Kupili dom z psem. Zerwali Aresa z łańcucha, a potem biernie patrzyli jak miesiącami w bólu umiera. Odmawiali mu pomocy weterynaryjnej nawet wówczas, gdy zaczął przypominać żywy szkielet i już nie miał siły stać. Za to zafundowali sobie szczeniaczka, a nawet… otworzyli hotelik dla psów. W dramat rozgrywający się w jednym z domów w szczecińskich Jezierzycach w końcu wkroczyli inspektorzy Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.
Ares jest w typie wilczura. Choć w chwili przejęcia przez TOZ chwiał się na nogach, bo nie miał siły choćby stać. Ważył 20,5 kg, choć powinien - niemal dwa razy więcej. Sama skóra i kości, a do tego to potwornie smutne spojrzenie bez nadziei: upodlonego do granic możliwości, złamanego psa.
- Nie wiem, co ci ludzie mają w głowach. Pies umierał na ich oczach, spod skóry coraz bardziej wystawały mu żebra, wszystkie kości szkieletu widać było gołym okiem, a oni… otworzyli hotelik dla psów, przygarnęli szczeniaczka. Z rozkosznym maluchem jeździli do weterynarza, a Aresowi odmawiali wszelkiej pomocy - opowiada Marlena Sobczak, inspektorka szczecińskiego TOZ. - Pani
...