Piątek, 26 czerwca 2026 r. 
REKLAMA

Wizjoner Kościoła katolickiego w Polsce

Data publikacji: 26 czerwca 2026 r. 13:55
Ostatnia aktualizacja: 26 czerwca 2026 r. 13:56
Wizjoner Kościoła katolickiego w Polsce
Kard. August Hlond i o. Ignacy Posadzy – przełożony generalny Towarzystwa Chrystusowego Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe  

Jan ŻARYN

REKLAMA

Cały życiorys prymasa Polski Augusta Hlonda (1881–1948) świetnie nadaje się na scenariusz wspaniałego filmu fabularnego a szczególnie wybrane okresy z jego życia. Poza innymi cechami, życiorys ten dotyczy człowieka, który swoimi decyzjami nie tylko wyprzedził czas dany mu przez Stwórcę, ale także utorował drogę polskiemu Kościołowi katolickiemu na przyszłość, by mógł zmierzyć się z nadchodzącymi wyzwaniami.

Do niezwykłych okresów życia Augusta Hlonda należało już dzieciństwo i młodość chłopca, pochodzącego z ubogiej rodziny kolejarskiej na Górnym Śląsku, mającego jedenaścioro rodzeństwa (w sumie 9 utrzymało się przy życiu). W wieku 12 lat trafił do zakonu salezjanów ks. Jana Bosko w Turynie. Zakon ten, także dzięki Augustowi Czartoryskiemu, w sposób szczególny promował Polaków z uboższych rodzin, by dać im poprzez edukację szansę awansu społecznego i wprowadzić na drogę kapłaństwa. Młody August nie zawiódł; nie tylko wszedł do zgromadzenia, ale nadto szybko rozpoczął w nim karierę kapłańską. Po uzyskaniu doktoratu w 1900 r. na Uniwersytecie Gregoriańskim został wysłany do domu salezjańskiego w Oświęcimiu, gdzie kolejno był: asystentem, nauczycielem, sekretarzem dyrektora, dyrygentem chóru i orkiestry, w końcu redaktorem „Wiadomości Salezjańskich”. Już w 1907 r. został dyrektorem kolejnej placówki wychowawczej w Przemyślu, a następnie od 1909 r. w Wiedniu. Uczynił wiele dla tamtejszych domów salezjańskich, pozostając w latach 1919–1922 prowincjałem zakonu na obszarze dawnej monarchii austro‑węgierskiej.

Prymas Niepodległej Polski

Miał 41 lat gdy został mianowany administratorem apostolskim na Górnym Śląsku, w części należącej do Odrodzonej Polski. Zorganizował diecezję z jej stolicą w Katowicach, powołał tygodnik „Gość Niedzielny” – do dziś cieszący się wyjątkową popularnością. W 1924 r. założył Ligę Katolicką, zorganizował koronację Matki Boskiej Piekarskiej, do której pielgrzymują mężczyźni z całej Polski. Po podpisaniu konkordatu w 1925 r. między Stolicą Apostolską a rządem RP został mianowany pierwszym biskupem katowickim. Długo nie zabawił na Górnym Śląsku, gdyż już w następnym roku – 24 czerwca 1926 r., nadal młody ks. August został arcybiskupem poznańskim i gnieźnieńskim, a zarazem Prymasem Polski. W następnym roku – kardynałem. Ta błyskawiczna kariera pracowitego i uzdolnionego kapłana wróżyła Polsce długie prymasostwo, tym cenniejsze, że Polacy katolicy odzyskali po ponad 120 latach niepodległość, a dobre relacje między państwem i Kościołem sprzyjały rozwojowi katolicyzmu, w parafiach, w szkołach, w domach zakonnych, w niezliczonych formach organizacyjnych i zadaniach duszpasterskich kształtujących moralność wszystkich stanów, klas i zawodów.

W latach 1926–1939 prymas wielokrotnie zabierał głos w sprawach publicznych, w tym w listach pasterskich, m.in. piętnując niemoralne skutki uprawiania władzy państwowej przez obóz sanacyjny („O chrześcijańskie zasady życia państwowego”), czy też piętnując zwolenników obozu narodowego za czynne znieważanie Żydów, jednocześnie przypominając: „Problem żydowski istnieje i istnieć będzie, dopóki Żydzi będą Żydami”.

