czwartek, 03 grudnia 2020r.

Lekarz: większość dzieci zakaziło się w szkołach, w Polsce nie było ofiar śmiertelnych

Data publikacji: 2020-10-18 23:09
Ostatnia aktualizacja: 2020-10-22 15:08
Lekarz: większość dzieci zakaziło się w szkołach, w Polsce nie było ofiar śmiertelnych
 
Z naszych spostrzeżeń wynika, że większość dzieci, które są hospitalizowane z powodu COVID-19, zakaziło się w szkołach lub przedszkolach – mówi PAP dr Lidia Stopyra, pediatra i specjalista chorób zakaźnych. Zauważa, że w Polsce nie było ofiar śmiertelnych wśród dzieci.

Specjalistka, która pełni funkcję ordynatora Oddziału Chorób Infekcyjnych i Pediatrii w Szpitalu im. S. Żeromskiego w Krakowie, podkreśliła, że dzieci, w przeciwieństwie do dorosłych, w przebiegu COVID-19 rzadko wymagają respiratora. Do szpitala Żeromskiego trafiają najcięższe przypadki. 30 łóżek zawsze jest zajęte. Znaczna część małych pacjentów ma poważne choroby współistniejące, w tym nowotwory i choroby autoimmunologiczne, genetyczne – dzieci takie biorą leki (np. chemioterapia), które obniżają odporność. Są także przypadki dzieci po operacjach, w tym po wypadkach.

Poza typowymi objawami w przypadku COVID-19 u dzieci mogą występować również objawy neurologiczne, np. przejściowe niedowłady, zaburzenia mowy, co – jak zwróciła uwagę lekarz – rzadko zdarza się w przypadku innych wirusowych chorób dziecięcych. Częste są odwodnienia – dzieci tracąc smak i węch przestają jeść i pić. Niemowlęta często w takich sytuacjach trzeba nawadniać dożylnie.

- Na szczęście w Polsce nie było jeszcze przypadków dzieci, które zmarły z powodu COVID-19. We Francji, Wielkiej Brytanii czy USA – niestety odnotowano takie, ale były one najczęściej związane z chorobą Kawasakiego – powiedziała PAP dr Stopyra.

Zwracając uwagę na rosnącą liczbę pacjentów z ognisk szkolnych i przedszkolnych oceniła, że przyrost zakażeń wciąż będzie lawinowy, ponieważ nadal jest szereg miejsc, w których maseczek się nie nosi – a takimi miejscami są właśnie szkoły i przedszkola.

- Już dawno mieliśmy taką sytuację w Małopolsce, znacznie wcześniej niż innych województwach, że było dużo przypadków rozproszonych, czyli takich, które nie są z konkretnych źródeł, są nie wiadomo skąd, są gdzieś z przestrzeni publicznej. Teraz wiemy, że ogniska są tam, gdzie nie nosi się maseczek. Gdy badamy ognisko od razu widać, gdzie reżimu się nie przestrzega, bo tam zakażenia błyskawicznie się rozprzestrzeniają – powiedziała dr Lidia Stopyra.

Na dziecięcym oddziale zakaźnym, w którym pracuje, nie ma zakażeń wśród personelu, a testy wykonywane są wielokrotnie.

Specjalistka, zapytana o problemy, z jakimi borykają się pediatrzy, specjaliści chorób zakaźnych, zwróciła uwagę na „bałagan” w systemie, ale i na braki kadrowe spowodowane zbyt niska liczbą lekarzy i pielęgniarek.

Jej zdaniem zbyt późno włączono w diagnostykę i leczenie COVID-19 jednostki podstawowej opieki zdrowotnej (POZ).

- Mamy do czynienia z infekcją, gdzie 80 proc. przypadków przebiega łagodnie. Ci pacjenci mogą być w ambulatoryjnej opiece, a dopiero od września POZ-y mogą diagnozować i objąć opieką chorych z łagodnymi objawami COVID-19 – powiedziała zwracając uwagę, że wcześniej część placówek podstawowej opieki zdrowotnej w ogóle nie pracowała. Był też czas wstrzymania planowych przyjęć i zabiegów.

Gdy lekarze POZ (lekarze rodzinni) zyskali wreszcie możliwość zlecania testów w kierunku SARS-CoV2, pojawiło się rozporządzenie zgodnie z którym wydanie zlecenia, przez teleporadę, możliwe było tylko jeśli występowały wszystkie cztery objawy: gorączka, duszności, kaszel, zaburzenia węchu lub smaku. Jeśli były tylko trzy, to system komputerowy nie pozwalał lekarzowi wystawić skierowania.

