Polityczne pogłoski o politycznej śmierci prezydenta Ukrainy okazały się mocno przesadzone. Pisałem o tym już wielokrotnie, odkąd na prawicy - polskiej, ale też np. amerykańskiej - wybrzmiewały głosy o tym, że gwiazda Wołodymyra Zełenskiego dawno zgasła. Głosy te wynikały z kilku czynników (albo z jednego z nich). Po pierwsze, naiwne myślenie życzeniowe. Skoro nie lubimy tego przywódcy, to marzy nam się jego upadek. Polityczni realiści (a za takich wielu krytyków Zełenskiego się uważa) oderwani od rzeczywistości? Nie pierwszy i nie ostatni raz. Punkt drugi wynika z pierwszego. Niechęć do prezydenta Ukrainy sprawia, że nie dopuszczamy do siebie myśli, iż może on cieszyć się dużym poparciem w swoim kraju. Trzeci czynnik to świadome zakłamywanie rzeczywistości. Biorąc pod uwagę intelektualny i emocjonalny poziom Donalda Trumpa, możemy, oczywiście podejrzewać, że gdy mówił o czteroprocentowym poparciu dla Zełenskiego, to szczerze wyrażał swoje przekonanie. Wielce jednak prawdopodobne, że celowo zakłamywał rzeczywistość, aby umniejszyć ukraińskiemu przywódcy.
Tymczasem, czy tego chcemy czy nie, Zełenski trzyma się mocno. W ostatnim sondażu prezydenckim, przeprowadzonym w drugiej połowie marca przez grupę SOCIS, zajął pierwsze miejsce z wynikiem 29,3 proc. Tuż za nim uplasował się gen. Wałerij Załużny, zdobywając 25 proc. głosów respondentów. Ta dwójka lideruje w badaniach od wielu miesięcy. W grudniowym sondażu SOCIS Zełenski wygrał z Załużnym o włos (21,6 proc. do 20,9 proc.). Wtedy grupa badawcza pytała też o potencjalną drugą turę. Wyszło, że Załużny zmiażdżyłby Zełenskiego wynikiem 64,2 proc. do 35,8 proc. Wiele wskazuje na to, że właśnie pomiędzy obecną głową państwa a byłym głównodowodzącym armii rozstrzygnie się bój o rządy w Kijowie. O ile oczywiście obaj wystartują. Zełenski kiedyś obiecywał, że poprzestanie na jednej kadencji. Załużny z kolei wciąż jest kandydatem papierowym, bo jak dotąd nie zadeklarował, że powalczy o prezydenturę. Generalnie Zełenski cieszy się zdecydowanie największym poparciem wśród polityków. Poroszenko czy Tymoszenko nie mają z nim szans. Wojna nie wykreowała żadnego nowego gracza na scenie politycznej. Trudno się dziwić. Gdy spadają bomby, ludzi interesuje, co ma do powiedzenia opozycja (której sprawczość jest wówczas niemal równa zeru), tylko bezpieczeństwo. Te zaś może zapewnić albo władza (stąd wysokie poparcie dla prezydenta), albo armia (stąd wysokie poparcie dla Załużnego, a także niemal stuprocentowy poziom zaufania do wojska, które pod tym względem zdecydowanie wygrywa ze wszystkimi innymi instytucjami państwa). Możemy rzecz jasna kreślić teorie spiskowe o tym, że sondaże są fałszowane. Tyle że to trochę tak, jak z Rosją. We wszelkich badaniach opinii, przeprowadzonych czy to przez państwowe, czy to przez niezależnie ośrodki, Putin i wojna cieszą się ogromnym poparciem. Możemy w te wyniki nie wierzyć, ale nie mamy żadnych danych, aby takie nastroje społeczne zanegować. Pisząc wprost: gdyby Rosjanie nie popierali Putina, to by protestowali. A skoro nie protestują, to nie dowiemy się, czy to ze strachu, czy to z przekonania, czy to z typowej rosyjskiej obojętności wobec losu. Istotny jest efekt - pozwalają Putinowi nadal rządzić. Ta zasada działa jeszcze bardziej na Ukrainie. Ukraińcy tym się różnią od Rosjan, że gdy coś im się nie podoba, to wychodzą na ulicę, i potrafią obalić despotyczną władzę. Oczywiście, Zełenski już teraz jest mocno krytykowany przez opozycję, wciąż jednak działają dwa efekty: efekt flagi oraz efekt odpowiedzialności za swój kraj. Oba te efekty sprawiają, że obecny przywódca Ukrainy wciąż jest „teflonowy”. Ukraińcy być może nawet bardziej popierają samą instytucję prezydenta, niż personalnie Zełenskiego. Zdają sobie sprawę, że póki trwa wojna, zmiana władzy byłaby niebezpieczna. Ale jak już ucichną działa na froncie walki z Rosją, z pewnością odezwą się działa polityczne. I na Zełenskiego spadnie lawina krytyki (już niepowstrzymywanej cenzurą państwową z jednej i autocenzurą odpowiedzialnych za swój kraj mediów z drugiej strony) za błędy, które popełnił. I za korupcję, którą Ukraińcy wskazują w sondażach jako zagrożenie większe nawet niż Rosja, patologię, która trwa pomimo wojny, i z którą Zełenski nie był w stanie (albo nie chciał) się rozprawić.
Niemniej, póki co obecny prezydent wciąż cieszy się sporym poparciem. Nie ufa mu już 90 proc. Ukraińców, jak na początku wojny, tylko niewiele ponad 60 proc. To jednak wciąż sporo. Ukraińcy doceniają też relatywną skuteczność swojego prezydenta na arenie międzynarodowej. Wojna w Iranie odciągnęła uwagę od Ukrainy, ale Kijów i tak potrafi z tego konfliktu swoje wycisnąć, oferując swoje doświadczenia walki z irańskimi dronami. Również skandaliczne groźby pod adresem Orbana (które nawiasem pisząc, powinny spotkać się z solidarną odpowiedzią całej UE) przysporzyły Zełenskiemu sympatyków nad Dnieprem. Podobnie jak swego czasu pyskówka z Trumpem w Gabinecie Owalnym. Bo Ukraińcy, jakkolwiek zmęczeni wojną, chcą mieć za prezydenta twardego zawodnika, a nie kapitulanta... ©℗
Maciej PIECZYŃSKI
Dr Maciej Pieczyński to rusycysta, ukrainista i literaturoznawca, wykładowca Uniwersytetu Szczecińskiego oraz publicysta.