtuazyjny. Nie było mowy o ewangelicznym rozgrzeszeniu za przelew krwi bratniej. W pierwszych miesiącach po przewrocie abp. Hlond w zasadzie milczał, nie komentował bieżącej sytuacji, ani posunięć sanacyjnych władz, włącznie z przyjętą w sierpniu nowelizacją konstytucji. Bardziej wylewni byli inni członkowie Episkopatu. Krytycy Marszałka, jak choćby abp.: Józef Teodorowicz i Sapieha oraz biskupi: Przeździecki, Łoziński, Augustyn Łosiński. W swoich przekonaniach, a pewnie i uprzedzaniach pozostali niezmienni. Z kolei kard. Kakowski, doskonale obyty jak chyba nikt na salonach, skłonny był zadeklarować publicznie poparcie dla władz sanacyjnych i to w obecności prezydenta Ignacego Mościckiego, który zjawił się w sierpniu 1926 r. na I Ogólnopolskim Zjeździe Katolickim.

Bodaj po raz pierwszy prymas Hlond nawiązał do aktualnej sytuacji politycznej na początku listopada 1926 r., podczas kolejnego zjazdu katolickiego. Wyraził się krytycznie o ośmioleciu Niepodległej, nie zostawił suchej nitki na partyjniactwu, prywacie, walkach politycznych, które niszczyły państwo. Nawiązując do maja 1926 r. prymas nie udzielił oficjalnego poparcia sanacji, mówił jedynie o majowym „przesileniu duszy polskiej”, konieczności wzniesienia się ponad podziały, domagał się od „czynników państwowych” wypowiedzenia otwartej wojny kierunkom i prądom wywrotowym – od komunizmu, laicyzmu po masonerię. Deklarował też, że jako sternik Kościoła odsunie duchowieństwo od polityki, w zamian oczekiwał, że nowy reżim poprze jego wizję „Polski katolickiej”. Słowa prymasa Hlonda spotkały się z różnymi ocenami w Episkopacie. Niektórzy duchowni uważali, że okazana Piłsudskiemu życzliwość i kredyt zaufania są błędem.

Tymczasem w początkach grudnia 1926 r. sprzyjająca endecji prasa ogłosiła, że podczas obrad hierarchii kościelnej, które miały miejsce na przełomie listopada i grudnia tegoż roku, wydano specjalny komunikat krytycznie oceniający pierwsze miesiące rządów sanacji. Taki obrót sprawy siłą rzeczy musiał wywołać zaniepokojenie w sferach rządowych. 17 grudnia 1926 r., ukazał się w prasie list abp. Hlonda do Piłsudskiego, w którym kardynał deklarował pełną i szczerą lojalność wobec państwa i rządu, oczywiście dla dobra ojczyzny i Kościoła. List spotkał się z krytyką niemałej części Episkopatu. Abp Sapieha napisał wprost, że wywołał on w społeczeństwie fatalne wrażenie. Prymas osiągnął jednak swój cel. 29 grudnia wydano tzw. okólnik Bartla wprowadzający do szkół religijne praktyki. Umocniło to w przekonaniu abp. Hlonda, że należy uwolnić się spod nacisków partii politycznych, włączyć się w realizację „celów państwowych”, a przede wszystkim zabezpieczyć dobro Kościoła i katolickiej wspólnoty.