Jego maryjność zaowocowała licznymi pielgrzymkami stanowo‑zawodowymi na Jasną Górę, ślubami – w tym młodzieży akademickiej, w maju 1936 r. Wspierał rozwój nauki społecznej Kościoła (m.in. na KUL‑u), patronował dziełom niezwykle aktywnych kapłanów‑moderatorów, wspierających katolików świeckich budujących przestrzeń publiczną w duchu społecznych encyklik papieskich. W dobie kryzysu lat 30. XX wieku czynił starania, m.in. w ramach powołanej przez siebie Rady Społecznej, by nie tylko ulżyć najuboższym (rozwijając działalność charytatywną Kościoła w ramach „Caritas” i szerzej w Akcji Katolickiej), ale także by intelektualnie i moralnie piętnować przejawy egoizmu klasowego warstw posiadających, jak i przestrzegać przed błędami ideologii socjalistycznej (także realnego komunizmu).

Jednak, w perspektywie długiego trwania narodu polskiego, jedna jego decyzja wydaje się być szczególnie ponadczasowa. Dnia 26 maja 1931 r. Stolica Apostolska nadała kardynałowi tytuł protektora emigracji polskiej, domykając w ten sposób starania prymasa by mógł objąć swą duszpasterską opieką wychodźstwo, modlące się po polsku niemal na wszystkich kontynentach świata. W celu niesienia pomocy placówkom misyjnym założył w 1932 r. zgromadzenie zakonne, Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej (tzw. Chrystusowcy): „Chcemy, by Polacy wszędzie mieli swoich kapłanów, którzy zrozumieją ich serca i przypomną im, kim są.” – pisał Prymas. Nie mógł przewidzieć, że w wyniku II wojny światowej polska diaspora powiększy się o kolejne miliony przymusowych emigrantów. Ich ewentualny powrót pod władzę sowiecką musiał skończyć się – często po raz kolejny – pobytem w łagrach lub w komunistycznych więzieniach w Polsce Ludowej.

Wojenny tułacz

Do wyjątkowego czasu prymasostwa Augusta Hlonda na pewno należy okres II wojny światowej i powojnia. Kard. August Hlond wyjechał z Polski we wrześniu 1939 r, pod dosłownym obstrzałem wojsk niemieckich i udał się do Watykanu na wyraźną prośbę władz II RP. Celem jego niebezpiecznej podróży było poinformowanie Stolicy Apostolskiej o rzeczywistym położeniu społeczeństwa katolickiego napadniętego przez Niemcy i od początku w sposób nieludzki traktowanego. Po przybyciu do Rzymu został przyjęty przez papieża Piusa XII, opracował raport, a jego spotkanie z Piusem XII skutkowało tym, że papież zdążył jeszcze zamieścić akapit o prawach Polski do niepodległości w swej pierwszej encyklice, którą ukończył i ogłosił w październiku 1939 r. Drugi raport napisany w kolejnym roku wraz z ks. Zygmuntem Kaczyńskim, który został przyjęty przez papieża w marcu 1940 r., wydał także w języku angielskim. Prymas udzielał się medialnie, m.in. w Radiu Watykańskim, w prasie włoskiej, piętnując agresora i domagając się sprawiedliwości dla narodu polskiego. 

Niemcy odmówili kardynałowi prawa do powrotu do Poznania, więc stał się osobą ważną, „modną”, porządkującą przestrzeń medialną, w której także rozbrzmiewał głos niemieckiej tuby propagandowej. Ambasada III Rzeszy przy Watykanie od początku interweniowała, by zamknąć usta prymasowi. Ostatecznie, w przeddzień przystąpienia Włoch do wojny, w 1940 r., kardynał jako persona non grata, musiał opuścić Wieczne Miasto. Wybrał Lourdes, gdzie zdążali pielgrzymi. Docierali tam również Polacy, m.in.: z okupowanego kraju. Prymas spotykał się z nimi. Jak pisał w październiku 1940 r. do prezydenta RP Władysława Raczkiewicza: „przez trzy miesiące przesunęły się przez mój pokój setki i setki uchodźców, emigrantów, wojskowych, którzy byli wdzięczni za słowa otuchy i wiary”. Przebywając w Lourdes utrzymywał stały kontakt Polskim Czerwonym Krzyżem, a także z Polską Misją Katolicką w Lyonie oraz z ks. rektorem Wojciechem Rogaczewskim, powołanym przez niego do organizacji Centrali Duszpasterstwa Polskiego we Francji (w części nieokupowanej), niosącej pomoc uchodźcom. Nawiązał także kontakt z Marią Winowską (1904–1993), pisarką katolicką, która wydawała wówczas w podziemiu francuskim pismo pt. „Słowo”. Prymas zamieszczał tam pod pseudonimem swoje artykuły. Stale przygotowywał siebie i naród do chwili zakończenia wojny i konieczności odbudowy Ojczyzny. 

