„Nie mam nic do ukrycia w sprawie Lasów Państwowych”, zadeklarował we wtorek w szczecińskim Sądzie Okręgowym poseł Prawa i Sprawiedliwości Dariusz Matecki. Zeznawał jako świadek w sprawie, w której trzech byłych dyrektorów Lasów Państwowych jest oskarżonych to, że w czasie rządów Zjednoczonej Prawicy stworzyli dla niego fikcyjne miejsce pracy.
Sprawa dotyczy lat 2020-2023. Dariusz Matecki najpierw był zatrudniony w Centrum Informacyjnym Lasów Państwowych, a potem w Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Szczecinie. W tym okresie sprawował też mandat miejskiego radnego klubu Prawa i Sprawiedliwości, był ważnym działaczem Solidarnej Polski, która potem przekształciła się w Suwerenną Polskę - ostatecznie zaś została wchłonięta przez PiS.
- Jeśli kilkakrotnie w miesiącu byłem na spotkaniach z dyrektorem i innymi działami, jeśli są materialne dowody jak wydrukowana książka z informacją, że jej współautorem jest Dariusz Matecki, jeśli mamy setki maili, jeśli mamy zweryfikowaną sieć profili w Lasach Państwowych, jeśli mamy ich ujednolicenie, jeśli mamy całą masę dokumentów, które świadczą o mojej pracy, to stwierdzenie, że nigdy nie pracowałem w Lasach Państwowych jest po prostu kłamstwem - mówił Dariusz Matecki przed wejściem na salę rozpraw.
Według posła PiS w tym, że został zatrudniony właśnie w Lasach Państwowych, trudno doszukiwać się czegoś dziwnego, skoro na Uniwersytecie Szczecińskim napisał pracę dotyczącą wizerunku tej instytucji. Dopiero potem został zatrudniony - i to na początku na umowę zlecenie.
- Dziś mam najwyższe zasięgi w kraju. Wówczas były jednymi z najwyższych. Jeśli ktoś mi mówi, że nie jestem ekspertem od mediów społecznościowych, to niech mi pokaże kogoś, kto ma wyższe zasięgi - argumentował polityk. - Uważam się za eksperta nie tylko w skali Polski, ale także w skali Europy.
Podczas rozprawy Dariusz Matecki zeznał, że jako pracownik Lasów Państwowych miał mnóstwo pracy, ponieważ odkąd Solidarna Polska przejęła nad nimi polityczną odpowiedzialność, rozpoczął się zmasowany atak na wizerunek tej instytucji i trzeba się było temu przeciwstawić. Stwierdził ponadto, że na pracę zdalną miał zgodę przełożonych. Wymieniał takie swoje działania jak prowadzenie kont w mediach społecznościowych, analizy, konferencje, akcję "Sady pamięci". Poseł przekonywał, że pracował częściej niż osiem godzin dziennie, musiał być dyspozycyjny 24 godziny na dobę. Z jego słów wynika, że zarabiał 6 albo 7 tys. zł na rękę.
- Jeśli ktoś zamierza pracować fikcyjnie, to nie ogłasza swojej nowej pracy na konferencji prasowej. A ja zorganizowałem taką konferencję - dodawał poseł. - Informacje na ten temat podały nie tylko media lokalne, ale także wiele mediów ogólnopolskich.
W procesie, w którym zeznawał poseł, Andrzej Szelążek (pozwolił mediom podawać swoje nazwisko), były dyrektor regionalnej dyrekcji Lasów Państwowych w Szczecinie, Józef K., były dyrektor generalny LP, oraz były szef Centrum Informacyjnego LP Michał C. są oskarżeni o przekroczenie uprawnień i niedopełnienia obowiązków. Mieli stworzyć dla Dariusza Mateckiego miejsca pracy, gdzie wcale nie pracował, a jedynie „uzyskał nieuprawnioną korzyść majątkową”. Grozi im do 10 lat więzienia.
Polityk za pobieranie pensji za pracę, której, zdaniem prokuratury, nie wykonał, odpowie w osobnym procesie związanym z zarządzaniem Funduszem Sprawiedliwości. W sumie ma w nim sześć zarzutów, w tym dotyczące przekroczenia uprawnień oraz prania pieniędzy. ©℗
Alan Sasinowski