- Dziecko z wysoką gorączką, kaszlem, a szczególnie z dusznością powinno być na pewno natychmiast zbadane przez lekarza, a w znacznej większości przypadków hospitalizowane. W takim przypadku pójście z dzieckiem po teleporadzie, pod Tauron Arenę (miejsce pobierania wymazów-PAP) i czekanie z nim godzinami w kolejce, a potem na wynik, to zagrożenie zdrowia a nawet życia – oceniła specjalistka.

Mówiąc o problemach służby zdrowia zauważyła, że o ile da się nadrobić braki w wyposażeniu szpitali – bo to jest kwestia finansowa i organizacyjna, to braku specjalistów od chorób zakaźnych i innych pracowników medycznych, w tym pielęgniarek, „nie da się nadrobić w krótkim czasie ”, „a samo łóżko i sprzęt chorego nie wyleczy”.

Dr Lidia Stopyra od stycznia cały czas pracuje, także w weekendy. Jej zespół w szpitalu Żeromskiego tworzy jeszcze pięciu pediatrów, w tym trzech z dodatkową specjalizacją chorób zakaźnych. Pracy – jak mówi – jest dużo – oprócz czuwania nad pacjentami, każdego dnia jest dużo przyjęć i w tym samym czasie dużo wypisów, mnóstwo konsultacji.

Ostatniej doby w Małopolsce odnotowano 75 nowych przypadków zakażeń wśród dzieci, dobę wcześniej – 64.

(PAP)

Fot. archiwum

Komentarze

ck
2020-10-22 15:03:55
Może dożyję czasów że po pandemii znaczna część przedmiotów będzie nauczana zdalnie i dziecko w każdej chwili będzie mogło sobie na komputerze taka lekcje odtworzyć. Liczba godzin w szkołach spadnie do połowy i to tylko niezbędnych, a takie religie, wiedze o kulturze i społeczeństwie pójdą na zdalne nauczanie.
gg
2020-10-22 08:29:15
Nie wszystkie "bombelki" takiego mundrego suwerena jak ty chodzą i drą japy na placach zabaw, za to wszystkie dzieci mają przy rekordach zakażeń siedzieć 7 h w szkole i wdychać areozole innych. Prof. medycyny mówi skąd jest większość zakażeń u dzieci na jej oddziale a tu gupol jeden z drugim wjeżdża ze swoimi "mądrościami"...
Baśka
2020-10-22 07:48:12
Nauczyciel prowadzi na hybrydowym (czyli np. z połową klasy) wszystkie swoje godziny! Gdyby miał prowadzić znowu lekcje dla drugiej połowy klasy, to trzeba za to zapłacić, nie ma tak że drugie tyle godzin za darmo będziemy robić. Pokażcie mi takich, co drugi etat za darmo podejmą i w podskokach...
NAUCZYCIELE TO LENIE
2020-10-20 09:45:07
Fajnie jest brać kasę za nicnierobienie. Bo jak nazwać tą kpine, która nazywa się zdalne nauczanie. Na maturach w kolejnych latach bedzie POGROM! Przykład: od poniedziałku w szkołach weszło hubrydowe nauczanie i....lekcji dla grupy zdalnej NIE BYŁO. Dzieci mają ogromne zaległości, rodzice wydaja krocie na korepetytorów. TO MOŻE PRZEKAZAĆ PIENIADZE, KTÓRE PAŃSTWO PŁACI NAUCZYCIELOM DLA RODZICÓW. A nauczyciele na zielona trawę. Postawa wizytatorów, którzy niczego nie wizytuja i kontrolują...a pani kurator, tez nauczycielka... bez komentarza.
no nie
2020-10-19 14:32:31
A na placach zabaw gdzie dzieci krzyczą i kichają na siebie nawzajem się nie zaraziły ? Tylko w Szkole , gdzie panuje reżim sanitarny ? DZIWNA LOGIKA
eh
2020-10-19 07:10:39
Czyli z jednej strony dobrze, że organizmy dzieci lżej przechodzą wirusa, ale jednak dzieci przenoszą go na osoby starsze, które znoszą go gorzej.

Dodaj komentarz

HEJT STOP


Tylko teraz -50% na prenumertę eKuriera. KUP TERAZ