Warto czytać Zachara Prilepina. To jeden z najbardziej błyskotliwych i mimo wszystko niezależnych przedstawicieli kremlowskiej, prowojennej propagandy. Można mu zarzucić wiele, ale raczej nie koniunkturalizm. Gdy większość rosyjskiej (proputinowskiej) opinii publicznej odmawiała Ukraińcom nie tylko prawa do własnego państwa, ale i do własnej kultury i języka, Prilepin miał zdanie odrębne. Pośrednio polemizował wówczas z samym Władimirem Putinem. A dokładniej: z jego tezą o tym, że „winę” za powstanie państwa ukraińskiego ponosi Lenin. Znany pisarz przypominał wówczas, że odrębność administracyjna Ukrainy w ramach Rosji istniała już za caratu. I Lenin jedynie tę odrębność odziedziczył. Nie mógł jej ignorować. Prilepin tworzenie osobnego bytu ukraińskiego w ramach Rosji (białej czy czerwonej, nieistotne) porównał do przestawiania mebli we własnym mieszkaniu. Kto mógł przewidzieć, że kiedyś to mieszkanie zostanie podzielone na kilka mniejszych? Pisarz nie przyznał wówczas, że polemizuje z Putinem. Tezę o „Ukrainie im. Lenina”, którą skrytykował, przypisał wtedy rosyjskim liberałom. To wszystko jednak nie oznacza, że autor powieści „Patologie” jest miłośnikiem władz w Kijowie. W końcu nieprzypadkowo ledwo przeżył zamach, przeprowadzony przez SBU. Ukraińcy mieli go za co zlikwidować… Ale jednak w ramach Z-obozu pewnego rodzaju oryginalności myślenia odmówić mu nie sposób.
Interwencja USA w Wenezueli budzi zrozumiałe kontrowersje. Nie będę rozstrzygać, czy ważniejsze jest przestrzeganie prawa międzynarodowego, czy interesy najpotężniejszego sojusznika (albo „sojusznika”, bo z tym różnie bywa) Polski. Zajmę się czym innym – reakcją Rosji. A dokładniej: konkretnym jej aspektem. Propagandowym. Po pierwsze, Moskwa zyskała argument: skoro USA napada na inne państwo w „słusznej sprawie”, to dlaczego my nie możemy? Po drugie, nie mniej ważne, Rosja może teraz skuteczniej niż dotychczas przekonywać kraje Globalnego Południa, że USA jest dla nich zagrożeniem. Moskwa w takiej konfiguracji jawi się jako naturalny obrońca.
„Waszyngton dał nowy impuls do imperializmu i neokolonializmu” – grzmiał na forum ONZ przedstawiciel Rosji Wasilij Nebenzia, krytykując USA. Tę wypowiedź w ciekawy sposób skomentował znany pisarz i propagandysta rosyjski Zachar Prilepin. „Od 2022 r. nieustannie mówię, że „specjalna operacja wojskowa” jest jedynie częścią ogromnej pracy, że czeka nas, a tak naprawdę już się rozpoczęła, ogólnoświatowa antykolonialna rewolucja, na której czele może i ma prawo stanąć Rosja” – napisał Prilepin w felietonie na łamach portalu Stolica-s.su. Pisarz tę myśl kontynuuje: „Przez długi czas właśnie tym się zajmowaliśmy: burzyliśmy inne imperia i nieśliśmy wolność narodom. Potem się rozmyśliliśmy (…). Jednak w krajach Globalnego Południa nadzieja na to, że Rosja powróci na dawne tory, żyła i żyje nadal”. Trudno się nie zgodzić. Globalne Południe postrzega obecną wojnę inaczej niż Europa. Moskwa zaś, po zerwaniu relacji z Zachodem wskutek inwazji na Ukrainę, w sposób naturalny zaczęła budować lepsze niż dotychczas stosunki z Azją, Afryką czy Ameryką Południową. Prilepin jednak chciałby intensyfikacji tego kierunku geopolitycznego. Najwyraźniej życzyłby sobie, aby Putin poszedł szlakiem, wyznaczonym przez eurazjanistę Nikołaja Trubieckiego w jego pracy „Rosja i ludzkość”. Czyli – żeby Rosja stanęła na czele antykolonialnego buntu wszystkich przeciwko Zachodowi.
Pisarz wspomina, że gdy wiosną 2022 r. w programie telewizyjnym Władimira Sołowiowa apelował o to, by Moskwa wzięła na sztandary idee antykolonialne, pozostali goście pukali się w głowy. Problem w tym, że „walka z kolonializmem i imperializmem” w dość czytelny sposób kojarzy się z retoryką Związku Sowieckiego. Współczesna Rosja Putina w dużej mierze do spuścizny sowieckiej nawiązuje, ale nie jeden do jednego. Ideologia Kremla jest miksem różnych, raczej instrumentalnie traktowanych, idei. Komunizm (a raczej jego rosyjska, bolszewicka wersja) jest tylko jedną z nich. Prilepin natomiast, jako „narodowy bolszewik” z przekonania i wielbiciel zarówno Stalina, jak i Lenina, opowiada się za tym, aby kolor czerwony zajął ważniejsze niż dotychczas miejsce w szerokiej palecie propagandowych barw. Stąd też jego aprobata dla słów Nebenzii, który w swoim przemówieniu, wspominając o walce z imperializmem i kolonializmem, niejako wskrzesił ważne elementy sowieckiej retoryki. „Terminologia liberalna i nacjonalistyczna odchodzą do lamusa” – przekonuje pisarz. – „A to dlatego, że niczego ona nie wyjaśnia w nowym świecie. Wracamy do pojęć, które działały wcześniej, i które działają do dziś”.
Prilepin zdaje sobie jednak sprawę z tego, że czynienie z Rosji moralnego lidera walki z imperializmem trąci hipokryzją. Kolonializm to inny temat – tutaj trwają spory, na ile podboje rosyjskie można nazwać kolonialnymi, choć coraz więcej badaczy skłania się ku odpowiedzi twierdzącej. Ale tradycyjnie imperialny charakter Rosji jest rzeczą oczywistą. Również dla samego Prilepina. Jak więc pogodzić idee z faktami i uniknąć oskarżeń o stosowanie podwójnych standardów? Otóż, Prilepin proponuje następującą formułę: „Rosja jest imperium antykolonialnego typu”. W odróżnieniu od USA czy Wielkiej Brytanii. Rosja bowiem nie kolonizuje, tylko… wyzwala. Innymi słowy: „zajmuje się aktywnym eksportem rewolucji narodowo-wyzwoleńczych”. „Rosja jest imperium, które przez całe wieki mieszało się w europejskie i eurazjatyckie, a następnie w ogólnoświatowe sprawy, niosąc przy tym nie jarzmo (historię z rozbiorami Polski omówimy innym razem), lecz niepodległość i sprawiedliwość społeczną (nawet jeśli samym Rosjanom jej brakowało)” – pisze Prilepin.
Brzmi to, rzecz jasna, kuriozalnie. Jednak na Globalnym Południu takie głosy mogą trafić na podatny grunt… Tam porwanie Maduro przemawia do wyobraźni bardziej niż rozbiory Polski czy inwazja na Ukrainę… ©℗
Maciej PIECZYŃSKI
Dr Maciej Pieczyński to rusycysta, ukrainista i literaturoznawca, wykładowca Uniwersytetu Szczecińskiego oraz publicysta.