Jedzenie serwowane najmłodszym pacjentom w szpitalu w Stargardzie wzbudziło wątpliwości jednej z czytelniczek. Kobieta, której córka trafiła niedawno na oddział podczas pobytu u rodziny, nie kryje zdziwienia tym, co zobaczyła na szpitalnym talerzu.
- Przebywając u rodziny w Stargardzie zachorowała córka i trafiła do szpitala w Stargardzie - relacjonuje. - Gdy zobaczyłam, co dają dzieciom na śniadanie, oniemiałam. Na talerzu dwie najgorszej jakości chleba tostowego kromki, kawałek masła i dwa plasterki mortadeli. Zero jakiegoś owocu, kawałka pomidora czy ogórka.
Jak podkreśla, jej córka nie była w stanie jeść takich posiłków.
- Nie chciała tego jeść, przynosiłam jej jedzenie do szpitala - dodaje.
Zdaniem matki, różnica między posiłkami w stargardzkim szpitalu a placówką w mieście, w którym na co dzień mieszka rodzina, jest uderzająca.
- To niebo i ziemia -
...