„Teheran – Warszawa, wspólna sprawa” to jedno z najbardziej absurdalnych haseł w polskiej polityce zagranicznej ostatnich lat. Szczególnie, jeśli połączy się je ze stwierdzeniem, że wojna rosyjsko-ukraińska „to nie nasza wojna”. Wypadałoby się zdecydować. Albo wybieramy izolacjonizm i nie chcemy się mieszać w cudze konflikty, pragnąc zachować poprawne relacje ze wszystkimi. Albo przeciwnie: uznajemy, że musimy zainteresować się światem zewnętrznym, zanim świat zewnętrzny zainteresuje się nami. Bo przecież ktoś, kto uważa, że tocząca się na Bliskim Wschodzie wojna jest „nasza”, zaś ta, z którą mamy do czynienia tuż za miedzą, już nie jest godna naszego zainteresowania, powinien wrócić do szkoły i jeszcze raz przejść podstawowy kurs geografii. Wyjaśnienie dla opornych: Polska graniczy z Ukrainą i Rosją, a nie z Iranem i Ukrainą. Sytuacja od sąsiadów jest o wiele ważniejsza niż sytuacja tysiące kilometrów stąd.
Wojna na Bliskim Wschodzie „to nie nasza wojna”. Nie ma sensu angażować się po stronie agresora, którym w tym wypadku są Stany Zjednoczone do spółki z Izraelem, ani po stronie Iranu, który w tym wypadku jest ofiarą, ale który pozostaje w sojuszu z naszym wrogiem, czyli z Rosją. Donald Trump już nie tylko podziwia Władimira Putina. Zaczął również powielać jego błędy. Za taki trzeba uznać rozpoczęcie „trzydniowej specjalnej operacji wojskowej” przeciwko niedocenianemu przeciwnikowi. Oczywiście, można wyrazić oburzenie, że Amerykanie zabili przywódcę Iranu. Ali Chamenei był zbrodniarzem, odpowiedzialnym za masakrę własnego narodu, ale jednak był legalnie sprawującym władzę liderem swojego suwerennego państwa. Pochwalanie likwidacji ajatollaha byłoby równie nierozsądne, co ewentualne usprawiedliwianie inwazji Rosji na Ukrainę. Zgódźmy się, że łamanie prawa międzynarodowego jest godne potępienia niezależnie od tego, czy łamiącym jest Trump, czy Putin. Ale też nie bądźmy naiwni i traktujmy z przymrużeniem oka wypowiedzi rosyjskich polityków, krytyczne wobec tego, co Amerykanie zrobili w Iranie. Przypomnijmy, że Trump naśladuje Putina nie tylko w tym sensie, że napadł na suwerenne państwo. Naśladownictwo dotyczy również likwidacji przywódcy. Rosjanie też chcieli zabić Wołodymyra Zełenskiego, tyle że im nie wyszło. Gdy więc dziś potępiają działania Waszyngtonu, tak naprawdę z pewnością zazdroszczą Amerykanom skuteczności.
Jeśli już w jakiś karkołomny sposób szukać analogii między wojną na Bliskim Wschodzie, a wojną za naszą południowo-wschodnią granicą, to w tym konflikcie Iran jest jak Ukraina, USA zaś i Izrael – jak Rosja. Podobnie jest w przypadku wojny izraelsko-palestyńskiej. Izrael zachowuje się jak Rosja, Palestyna zaś w tym porównaniu częściowo przypomina Ukrainę. Częściowo, bo działań Kijowa nie da się zestawić w jednym rzędzie z terrorystycznymi metodami Hamasu. Trzeba też poczynić zastrzeżenie dotyczące Izraela. Wobec Palestyńczyków zachowuje się jak Rosja wobec Ukraińców (a nawet o wiele gorzej, bo skala zbrodni wojennych jest jednak nieporównywalna). Jednak Izrael otoczony jest przez wrogów, którzy chcą to państwo zniszczyć. Rosja natomiast jest potężnym mocarstwem, które używa urojonych wrogów, aby usprawiedliwiać swoje imperialne zapędy.
Emocje, związane z wojną na Ukrainie, są zrozumiałe. Nie tylko z uwagi na czysto geograficzną bliskość. Nawet gdybyśmy nie opowiadali się po żadnej ze stron, nie sposób udawać, że za miedzą nie ma żadnej wojny. Natomiast już zaangażowanie emocjonalne w sprawie sytuacji na Bliskim Wschodzie jest bezpodstawne. Oczywiście, temat jest fascynujący, wart śledzenia. Ale wykłócanie się o to, czy rację mają Amerykanie, Żydzi i Reza Pahlavi, czy reżim ajatollahów, jest czczą, dziecinną zabawą. Ci, którzy w internecie pomstują na jednych lub na drugich, i obrzucają wyzwiskami myślących inaczej, powinni ochłonąć i raczej chłonąć wiedzę ekspertów od Bliskiego Wschodu, niż płonąć z oburzenia na jedną ze stron, egzotycznego jednak dla Polski konfliktu.
Losy naszego kraju rozstrzygają się nad Dnieprem, a nie nad Zatoką Perską czy Cieśniną Ormuz. Powinni to rozumieć zarówno ci, którzy popierają Ukrainę, jak i ci, którzy ją potępiają. ©℗
Maciej PIECZYŃSKI
Dr Maciej Pieczyński to rusycysta, ukrainista i literaturoznawca, wykładowca Uniwersytetu Szczecińskiego oraz publicysta.