Do kolejnej próby sił doszło już podczas kampanii wyborczej do Sejmu. W Episkopacie nadal istniała „fronda”, która wyraźnie opowiadała się za oficjalnym poparciem narodowej, katolickiej prawicy. Prymas był odmiennego zdania. Pierwotną wersję listu do wiernych w sprawie wyborów abp. Teodorowicz miał uzgadniać z Romanem Dmowskim, który w grudniu 1926 r. zorganizował Obóz Wielkiej Polski, a zaraz później broszurą pt. Kościół, naród, państwo zapowiedział ewolucję obozu Narodowej Demokracji w kierunku narodowo‑katolickim. Dezyderaty Dmowskiego były abp. Hlondowi obce, nie oznacza to jednak, że nie utrzymywał on relacji z politykami endecji. Wręcz przeciwnie w swojej „polityce” miał powierników i nie raz radził się np. profesorów: Stefana Dąbrowskiego i Stanisława Kasznicy. Obaj związani byli ze sprzyjającym endecji Stronnictwem Chrześcijańsko‑Narodowym (Dąbrowski zasilił nawet później szeregi Stronnictwa Narodowego). Ale to „drobiazg”. W każdym razie prymas Hlond przeredagował pierwotną wersję listu. Teraz był on bardzie ogólny, a zatem i w swojej treści otwierający pole do spekulacji. Krytykowano w nim partyjniactwo, egoizmy polityczne. Idealny poseł i senator miał służyć państwu, narodowi i Kościołowi. Oczywiście w grę wchodził jedynie katolik. Okazało się, że taki projektowany model „dobrego katolika” odpowiadał większości stronnictw centroprawicowych, a i dużej części kandydatów Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem (BBWR), na listach którego znaleźli się choćby konserwatyści. Trudno zarzucić prymasowi złe intencje, chciał raczej uspakajać nastroje, tyle, że w kampanii wyborczej poszczególni kandydaci prześcigali się w udawadnianiu, że są prawowiernymi katolikami, przez co cierpiał autorytet Kościoła. Niewiele pomogły sprostowania, wyjaśnienia i uzupełnienia do listu, które składali poszczególni biskupi. Wywoływało to jeszcze większy zamęt.

Tuż przed wyborami – 7 grudnia 1927 r. prymas zdecydował się na bądź co bądź kurtuazyjną wizytę w Belwederze. Zapewniał Marszałka, że jego celem było zjednoczenie katolików, a nie partii katolickich, a zatem nie miał zamiaru rozpętać walki z rządem. Wszystkiemu bacznie przyglądała się Stolica Apostolska, dla której kwestia wewnętrznych walk partyjnych w Polsce była wtórna wobec pozycji Kościoła w państwie. Stąd nie oceniano gabinetów pomajowych z punktu widzenia politycznego, a ich światopoglądowego nastawiania do religii i Kościoła. Zresztą to zupełnie zrozumiała optyka.

Wyniki wyborów do Sejmu i Senatu z 1928 r. oznaczały, że pragmatyczna taktyka prymasa Hlonda zwyciężyła. Wpływy dotychczasowych zwolenników politykowania w Episkopacie wyraźnie osłabły. Doskonale było to widać podczas obrad nadzwyczajnej konferencji Episkopatu zwołanej w Gnieźnie we wrześniu 1928 r. Dokonano wówczas swoistego bilansu ostatniego prawie dziesięciolecia. I nie chodziło tylko o kondycję polskiego katolicyzmu, sytuację wewnątrz Kościoła, ale i o błędy i zaniechania rozpolitykowanych kapłanów. Dla prymasa wzorem był ponadpartyjny „kapłan państwowiec”, choć akurat tego zwrotu użył bp. Przeździecki, do niedawna jeszcze jeden z „polityków w sutannie”. Patrząc szerzej prymasowi zależało, aby Kościół nie mieszał się w politykę, ale też ważył racje udzielając ewentualnego poparcia sanacji. Kluczowa była ocena reżimu przez pryzmat interesów Kościoła i wiernych.

Zatem siłą rzeczy pragmatyczna linia jaką obrał kard. Hlond przypominała sinusoidę. W sprawach łamania praworządności, czystek w armii, administracji, wprowadzania nowych praktyk i obyczajów sejmowych prymas nierzadko milczał. Z drugiej strony wysyłano memoriały, pisano listy krytykujące niektóre posunięcia rządu, domagano się dymisji niektórych ministrów – np. Sławomira Czerwińskiego, który dokonał konwersji na kalwinizm. Postawienie tych racji na szali nie rozstrzygnie, która z nich przeważy.