Przebywając u boku Maryi, jak się wydaje, kreślił przyszłość swojej prymasowskiej posługi w kraju. Z jego zapisków wynika, że prymas zdawał sobie sprawę, iż pozorna bezczynność na którą został skazany, jeśli zostanie dobrze zagospodarowana, może przynieść większe owoce, niż czynność nieuporządkowana. Modlitwa stała się zatem siłą, która pozwoliła mu na właściwe odczytywanie kolejnych znaków. Jeszcze w czasie wojny musiał opuścić Lourdes, co i tak nie uchroniło go przed aresztowaniem. W 1944 r. Niemcy zatrzymali prymasa Hlonda i zaproponowali mu współpracę, na gruncie poszukiwania wspólnego celu jakim było niedopuszczenie bolszewizmu do bram Europy. Kardynał nie tylko odmówił współpracy, ale także odmówił im prawa do kreowania siebie jako obrońców cywilizacji europejskiej. Został za to aresztowany i przewieziony do jednego z klasztorów w głębi Niemiec, skąd wyzwoliły go wojska amerykańskie w kwietniu 1945 r.

„Pełnia prymasostwa”

Tak nazwał ostatnie lata posługi kardynała prof. Jerzy Pietrzak, wybitny znawca biografii prymasa Polski. Kardynał natychmiast udał się do Rzymu, po drodze jedynie wstępując do ambasady RP na uchodźstwie we Francji, do Kajetana Morawskiego by poinformować go, iż podjął decyzję o powrocie do Polski. Nie wszyscy byli zadowoleni z jego decyzji. Już w maju 1945 r. został przyjęty przez papieża Piusa XII, a następnie wielokrotnie spotykał się z nim oraz z jego najbliższymi współpracownikami mons. Janem Montinim, późniejszym Pawłem VI, oraz mons. Domenico Tardinim, późniejszym kardynałem i sekretarzem stanu za czasów pontyfikatu Jana XXIII. Przedmiotem rozmów była przyszłość Polski i Polaków, żyjących także w rozproszeniu – nie ze swej winy – na całym świecie. Udało mu się za zgodą Piusa XII ustanowić bp Józefa Gawlinę opiekunem duszpasterstwa emigracyjnego, początkowo na całe Niemcy, a de facto po kilku latach nad całą Polonią rozsianą po świecie. Zwierzchnikiem bp Gawliny, rezydującego przy rzymskiej świątyni polskiej pw. św. Stanisława, pozostał prymas August Hlond – co miało łączyć katolików w kraju i na emigracji. Mianowanie późniejszego arcybiskupa Gawliny opiekunem emigracji, wobec możliwości utraty łączności z krajami za „żelazną kurtyną”, miało olbrzymie znaczenie, wykraczające poza doraźną konieczność. Warto bowiem pamiętać, że na samym terytorium byłej III Rzeszy, czyli Niemiec i Austrii, przebywało w maju 1945 r. co najmniej 1,2 mln Polaków, wycieńczonych wojną i zadających sobie pytanie: „wracać, nie wracać?”; polscy „dipisi” to nie tylko Polskie Siły Zbrojne liczące w chwili zakończenia wojny ok. 225 tys. żołnierzy i oficerów, to głównie byli więźniowie obozów koncentracyjnych (w tym księża z KL Dachau), to robotnicy przymusowi, więźniowie stalagów i oflagów, ludzie schorowani i często od lat żyjący bez sakramentów i bez kapłana. Dzięki decyzjom papieskim z maja 1945 r. powstała struktura duszpasterstwa emigracyjnego dla Polaków mieszkających w Niemczech. 

