Sobota, 21 lutego 2026 r. 
REKLAMA

Kto wygrywa wojnę

Data publikacji: 2026-02-21 12:15
Ostatnia aktualizacja: 2026-02-21 12:15

Już we wtorek 24 lutego miną dokładnie cztery lata od rozpoczęcia pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę. Nie od wybuchu wojny – ta bowiem trwa od 2014 r., tylko od przejścia tegoż konfliktu w fazę pełnoskalową. Kolejna rocznica zawsze jest dobrym momentem, by pokusić się o podsumowania czy prognozy. Nie będę jednak pisał o szczegółach militarnych czy politycznych – tego w mediach jest pełno. Szczerze pisząc, sprowadzanie wojny do ruchów wojsk czy wróżenia z kremlowskich fusów staje się już nużące. Narracja o największym konflikcie zbrojnym w Europie od czasów II wojny światowej staje się nudna jak flaki z olejem.

Napiszę więc o nieoczywistych, w mojej ocenie, wnioskach, jakie można wysnuć po czterech latach wojny za naszą południowo-wschodnią granicą. Jest ich kilka. Po pierwsze, polska opinia publiczna przez te cztery lata przeszła zadziwiającą ewolucję od ściany do ściany. Wszystko zaczęło się od bezkrytycznego poparcia dla Ukrainy, kiedy to wydawało się, że jesteśmy bardziej proukraińscy niż sami Ukraińcy. Skończyło się zaś równie płytkim i emocjonalnym bardziej niż racjonalnym zwrotem antyukraińskim, ostatnio zaś nawet prorosyjskim (w niektórych kręgach). Kijów mocno pracował na to, by uwielbienie dla Zełenskiego ustąpiło miejsca nienawiści. Tyle że jak na obywateli kraju, który mieni się ekspertem od Wschodu, okazaliśmy się infantylni i niedojrzali. Gdyby dotyczyło to jedynie nastrojów społecznych, byłoby to zrozumiałe. Jednak nastroje te udzielają się mediom, politykom, a nawet ekspertom. Okazało się, że Polacy w sprawach rosyjsko-ukraińskich są chłopcami w krótkich spodenkach (niezależnie, czy te spodenki mają barwy stalinowskie, czy banderowskie).

Jednak najważniejsze i najmniej oczywiste wnioski dotyczą nie Polski, tylko Rosji i Ukrainy. Z militarno-politycznego punktu widzenia nie sposób przesądzić, kto jest bliżej zwycięstwa. Szczególnie, że trudno jednoznacznie zdefiniować, jak należy rozumieć triumf Kijowa, a jak triumf Moskwy. Można przy tym jednak założyć, że już teraz sukcesem Kijowa jest fakt, iż udało się obronić niepodległość, sukcesem Moskwy zaś – osłabienie Ukrainy wyniszczającą wojną i faktyczne oderwanie od niej części terenów. Za to już z całą odpowiedzialnością można nazwać zwycięzców na bodaj najważniejszym froncie – na froncie kultury. Wskazałbym dwóch triumfatorów. Po pierwsze: Ukraina wygrała bitwę o język. Przed 24 lutego 2022 r. gwiazdy ukraińskiej popkultury podbijały zarówno rodzimą, jak i rosyjską scenę, używając języka rosyjskiego. Był on lingua franca nie tylko w krajach postsowieckich, mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych z Moskwą, ale również na samej Ukrainie. Teraz to się zmieniło. Choć wciąż spora część Ukraińców mówi po rosyjsku, to jednak w przestrzeni publicznej widać wyraźnie demonstracyjne odcięcie się od języka agresora. Publicznie po rosyjsku mówić, śpiewać czy żartować po prostu nie wypada. Zresztą, również wielu dotychczas rosyjskojęzycznych Ukraińców zaczęło przechodzić na ukraiński, w reakcji na spadające im na głowy moskiewskie bomby.

Ale jednak drugim, obok języka ukraińskiego, zwycięzcą tej wojny już teraz jest kultura rosyjska. Okazała się bowiem niezniszczalna. Niestety, ale państwo-agresor ma nieporównanie większy potencjał miękkiej siły, niż państwo-ofiara agresji. Kultura rosyjska, choć w wielu krajach po wybuchu wojny cancelowana, okazuje się „wiecznie żywa”. I to nie tylko na Zachodzie, ale również na samej Ukrainie. Ukraińscy żołnierze w okopach oglądają rosyjskie seriale (w tym słynne „Słowo pacana. Krew na asfalcie”), słuchają rosyjskiej muzyki (w pewnym momencie nad Dnieprem rekordy popularności bił baszkirski hit „Homay” zespołu Ay Yola), zaś ukraińscy uchodźcy, przebywając w Polsce, chodzą na koncerty rosyjskojęzycznych wykonawców (tu oczywiście najbardziej znany jest casus Maksa Korża). Władze w Kijowie publicznie apelują do swoich obywateli, by nie słuchali wielkiego przeboju „Sigma Boy”, nagranego przez dwie rosyjskie nastolatki, czym – niezależnie od intencji – narażają się na śmieszność.

Żeby nie było wątpliwości – to prawda, że słuchając rosyjskiej muzyki czy oglądając rosyjskie filmy Ukraińcy pośrednio wspierają Putina. Ale sam fakt, że Rosja wciąż potrafi oczarować swoją kulturą (czy też popkulturą) daje wiele do myślenia. Szczególnie, że żaden z wymienionych powyżej utworów czy seriali nie ma wymowy jednoznacznie propagandowej. Mamy więc obraz następujący: Rosja walczy z Ukrainą na froncie, a jednocześnie podbija ją nadal swoją miękką siłą. W tej sytuacji Kijów może albo zakazywać słuchania teoretycznie niewinnych piosenek, albo robić wszystko, aby skutecznie konkurować z Moskwą o rząd dusz. Pierwsze rozwiązanie jest ryzykowne. Zakazany owoc lepiej smakuje. Szczególnie, jeśli może powstać wrażenie, że zakaz jest rodzajem strzelania do wróbla (nie wszyscy w tym wróblu dostrzegają groźnego dwugłowego orła). Drugie rozwiązanie z kolei jest o tyle trudne, że, niestety, ukraińska kultura nie dorobiła się ani takich dzieł, ani takiej rozpoznawalności, jak kultura rosyjska. Kijów tej bitwy nie jest w stanie wygrać. Nie tylko w skali międzynarodowej (gdzie Dostojewski czy Tołstoj biją na głowę Szewczenkę), ale nawet w skali samej Ukrainy.  ©℗

Maciej PIECZYŃSKI

Tylko zalogowani użytkownicy mają możliwość komentowania
Zaloguj się Zarejestruj