Jacek Cyzio kojarzony jest z największymi sukcesami Pogoni w historii klubu. W 1987 roku wraz z kolegami sięgnął po wicemistrzostwo Polski pod wodzą trenera Leszka Jezierskiego. Rok wcześniej walnie przyczynił się do zdobycia mistrzostwa Polski juniorów. W rozmowie z „Kurierem” były napastnik Portowców, a obecnie trener oraz ekspert telewizji Polsat powrócił do tamtego okresu. Odniósł się też do wyprzedaży młodych polskich piłkarzy za granicę i ocenił szanse Pogoni w rozpoczynającej się rundzie wiosennej Ekstraklasy.
– Największe sukcesy w karierze osiągnął pan z Legią i tureckim Trabzonsporem, a jak ważna była Pogoń?
– Była ogromnie ważna, bo dała mi prawie wszystko, co osiągnąłem w piłce. Przechodząc z Cracovii do Pogoni miałem niespełna 17 lat i trafiłem do zespołu, który walczył o mistrzostwo Polski i miał w składzie reprezentantów kraju. Grali w niej Marek Ostrowski, Adam Kensy, Marek Leśniak, bracia Sokołowscy czy też Marek Włoch, który nie zrobił kariery ze względu na problemy osobiste, ale był jednym z najlepszych piłkarzy, z którym kiedykolwiek trenowałem. To była niesamowita kapela pod wodzą trenera Jezierskiego, w której wiele się nauczyłem. W Pogoni spędziłem najwięcej lat mojej kariery i wracałem do niej dwukrotnie. W 1995 roku, gdy przyjechałem z Turcji mogłem wybrać praktycznie każdy klub w ówczesnej Ekstraklasie, ale wróciłem do Pogoni, w której przez rok nie zarobiłem praktycznie ani grosza.
– Jak to było możliwe?
– Nie było pieniędzy w klubie. Dostaliśmy jedną pensję po meczu ze Stalą Mielec przed Wielkanocą. Z pieniędzy za bilety kupione przez kibiców dostaliśmy po 200 zł… na jajka przed świętami. Kryzys w Pogoni się zaczął, gdy skończyła się komuna. Zresztą ówczesny dyrektor klubu Andrzej Rynkiewicz wielokrotnie mówił, że gdyby nie mój transfer do Trabzonsporu i Karsiyaki, i pieniądze z tego tytułu, to Pogoń by nie przetrwała. Z końcem komuny piłkarze przestali być zatrudniani w fabrykach, kopalniach, a w naszym przypadku w Zarządzie Portu Szczecin – Świnoujście, w którym byliśmy na liście płac. Do dzisiaj mam świadectwo pracy za okres gry w Pogoni. W momencie gdy to się skończyło, cała polska piłka miała duże problemy z pieniędzmi.
– W wyjeździe do Turcji pomógł panu Włodzimierz Lubański, dla którego Szczecin i stadion Pogoni też jest szczególnym miejscem, ze względu na debiut w reprezentacji.
– Pan Lubański uczestniczył i miał wielki wpływ na mój transfer do Trabzonsporu. Ówczesny trener tego klubu, Belg Urbain Braems zadzwonił do Włodka, swojego byłego podopiecznego z Lokeren pytając o napastnika, bo potrzebował zawodnika na tę pozycję. Lubański nie znał mnie osobiście, ale oglądając moje mecze w barwach Legii przeciwko Manchesterowi Utd. i Sampdorii w Pucharze Zdobywców Pucharów (sezon 1990/91 – red.), polecił mnie Braemsowi. Zaproponował, że podeśle mu płyty z nagraniem moich meczów. Lubański usłyszał wtedy od Belga: „Włodek, jeśli ty mi polecasz tego Cyzia, to ja go od razu kupuję”. Miesiąc wcześniej wróciłem z Legii do Pogoni i gdy siedziałem w mieszkaniu przy ulicy Romera, odebrałem telefon od pana Rynkiewicza z pytaniem, czy chcę grać w Turcji. Po kilku godzinach byliśmy już wspólnie w pociągu do Warszawy. Tam w hotelu „Forum” poznałem osobiście pana Lubańskiego, tyle, że byłem trochę za młody na wyjazd. Jeśli piłkarz nie miał ukończonych 23 lat, a mi brakowało kilku miesięcy, to nie mógł tak sobie wyjechać za granicę. Wówczas klub pozyskujący musiał zapłacić 1 mln dolarów i Turcy na to przystali. Od pana Włodka dowiedziałem się ile będę zarabiał w Turcji, z kolei Rynkiewicz się dowiedział, że Pogoń dostanie za mnie 1 mln dolarów. Pamiętam, że przenieśliśmy się do innego hotelu, w którym czekali na nas Turcy z Trabzonsporu. Dogadałem się z nimi w minutę, wiedząc ile będę zarabiał. Z Rynkiewiczem podpisali umowę, w której zobowiązali się zapłacić ten milion i wtedy PZPN mógł oficjalnie wyrazić zgodę na wyjazd. Dzięki tym pieniądzom Pogoń funkcjonowała jakiś czas, więc na swój sposób jestem dumny, że pomogłem klubowi, który dał mi tak dużo.
– Wspomnień z Twardowskiego było chyba dużo, a co najbardziej utkwiło w pamięci?
– Oj, wiele z tych momentów pamiętam do dziś. Choćby pierwsze mistrzostwo Polski juniorów w historii klubu w 1986 roku. W finale rywalizowaliśmy z Zawiszą i pierwszy mecz w Bydgoszczy przegraliśmy. Rewanż w Szczecinie pamiętam bardzo dobrze, może dlatego, że zdobyłem dwa gole. Pierwszego z karnego za faul na Darku Adamczuku. Kolejne wspomnienie to wejście do szatni pierwszego zespołu i szansa od Leszka Jezierskiego, który zaczął na mnie stawiać. Starsi piłkarze z reprezentantami Polski włącznie zobaczyli, że jest taki młody chłopaczek, który może im pomóc i zacząłem to robić – najpierw wchodząc z ławki, a później już grając systematycznie. Zdobyliśmy wicemistrzostwo kraju, a było bardzo blisko mistrzostwa, ale wyprzedził nas Górnik Zabrze. Publika w komplecie na każdym meczu, obcowanie ze znakomitymi naprawdę piłkarzami, to niezapomniane wspomnienia. Niektórych już nie ma wśród nas.
...Rozmawiał Jerzy CHWAŁEK