W kolejnych latach i dziesięcioleciach polska emigracja utrzymywała swoje przywiązanie do Ojczyzny, dzięki obecności w świątyniach. Emigracja w każdym zakątku świata przygotowywała się, a następnie uczestniczyła w uroczystościach Millennium chrztu Polski. W Londynie ponad 40‑tysięczny tłum Polaków obecnych na stadionie White City w maju 1966 r. uczestniczył w centralnych obchodach w Wielkiej Brytanii, o czym rozpisywała się miejscowa prasa. Podobnie, w USA 3 maja w Nowym Yorku i we wrześniu 1966 r. w Chicago, Polonia zainteresowała Amerykę dziejami ich Ojczyzny i losem narodu pozostającego pod okupacją sowiecką. Dzięki tej stałej obecności polskiego Kościoła na uchodźstwie kolejne pokolenia emigrantów, także z pokolenia „Solidarności” i Unii Europejskiej stale mogą modlić się po polsku. To wielka zasługa kardynała Augusta Hlonda i jego następców.

Prymas podjął decyzję powrotu do kraju, a nie mogąc przewidzieć czy będzie mógł komunikować się z Rzymem, wystarał się o specjalne pełnomocnictwa papieskie. Otrzymał je w lipcu 1945 r. Obejmowały one m.in. prawo do mianowania administratorów apostolskich na całym terytorium Polski, in tutto il teritorio polacco – a więc także na Kresach utraconych, i – jak to interpretował – na pozyskanych ziemiach zachodnich i północnych. W kolejnych latach pełnomocnictwa te zostały mu poszerzone m.in. o opiekę nad pozostałymi obrządkami katolickimi w kraju: unickim i ormiańskim, tępionymi przez NKWD grasujące nadal na ziemiach polskich, o opiekę nad katolikami pozostającymi w ZSRS oraz nad zgromadzeniami zakonnymi, męskimi i żeńskimi. Prymas Polski był też przewodniczącym Konferencji Plenarnej Episkopatu Polski, z prawem podejmowania decyzji dotyczących relacji państwo – Kościół. Cieszył się w Watykanie olbrzymim zaufaniem.

W kraju zaś czekali na niego komuniści, formacja wyjątkowo przebiegła, którzy z perspektywy kardynała prędzej czy później mieli podjąć walkę z Kościołem by zniszczyć jego struktury, pozbawić majątku, a być może także pozbawić życia niejednego kapłana. Takie były doświadczenia Kościoła Powszechnego, w tym polskiego, znającego praktyki bolszewickie zza miedzy od 1918 r. Zarówno wojna 1920 r. jak i dwie okupacje sowieckie z lat wojny oraz powojenny los ziem wschodnich, kazały przewidywać iż podobne cele i praktyki staną się udziałem katolików w Polsce. Na razie, mimo zerwania konkordatu przez Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej we wrześniu 1945 r., komuniści zajęci walką z podziemiem i z PSL Stanisława Mikołajczyka, niejako „zawiesili broń na kołku” w walce z Kościołem. Dało to prymasowi niezbędny czas na wzmocnienie organizacji kościelnej. Otrzymane pełnomocnictwa pozwoliły prymasowi na sprawne leczenie ran Kościoła na ziemiach polskich, zadanych mu przez okupantów. Z rąk okupanta niemieckiego zginęło bowiem ponad 20 proc. kapłanów, brakowało zatem duszpasterzy. Niemcy zniszczyli także – głownie w Warszawie – świątynie, a rzesze ludności cywilnej musiały odnaleźć swoje rodziny, rozpocząć nowe życie – często bez ojców i dzieci, wyjść z wojennej traumy.