Do zasadniczego przełomu nie doszło również po „przejęciu władzy” przez tzw. „pułkowników” – najwierniejszych z wiernych Marszałka. Polityczna zwrotnica wyraźnie została przekierowana na kurs ku dyktaturze. Prymas znów pozostał w milczeniu, gdy niszczono resztki demokracji i praworządności. Nie solidaryzował się z katolikami w obozie narodowym, nie mówiąc już o Centrolewie, gdzie dostrzegał jedynie „siedlisko antyklerykalnej lewicy”. Gdy aresztowano posłów opozycji i osadzono ich w Brześciu, memoriały i listy do prymasa wysyłali politycy, profesura, inteligencja. Choć kard. Hlond miał pełną świadomość skali terroru, brutalności, agresji i sadyzmu Wacława Kostki‑Biernackiego, przez długi czas milczał publicznie. Historycy tłumaczą to często jego ostrożnością – wolał wstrzymać się z reakcją do czasu, aż opadną polityczne emocje, a zarzuty zostaną poparte niezbitą dokumentacją.

Podczas kampanii wyborczej w 1930 r., w orędziu skierowanym do wiernych kard. Hlond apelował, aby pamiętali o spoczywającym na nich obywatelskim obowiązku i poszli do urn i zagłosowali na tych kandydatów, którzy dają gwarancję realizacji interesów państwowych i obrony świętej wiary katolickiej. Była tam mowa o szkodliwych dla państwa „wywrotowcach”, co odczytywano jako głos przeciw zjednoczonej opozycji centrolewicowej, która zresztą w wyborach poniosła sromotną porażkę. Z kolei poparcie wprost obozu narodowego mogło oznaczać, jak pisał kard. Kakowski „małą korzyść a wielkie straty”.

Taktyka prymasa Hlonda w sprawie brzeskiej zaczęła dzielić członków Episkopatu. Jego Komisja Prawna przygotowała nawet odezwę polskiego Kościoła w tej sprawie. Prymas nie godził się jednak na ostre i stanowcze wystąpienie. Ostre, ponieważ mowa tam była o potępieniu niebywałej skali bezprawia, brutalizacji życia publicznego i ograniczania konstytucyjnie gwarantowanych praw obywatelskich. Prymas nadal pozostawał nieugięty i nie zamierzał ulegać presji. Ostatecznie uzgodniono, że do sprawy brzeskiej prymas nawiąże w przygotowywanym już od jakiegoś czasu liście pasterskim – O chrześcijańskie zasady życia państwowego. Nawet abp. Teodorowicz, rzecznik stanowczego i jednoznacznego wystąpienia Kościoła w sprawie brzeskiej skłonny był wierzyć w to, że list, choć spóźniony nawiąże „przejrzyście” do Brześcia. Gdy o planach kard. Hlonda dowiedziały się władze sanacyjne zapanowała konsternacja. Co nie powinno dziwić, treść dokumentu owiana była przecież tajemnicą. Władysław Skrzyński – poseł RP w Rzymie informował Warszawę, że Episkopat może tym razem zająć nie tylko antyrządowe, ale i antypaństwowe stanowisko. Sugerował też Piłsudskiemu, aby ten bezceremonialnie zmienił kurs wobec polskiego Kościoła.

Wszystko to zbiegło się w czasie z debatą na temat nowelizacji prawa małżeńskiego. Projekt zrywał z oparciem małżeństwa na prawie wyznaniowym, wprowadzał urzędy stanu cywilnego, dopuszczał rozwody, a sprawy o unieważnienie małżeństwa, separacji i rozwodu miały być przekazywane sądom powszechnym. Kościół tym razem zareagował wyjątkowo ostro i zdecydowanie. Dostrzegał w nowelizacji planowany zwrot w kierunku laicyzacji narodu. Prymas Hlond porównywał reformę do ustawodawstwa bolszewickiego. Projekt potępiła Akcja Katolicka, grzmiała cała prawica – od narodowców, chadeków po konserwatystów. Presja katolickiej opinii publicznej była ogromna. Druga strona, przynajmniej na początku nie zamierzała odpuszczać. Minister Janusz Jędrzejewicz przestrzegał przed wszczynaniem wojny religijnej, która nikomu na dobre nie wyjdzie, ale już w styczniu 1932 r., podczas debaty sejmowej bronił jedynie rządu, od projektu prawa małżeńskiego się dystansując. W tej sytuacji istniały obawy, czy planowany list kard. Hlonda powinien zostać poddany do opinii publicznej. Kard. Kakowski przekonywał członków Episkopatu, że nie powinno się „dolewać oliwy do ognia”. Zgoła odmiennie – abp. Teodorowicz, który radził kard. Hlondowi, aby „się nie uląkł” i „nie milczał służalczo”. Można sądzić, że właśnie głos abpa. Teodorowicza przekonał prymasa, że dłużej już milczeć nie można.

Datowany na 23 kwietnia 1932 r. list prymasa – O chrześcijańskie zasady życia państwowego był wykładnią katolickiej nauki o państwie, zgodną z nauczaniem Leona XIII i jego następców, oczywiście z uwzględnieniem polskich warunków. Nie ma tutaj miejsca na jego szczegółowe omówienie. Kluczowe było odrzucenie przez prymasa totalitarnych prądów epoki, ale i „fałszywego liberalizmu”. Prymas przypominał, że każda władza pochodzi od Boga, co nakłada na rządzących ogromną odpowiedzialność moralną przed Stwórcą. Podstawowym zadaniem i ograniczeniem władzy państwowej jest troska o dobro wspólne obywateli, a zatem rządzenie przeciwko interesom państwa i narodu jest nadużyciem. List sprzeciwiał się teorii, wedle której państwo jest najwyższym źródłem prawa i moralności (państwo jako cel sam w sobie). Prymas bronił praw jednostki, rodziny oraz Kościoła przed zakusami państwowego monopolu. Potępiał makiawelizm, korupcję, kłamstwo polityczne oraz nienawiść partyjną. Postulował aby politykę podporządkować tym samym normom moralnym, co życie prywatne. List prymasa nie był jedynie gestem, ale manifestem w obronie przyrodzonych praw człowieka, jasnym i precyzyjnym stanowiskiem Kościoła w sprawie uprawnień i powinności państwa. Oczywiście w tej beczce miodu jest i łyżka dziegciu. Pytaniem otwartym pozostaje, czy prymas mógł bardziej bezceremonialnie zademonstrować swoje stanowisko wobec Brześcia. Po drugie, czy list nie był spóźniony?

List miał też swoje znaczenie w szerszej perspektywie. Myślę tutaj o przygotowywanej od dłuższego czasu przez reżim sanacyjny zmianie konstytucji. Zasadniczy dekalog – credo było już jasno wyłożone. Trzeba jednak przypomnieć, że już w 1931 r. Episkopat przedstawił rządowi swoje zapatrywania (postulaty) ustrojowe. Zwracano uwagę nie tylko na rozstrzygnięcia szczegółowe dotyczące uprawnień i relacji poszczególnych organów państwowych, ale na aksjologię konstytucyjną – odwołanie do Boga jako źródła władzy. Do konstytucji kwietniowej prymas Hlond ustosunkował się neutralnie życzliwie. Inna sprawa, że akurat w sferze stosunków wyznaniowych nowa ustawa zasadnicza nie wnosiła żadnych pokładów „rewolucyjnych”, a raczej powtarzała to co było zapisane w konstytucji marcowej. Kard. Hlond pozytywnie oceniał wzmocnienie jednolitej i niepodzielnej władzy prezydenta, kompetencje Senatu, eksponowaną w ustawie zasadniczej ideę elitaryzmu, a zwłaszcza zapis o odpowiedzialności głowy państwa „przed Bogiem i historią”. Było to zgodne z jego monarchistycznymi poglądami, których nie krył, co więcej krótko po wybuchu wojny uważał, że „nowa Polska”, która wyrośnie na zgliszczach znów będzie królestwem. Czas boleśnie zweryfikował te oceny. Kard. Hlond nie wyraził też sprzeciwu wobec nowej ordynacji wyborczej z lipca 1935 roku. Ten skrajnie niedemokratyczny dokument faktycznie eliminował opozycję z życia politycznego. Niewykluczone, że Prymas postrzegał to rozwiązanie jako konieczny lek na rozdrobnienie partyjne. Ale znów to tylko spekulacje.

12 maja 1935 r. zmarł Marszałek Piłsudski. Kończyła się pewna epoka, a wraz z nią powróciło „stare”. Sporów i kłótni nad trumną Piłsudskiego nie było końca. Wzięli w nich udział także duchowni, obudzeni z letargu. Prymas łagodził nastroje, studził emocje. W momencie walki diadochów o władzę umiejętnie balansował między zwalczającymi się obozami i środowiskami. Miał dobre relacje właściwie ze wszystkimi, którzy rywalizowali o schedę po Piłsudskim, od Walerego Sławka, gen. Edwarda Śmigłego‑Rydza, po „Zamek” Mościckiego. To dowodzi jego dyplomatycznych talentów. Cenił sobie Eugeniusza Kwiatkowskiego, wielokrotnie konferował z Ministrem Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego Zenonem Świętosławskim, premierem Felicjanem Sławoj‑Składkowskim i innymi przedstawicielami elit władzy. Przed wyborami 1935 i 1938 ponownie zachował się kurtuazyjnie i zachowawczo, apelując o instynkt państwowy i spełnienie obywatelskiego obowiązku. O opozycji zapomniał, albo nie chciał pamiętać.

Powstanie Obozu Zjednoczenia Narodowego przyjął z nadzieją na autentyczną konsolidację narodu. Wobec prawicy narodowej pozostawał konsekwentnie krytyczny, zjednoczenie chadecji pod szyldem Stronnictwa Pracy nie poparł wprost na co liczono, uważając zapewne, że nową partię tworzą politycy z „minionej epoki”. Co nie oznacza, że z politykami opozycji nie utrzymywał przyjaznych relacji. W Ignacym Janie Paderewskim dostrzegał męża stanu, wielokrotnie spotykał się i korespondował z politykami reprezentującymi zarówno polityczne centrum, jak i prawicę. Gdy, jednak krótko przed wybuchem wojny polityczne i naukowe autorytety zwróciły się do niego z propozycją objęcia patronatu nad projektem reformy systemu politycznego dopuszczającego konstruktywną opozycję do współrządzenia, zadeklarował, że to ważna i cenna inicjatywa. Ale na tym koniec. Żadnych ruchów nie wykonał. Gdy docierały do niego prośby i apele o wstawiennictwo za prześladowanymi naukowcami, urzędnikami czy działaczami politycznymi, zazwyczaj odwracał wzrok. Zbywał je milczeniem, chowając nadesłaną korespondencję na dno szuflady – tak jak w przypadku aresztowanego wileńskiego docenta Stanisława Cywińskiego, oskarżonego o rzekomą „obrazę pamięci Marszałka”.

Swoją pragmatyczną drogą prymas Hlond kroczył nieprzerwanie, nie zbaczając z wydeptanej ścieżki. Rewersem tej politycznej taktyki prymasa było ciągłe powtarzanie, że Kościół jest instytucją apartyjną i apolityczną, siłą rzeczy niepopierającą żadnego kierunku politycznego, patrzącą „nie w lewo nie w prawo a do góry, ku niebu”, wnosząc swój wzrok ku Stwórcy. Prymas Hlond konsekwentnie realizował misję Kościoła, zabierał głos w sprawie niebezpieczeństwa nazistowskiego i komunistycznego, zagrożenia ze strony masonerii i innych wrogich środowisk i prądów epoki. Bronił fundamentalnych zasad i wartości, z uporem nawoływał do walki o „Polskę katolicką”.

Zrozumienie i ocena strategii politycznej prymasa Hlonda to niełatwe zadanie, które moim zdaniem zasługuje na odrębne, rzetelne opracowanie książkowe. Jedno nie ulega wątpliwości: Prymas wierzył w konieczność koegzystencji Kościoła i państwa, dbając o ścisłe rozdzielenie spraw boskich od ziemskich. Kościół głosem swojego pasterza wkraczał w dziedzinę polityki tylko wówczas kiedy zagrożona została etyka, moralność, zasady wypływające z nauczania społecznego Kościoła. W innych sprawach nierzadko milczał, jak egipski Sfinks. Czy tak było zawsze? Opinię w tej sprawie mogą sobie wyrobić Czytelnicy, których zachęcam do pogłębienia problemu.

• Autor jest historykiem i politologiem, profesorem Instytutu Historycznego US, pracownikiem Oddziałowego Biura Badań Historycznych IPN w Szczecinie.

 

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA