Rosjanie nerwowo spoglądają w kalendarz. Symbolika im nie sprzyja. 11 stycznia minął 1418 dzień trzydniowej z założenia „specjalnej operacji wojskowej”. Dokładnie tyle trwała „wielka wojna ojczyźniana”. Jak nietrudno policzyć, obecny konflikt nie tylko wyrównał, ale i pobił „wynik” poprzedniego. Gwoli przypomnienia: „wielką wojną ojczyźnianą” nazywają Rosjanie ten etap II wojny światowej, w którym Związek Sowiecki walczył z III Rzeszą. Czyli od 22 czerwca 1941 r. do 9 maja 1945 r. Okres wcześniejszy dla nich praktycznie nie istnieje. Jak bowiem powszechnie wiadomo, negują swój udział we wspólnej z Hitlerem napaści na Polskę.
Zwycięstwo w „wielkiej wojnie ojczyźnianej” jest największą dumą narodową Rosjan. 9 maja to zaś największe święto. Pomijając kremlowską propagandę, która już dawno temu zawłaszczyła „dzień zwycięstwa” dla swoich politycznych celów, wspomnienie WWO łączy Rosjan ponad podziałami. Prawie każdy miał w swojej rodzinie kogoś, kto na froncie tamtego konfliktu walczył. Porównania obecnej wojny do ówczesnej są więc jak najbardziej oczywiste. A zarazem, najdelikatniej rzecz ujmując, niezbyt korzystne dla Władimira Putina. Również w polskim internecie popularny był ostatni mem, przedstawiający Józefa Stalina, który dopytuje dzisiejszego prezydenta Rosji, czy może szturmuje już Berlin… Ten żart ma w sobie wiele prawdy. Po pierwsze, Stalin cieszy się oddolnym kultem u sporej części Rosjan. Po drugie, „czerwonego cara” ostrożnie komplementuje również sam Putin. Krytykuje go za represje, ale chwali za politykę zagraniczną, w tym za triumf w wojnie z III Rzeszą. Oczywiście, można zapytać: „ale co ma wspólnego jedno z drugim?! Przecież Stalin walczył z Niemcami, Putin zaś walczy z Ukrainą. A skoro tak, to absurdem jest wypominanie Moskwie, że jej wojska nie doszły do Berlina”. Jednak takie postawienie pytania zdradziłoby u pytającego słabą znajomość prawdziwych zamiarów Putina. Ukraina jest bowiem jedynie pionkiem w większej grze, rozpoczętej przez władcę Kremla. Rzecz jasna, Putin uważa ją za swoją własność. Ukraińców zaś uważa za Rosjan, którzy zapomnieli o swojej prawdziwej tożsamości, w związku z czym należy im przypomnieć, kim tak naprawdę są. Tyle że Putin napadł na Ukrainę nie tylko dlatego, że nie chce być ona Rosją, ale też dlatego, że chce ona dołączyć do Zachodu. I to właśnie Zachód jest prawdziwym wrogiem dla Putina. Bezpośrednio przed inwazją na Ukrainę Kreml wystosował pod adresem USA i NATO ultimatum, które sprowadzało się do żądania, aby Europa Środkowo-Wschodnia została rozbrojona, zaś Zachód cofnął się na zachód, odsłaniając kraje, niegdyś należące do sowieckiej strefy wpływów. Nie oznacza to, że, jak przekonują Ukraińcy, po pokonaniu ich kraju Putin na sto procent ruszyłby na kraje UE i NATO. Oznacza to jednak, że właśnie UE i NATO są w tej rozgrywce rywalami Rosji, a nie sama Ukraina.
Ponadto kremlowska propaganda jednoznacznie zrównuje obecny Zachód z III Rzeszą. Ukraińcy, oczywiście, też są nazywani nazistami. Ale tylko ci, którzy wybierają zachodni model rozwoju. NATO to dla Putina nowe wcielenie III Rzeszy. Albo inaczej: NATO jest dziś kolejnym wcieleniem tego samego „Drang nach Osten”, tego samego, od wieków istniejącego zagrożenia dla Rosji, niezmiennie nadchodzącego z kierunku zachodniego. III Rzesza była jednym z etapów tej wielowiekowej ekspansji na wschód. Może więc Putin niekoniecznie chce zdobyć Berlin. Na pewno jednak chciałby pokonać Zachód i wymusić na nim realizację jego żądań.
A nawet gdyby odłożyć na bok rozważania, na ile Putinowi chodzi o coś więcej niż o samą Ukrainę… Nawet gdyby założyć, że Kreml nie jest wrogo nastawiony do Zachodu (to nieprawda, ale przyjmijmy…), to nie zmienia to faktu, że Putin nie dorasta do pięt Stalinowi jako wódz naczelny armii rosyjskiej. Oczywiście, Stalin popełnił mnóstwo błędów, zaś swoje zwycięstwo (odniesione w dużej mierze pomimo tych błędów, a nie dzięki geniuszowi generalissimusa) okupił ogromnymi stratami. Ale jednak to zwycięstwo odniósł. Straty zaś, wobec triumfu nad III Rzeszą, nie mają większego znaczenia. Szczególnie w Rosji, gdzie sukces państwa wart jest każdej ofiary w ludziach… Ponadto, jeśli założyć, że tak jak celem Stalina było zdobycie Berlina, Putina zaś – jedynie zdobycie Kijowa – to klęska tego ostatniego wygląda jeszcze żałośniej. Putin nie tylko nie dał rady zdobyć ukraińskiej stolicy. Putin przez te wszystkie lata pełnoskalowej inwazji zdobył tylko jedno miasto obwodowe na Ukrainie – Chersoń, z którego i tak musiał się wycofać.
Rosjanie są cierpliwi. „Specoperacja” może trwać nawet trzy razy dłużej niż II wojna światowa, jeśli koniec końców przyniesie oczekiwany rezultat. Tyle że na to się nieszczególnie zanosi. Wojna może trwać i trwać, ale swojego „dnia zwycięstwa”, swojego „szturmu Berlina” raczej już Putin mieć nie będzie. ©℗
Maciej Pieczyński
Dr Maciej Pieczyński to rusycysta, ukrainista i literaturoznawca, wykładowca Uniwersytetu Szczecińskiego oraz publicysta.