Dzięki szerokim pełnomocnictwom, już w sierpniu 1945 r., prymas podjął węzłową acz ryzykowną decyzję ustanawiając administratorów apostolskich na ziemiach zachodnich i północnych, a zatem na obszarach niemieckich, na których nadal „rządził” konkordat III Rzeszy ze Stolicą Apostolską z 20 lipca 1933 r. Stolica Apostolska mimo nacisków ze strony Episkopatu Niemiec ostatecznie uznała podział administracji kościelnej na tymczasowo przyznanych w Poczdamie ziemiach zachodnich, dokonany samodzielnie przez prymasa Polski. Polityka faktów dokonanych stała się dla prymasa normą. Jak wiadomo, dyplomacja watykańska szanowała pierwszeństwo politycznych rozstrzygnięć pokojowych, do których doszło w tym przypadku dopiero w grudniu 1970 r. Już jesienią 1946 r. podczas pobytu prymasa w Rzymie papież nadał kardynałowi nowe pełnomocnictwa, co zdaniem ambasadora rządu RP na uchodźstwie Kazimierza Papee miało świadczyć o jego wyjątkowej roli: „Można powiedzieć, że Kościół polski uzyskał prawie pełną – oczywiście ad notum amovibilem [z możliwością ich odwołania – J.Ż.] – niezależność i samowystarczalność, a tym samym możliwie najlepsze wyposażenie i przygotowanie na ewentualną fazę prześladowania. Że taka pełnia władzy kościelnej musi wpłynąć też na samopoczucie Prymasa i wzmocnić Jego kompleks interrexa nie ulega chyba wątpliwości. Równocześnie, o ile wiem, odparł idące już i przygotowywane jeszcze ataki kleru niemieckiego na Polskę i zażegnał grożącą stąd w Watykanie burzę”. Innymi słowy nominacje prymasa dotyczące ziem zachodnich i północnych ocenił po latach, mons. Domenico Tardini w rozmowie z ambasadorem: „Stało się tak jednak bardzo szczęśliwie, gdyż w przeciwnym wypadku mielibyśmy jeszcze większe trudności. […] Chodzi więc o pewnego rodzaju culpa felix [szczęśliwa wina – J.Ż.]” – komentował ambasador. 

Największą nową jednostką administracji kościelnej została administratura obejmującą 1⁄6 terytorium powojennego państwa polskiego ze stolicą w Gorzowie Wielkopolskim. Obejmowała ona obszar od środkowej Odry, przez Szczecin, Kołobrzeg i Koszalin, po Słupsk. Administratorem został mianowany ks. Edmund Nowicki, który tak opisywał stan Kościoła na powierzonych mu terenach dawnych diecezji niemieckich: „Pożoga wojenna rozbiła doszczętnie wszelkie ramy diecezjalnej organizacji życia kościelnego. Rezydencje ordynariuszów niemieckich wraz z kuriami i ich archiwami uległy zniszczeniu. Środków materialnych potrzebnych do rozpoczęcia prac organizacyjnych nie było żadnych. Przede wszystkim zaś beznadziejnie wyglądała sprawa duchowieństwa polskiego, bez którego niemożliwa była wszelka praca kościelna. Na całym obszarze ziemi lubuskiej i Pomorza Zachodniego zastano tylko jednego kapłana, blisko 80‑letniego starca”. Także wybór stolicy administratury, czyli Gorzowa Wielkopolskiego, a nie Szczecina, był podyktowany wyjątkowym stanem tego miasta. Szczecin został bowiem totalnie zniszczony, mieszkało w nim w sierpniu 1945 r. zdecydowanie więcej Niemców niż Polaków, a mimo objęcia samorządu miasta przez Polaków, nadal na tych terenach rządziło NKWD. Przyszłe losy Szczecina i okolic wobec roszczeń niemieckich komunistów nie był jeszcze, zdaniem prymasa, rozstrzygnięty. Ta odważna decyzja kardynała, ustanowienia administratur apostolskich, owocowała nie tylko wyjazdem dotychczasowych niemieckich rządców diecezji, ale także możliwością natychmiastowego przejęcia majątku kościelnego (zanim zostałby ukradziony przez administrację rządową, jako majątek „porzucony” lub „mienie poniemieckie”) i przeprowadzenia realnego osadnictwa polskiej społeczności wypędzonej z Kresów na mocy porozumień PKWN ze Stalinem. „Wskutek tego [braku księży – J.Ż.] ludność zaczęła radzić sobie sama. – wspominał ks. Nowicki – Na stacjach przeszukiwała np. pociągi wiozące repatriantów i upraszała przejezdnych księży o pozostanie na miejscu. Gdy prośby nie skutkowały zabierano kapłanom ich bagaż i w ten sposób zmuszano do przerwania podróży”. 

Polacy z Kresów nie chcieli osiedlać się na obcych ziemiach, z niemieckimi kranami w budynkach, bez polskiego kapłana. Bez możliwości pójścia do kościoła, uczestniczenia w nabożeństwach, przyjmowania Eucharystii. Decyzja kard. Hlonda pozwoliła zatem na szybszą obsadę stanowisk, instalację seminariów i przejęcie opuszczonych świątyń protestanckich – tymczasowość zamieniał w stałość. Na ziemie zachodnie i północne, prymas wysłał zakonników, m.in. z Towarzystwa Jezusowego (Jezuitów) oraz z poznańskiego Towarzystwa Chrystusowego, traktując ten obszar także jako misyjny. Bez wątpienia dzisiejszą polskość ziem zachodnich i północnych zawdzięczamy prymasowi Augustowi Hlondowi, któremu należy wystawić tam niejeden pomnik. Żadna administracja rządowa pozostająca pod auspicjami komunistów nie miałaby tej zdolności osadzenia polskich migrantów na obcej im ziemi.

Myślał także kardynał o katolikach cierpiących na wschodzie, za sowiecką granicą. Wspierał grekokatolików z ich polskich diecezji, głównie przemyskiej – m.in. zapraszając ich do udziału w konferencjach Episkopatu Polski (przed wojną odmawiali swego udziału). Podjął też ważne decyzje personalne ustanawiając, za zgodą Stolicy Apostolskiej, nowych biskupów, w tym w Lublinie bpa Stefana Wyszyńskiego, w Łodzi bpa Michała Klepacza, czy sekretarza Konferencji Plenarnej Episkopatu Polski bpa pomocniczego w Warszawie Zygmunta Choromańskiego. Ważną decyzją natury organizacyjnej było powołanie przy nowym sekretarzu Episkopatu Polski Biura Sekretariatu Episkopatu. Już wkrótce stało się ono najpoważniejszym partnerem w rozmowach z władzą państwową i komórką interwencyjną na rzecz poszanowania praw Kościoła w Polsce: „Pogłoski zagraniczne o jakimś rozdwojeniu w Episkopacie Polski są zupełnie bezpodstawne. W rzeczy samej nigdy nie byliśmy jeszcze tak solidarni jak obecnie. Czegoś podobnego nie ma w żadnym innym kraju. Podzieliliśmy sobie role i prawdopodobnie to wprowadza w błąd powierzchownych obserwatorów” – pisał w połowie 1948 r. prymas Hlond do bpa Gawliny. 

Uporządkowanie kwestii organizacyjnych, w tym m.in. odbudowa świątyń, seminariów, przywrócenie prasy diecezjalnej spełniającej funkcje informacyjno‑urzędowe (w sumie kurie wydawały 64 tytuły) oraz reaktywowanie – jeszcze w czerwcu 1945 r. – kościelnej organizacji charytatywnej „Caritas”, oraz licznych stowarzyszeń, zamknęło pierwszy okres powojenny, naznaczony leczeniem ran zadanych Kościołowi przez okupację, a jednocześnie wzmacnianiem przed spodziewanym atakiem ze strony nowych uzurpatorów. Szczególnie ważna okazała się pomoc materialna prowadzona przez Kościół (w tym na ziemiach zachodnich), czyli jedyną organizację wiarygodną dla darczyńców (szczególnie zachodnich). W sumie, w 1949 r. na 5975 parafii oddziały „Caritas” istniały w 4189 placówkach, należało do nich ok. 800 tys. wiernych. (Przykładowo, we wszystkich placówkach członkowie „C” udzielali pomocy otwartej, z której korzystało w 1949 r. blisko 1 mln podopiecznych). Za czasów prymasa Hlonda wprowadzono religię do szkół powszechnych, reaktywowano także większość katolickich szkół zakonnych, domów opieki, burs czy domów dziecka, itd. Niemal w każdej parafii istniały rozbudowane formy duszpasterskiej aktywności: Sodalicje Mariańskie, Katolickie Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej i Żeńskiej, czy też koła ministrantów i duszpasterstwa akademickie (jak przykładowo w łódzkiej parafii prowadzonej przez ks. Jezuitów z o. Tomaszem Rostworowskim na czele, czy warszawskiej św. Anny z ks. Władysławem Padaczem).

Prymas zdawał sobie sprawę z czekającej Kościół konfrontacji. Jednym z jego celów było zatem wzmocnienie stanu wiary umęczonego wojną narodu. Dnia 8 września 1946 r. na Jasnej Górze odbyło się uroczyste poświęcenie Narodu Niepokalanemu Sercu Maryi. Uroczystość stanowiła dla prymasa początek przygotowań Episkopatu Polski do obchodów milenijnych w 1966 r. (Jak wiadomo, podjął je następca Augusta Hlonda, abp Stefan Wyszyński). Na bieżąco zaś, uroczystość stanowiła ważną mobilizację modlitewną Polaków, którzy po raz kolejny odkryli, że Jasna Góra stanowi duchową stolicę Polski. W styczniu 1947 r. doszło do sfałszowania wyborów, co uświadomiło narodowi, że jedynie Kościół stał się ostatnią fortecą i sferą wolności. Świadczył o tym przebieg uroczystości jasnogórskich w pierwszą rocznicę wspomnianego poświęcenia Narodu. Przybył Episkopat Polski oraz wierni w liczbie ponad 500 tys. pielgrzymów. Przemawiali biskupi, prymas, bp Michał Klepacz i abp Stefan Wyszyński. Mur klasztorny wyznaczał granicę wolności, za nim – jak pisał Ryszard Terlecki – panowały komunistyczne rządy: „w ciągu dnia skupienie modlących się zakłócało wesołe miasteczko, hałasujące karuzelą i głośną muzyką”. Prymas August Hlond spotykał się z ludźmi podziemia i przedstawicielami świata polityki, w tym w działaczami podziemnego Stronnictwa Narodowego, a szczególnie legalnego PSL z Mikołajczykiem na czele i Stronnictwem Pracy Karola Popiela oraz ks. Zygmunta Kaczyńskiego. Kapłanom zalecał wycofanie się z działalności podziemnej, starając się by ujawniając się, nie narażali się na aresztowanie (udało się to w przypadku ks. Władysława Matusa z SN, który otrzymał od Kościoła nową tożsamość i niemal do końca PRL nie został namierzony przez szukających go funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa). Po sfałszowanym referendum i likwidacji chadeckiego SP patronował rozmowom katolików, których celem było powołanie przed wyborami nowej partii katolickiej. Gdy jednak w październiku 1946 r. rozmowy ugrzęzły we wzajemnych utarczkach, przeciął je jednoznacznie dowodząc, że Komisja Główna Episkopatu Polski nie jest zainteresowana powstaniem partii katolickiej, gdyż warunki polityczne nie dają gwarancji jej suwerenności. Realizm polityczny prymasa wkroczył jednoznacznie w jego optymistyczną naturę! Wydaje się, że kard. Hlond wsparł w ten sposób Stanisława Mikołajczyka i jego partię PSL, która cieszyła się powszechną sympatią i wsparciem ze strony społeczeństwa.

Także ostatnia decyzja umierającego prymasa była niezwykle trafna, a jej skutki do dziś są odczuwalne. Nagła śmierć kardynała wstrząsnęła Episkopatem Polski, czemu m.in. dał wyraz bp lubelski Stefan Wyszyński notując pod datą 22 października 1948 r. w swoich zapiskach: „A teraz coś się zawaliło. Runął mur oporowy. Kto teraz będzie antemurale?” – czyli przedmurzem chrześcijaństwa broniącym Europę przed barbarzyńcą moskiewskim. Nie wiedział, że sam nim będzie! Pod datą 12 listopada 1968 r., kardynał Stefan Wyszyński, wspominając w Rzymie swego poprzednika w 20. rocznicę nominacji prymasowskiej, zanotował z kolei w dzienniku: „Nigdy, nawet w myśli, nie porównywałem się z wspaniałym Kardynałem A. Hlondem. On był demokratą duchem, a ja – demokratą sytuacyjnym. On miał w sobie Godność, a ja nieudolność, która owładnęła Polskę w tych czasach, był »Primas sicut Populus« [jaki był lud wierzący takiego miał i władcę (w wersji pozytywnej) – J.Ż.] […] W Instytucie przy Cavallini zbierają się księża z życzeniami na 20‑lecie. Przemawia – w czasie obiadu – abp poznański [Antoni Baraniak]. W odpowiedzi odsłaniam nieco tajemnic sprzed 20 laty, jak planowała Konferencja Episkopatu po pogrzebie kard. Hlonda i na Konferencji w Krakowie (16 XI 48). Decyzja zapadła – okazuje się – wcześniej i była wywołana prośbą kard. Hlonda, wysłana z łoża śmierci do Ojca św. przez swego sekretarza, ks. Baraniaka”. 

Decyzja przekazana na łożu śmierci przez kardynała Hlonda, swemu sekretarzowi, ks. Baraniakowi, drogą bezpośrednią dotarła do Watykanu. Ojciec św. podjął decyzję zgodną z wolą umierającego kardynała 16 listopada 1948 r., zanim jeszcze dotarła do niego delegacja polskich biskupów. Ci ostatni zaś dotarli do Rzymu 11 grudnia 1948 r. i przywieźli do kraju zgoła inną decyzję od uzgodnionej podczas posiedzenia Komisji Głównej Episkopatu Polski. Ta proponowała by papież mianował prymasem abp Walentego Dymka, przywracając jednocześnie unię personalną Poznania z Gnieznem, a arcybiskupem warszawskim by mianował dotychczasowego biskupa lubelskiego Stefana Wyszyńskiego). Ten bieg zdarzeń świadczył m.in. o tym jak papież Pius XII cenił zmarłego kardynała, wiedząc iż nikt lepszej decyzji co do następstwa mu nie przyniesie. Jednocześnie wiemy, jak trafny był to wybór. Duchowa głębia prymasa Hlonda kazała mu także przewidzieć przyszłość Ojczyzny. Tak zanotowano jego słowa wypowiedziane na łożu śmierci, w szpitalu ss. Elżbietanek na warszawskim Mokotowie: „Zwycięstwo, gdy przyjdzie, będzie to zwycięstwo Najświętszej Maryi Panny”.

Zmarły prymas cieszył się wielkim autorytetem w narodzie, o czym świadczył przebieg uroczystości pogrzebowych. Tłum warszawiaków (także katolików przybyłych z całej Polski) prowadził kondukt żałobny po gruzach stolicy odprowadzając kardynała – zgodnie z jego wolą – do ruin katedry św. Jana. Jeszcze wiosną 1947 r. prymas August Hlond powołał do życia Prymasowską Radę Odbudowy Kościołów Stolicy (w sumie planowano odbudować 55 świątyń zburzonych przez Niemców), w skład której weszli m.in. architekci i konserwatorzy zabytków. Wybór miejsca pochówku przez prymasa stanowił zobowiązanie dla jego następcy i polskich katolików by odbudowano starą Warszawę, z jej zabytkami, w tym szczególnie z kościołami.

Prymasostwo kard. Augusta Hlonda – jak pisał o tym także jego następca – było naznaczone ufnością i pewnego rodzaju stałym optymizmem. Dzięki temu, tak przed jak i po wojnie, mógł prymas dokonać tak wiele, przede wszystkim patronując szerzeniu się wiary w polskim narodzie. Po wojnie, gdy warunki zdawały się być dużo trudniejsze, ten optymizm pozwalał mu na reaktywowanie struktur kościelnych, samodzielne mianowanie administratorów i biskupów, sięgając po młode pokolenie kapłanów. Jeszcze jesienią 1946 r. będąc w Rzymie dowodził, że czas komunizmu w Polsce Ludowej kiedyś się skończy, jego zdaniem wkrótce. Tu się mylił, ale nie mylił się w ocenie żywotności narodu: „Aczkolwiek [prymas] zdaje sobie sprawę z trudności, które piętrzą się obecnie w Polsce, oraz z tych, które przyniesie zapewne najbliższa przyszłość, jednak na przyszłość dalszą zapatruje się ufnie, powiedziałbym nawet optymistycznie. Pogląd ten opiera z jednej strony na wewnętrznych wartościach Narodu, w którym dorastają i dojdą do głosu szczególnie dodatnie jednostki w młodym pokoleniu, z drugiej zaś strony na szybko postępującym, jego zdaniem, rozkładzie wewnętrznym Rosji” – notował ambasador RP rozmowę z kardynałem z grudnia 1946 r. Po sfałszowanych wyborach ten optymizm nie zniknął z twarzy Augusta Hlonda, choć warunki trwania i rozwoju katolicyzmu w Polsce zaczęły napotykać na coraz poważniejsze rafy. 

• Autor jest historykiem, publicystą, działaczem społecznym, profesorem Instytutu Historycznego Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

 

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA