Środa 01 grudnia 2021r. 
REKLAMA

Literatura to nie są legendy o sympatycznych nieszczęśnikach

Data publikacji: 2021-11-26 12:34
Ostatnia aktualizacja: 2021-11-26 12:34
Literatura to nie są legendy o sympatycznych nieszczęśnikach
Fot. Niuta GUTKOWSKA  

Rozmowa z Zytą Rudzką, nominowaną do Nagrody Gryfia za książkę „Tkanki miękkie”.

– Bohaterami „Tkanek miękkich” są Ludwik i Michał, ojciec i syn, lekarz z prowincji i lekarz z Żoliborza. Ojciec jest stary, biały, heteroseksualny, ma bogatą przeszłość seksualną i młodszą kobietę – do tego został potraktowany serio, z wytężoną uwagą, nie jest żadną pacynką w satyrze na patriarchat. Zdecydowała się pani na takiego arcymęskiego bohatera w czasie, gdy wiele się mówi o tym, że jest jeszcze tyle kobiecych historii do opisania…

– Jest również całkiem sporo męskich historii do opisania. Chciałam wydobyć z siebie męski głos i wydobyłam. Kto pisarce zabroni. W „Tkankach miękkich” jest całkiem dużo kobiet i nie są to dekoracyjne marionetki, ale mój bohater bagatelizuje ich cierpienie, umniejsza czy wręcz neguje. Marginalizację kobiecej krzywdy pokazuję również w konstrukcji powieści, bo portrety kobiet zapisałam w lapidariach. Za każdym razem dbając o moc każdego zdania. Ale jako pisarka nie jestem zakładniczką opisywania jedynie kobiecego doświadczenia.

– To z pani strony świadomy gest dystansu wobec „trendów”?

– Ja nie wiem, jakie są trendy. Pisanie to największa wolność jaką mam. Przecież dawno już minęły czasy, że ktoś nam będzie mówił: „Panie na prawo, panowie na lewo”. A propos: w „Tkankach miękkich” dużo jest pisuarów. Weszłam do kilku w ramach badań terenowych podczas prac nad powieścią. Mój bohater ciurka pół godziny i widzi, że z całego życia został mu tylko pisuar i pokuta.

– Co stoi za tym literackim Blitzkriegiem na terytorium męskich narracji?

– Odkłamanie męskiej starości. Miałam dość stereotypu starca jako mędrca i mistrza. Zmurszałego kabotyna, za którym rzekomo uganiają się hordy kobiet, a on swoją przewagę nad innymi ustanawia opowieściami o dziadziu, co do kawy pijał szklaneczkę wody, zatem on – mniej lub bardziej w domyśle – wywodzi się z wyższego kręgu kulturowego. Taka oto starszyzna, więcej tu tłumionej pogardy niż mądrości. W „Tkankach miękkich” starość męska jest samotna, bezradna, kapitulacyjna. Mój bohater, Ludwik Prokopiuk, zagląda częściej do lustra niż do kielicha. Ciało mu się sypie, a żona zdradza. To pediatra, którego właśnie pacjent ugryzł do kości. Wywodzi się z dynastii lekarskiej, swojego ojca, lekarza wiejskiego, uważa za żałosnego nieudacznika. Nagle odkrywa, że idzie jego drogą i z tego rozdania losu nie potrafi się już wydostać. Interesował mnie ten moment egzystencjalnego złożenia broni. Czułam cierpienie Ludwika, które on nauczył się dość sprawnie maskować. Ze szkodą dla niego samego.

– I jak właściwie jest z tym patriarchatem? Zszedł już? Czy jeszcze charczy przedśmiertnie?

– Charczy, czasem słyszę ten charkot całkiem blisko i wyraźnie. Ale brak mi pewności, czy to odgłosy zwiastowania śmierci. Ja właściwie, pisząc „Tkanki miękkie”, nie chciałam sportretować kresu patriarchatu. Oczywiście, książkę można tak czytać. I dobrze. Nic gorszego niż powieść z jednym kluczem. Pamiętam, że w czasie pisania myślałam o tym, co jest przekazywane z ojca na syna, o linii męskiej, o dziedziczeniu po mieczu. I czy to nie jest aby miecz do harakiri. Stąd pomysł, by opisać historię miłosną między ojcem a synem. Dramatyczną, samotną walkę o uczucie i władzę. To mnie uruchamiało do pisania.

– Ta podróż w głąb męskiego doświadczenia jakoś panią zmieniła?

– Każda powieść mnie zmienia, ale proszę wybaczyć – to zbyt osobista edukacja, by się nią dzielić. Powiem nawet, że każda wersja powieści mnie zmienia. „Tkanki miękkie” przepisywałam wielokrotnie i za każdym razem czułam, że patrzę na ten tekst cudzym okiem. Na początku nie lubiłam bohatera. I to mi się nawet bardzo podobało. Nic gorszego niż bohater, który się mizdrzy, chce się podobać. Teraz też nie jest moim ulubieńcem, ale rozumiem jego miłosne zapętlenie. No cóż, nie każdy rodzi się z talentem do życia.

– Patrzy pani na mężczyzn inaczej niż przed napisaniem „Tkanek miękkich”?

– Trudno powiedzieć. Raczej nie staram się patrzeć „na mężczyzn” w liczbie mnogiej. Każdy jest inny i to dotyczy również rodzaju męskiego.

– Jeden z recenzentów „Tkanek miękkich” zatytułował swój tekst „Nieczuła narratorka”. Bezwzględność jest koniecznym atrybutem poważnego pisarstwa?

– Nie mam pojęcia, ale tytuł „Nieczułej narratorki” z ochotą przyjęłam, bo rzeczywiście nie piszę powieści z krainy łagodności. Ja po prostu z zasady nie stosuję żadnych chwytów, żeby czytelnik się spłakał czy przytulił bohatera. Literatura to nie są legendy o sympatycznych nieszczęśnikach. Ku pokrzepieniu serc nie piszę, interesuje mnie mętna natura ludzka.

– Lekarze pojawiają się także w pani poprzedniej książce, w „Krótkiej wymianie ognia”. Co jest tak literacko pociągającego w zawodzie medyka?

– Lekarze są blisko ciała, cierpienia, śmierci – a to są moje tematy.

– „Nie ma lepszego kostiumu dla Don Juana niż kitel. Lepiej od lekarza ma tylko aktor grający lekarza w serialu” – to tylko opinia bohatera, czy także pani teza?

– Jeżeli mnie pamięć nie myli – zdarzały mi się skoki ciśnienia na widok białego fartucha. Ale nie wywiązało się z tego nic wieloobjawowego czy chronicznego.

– Michał ma 87 lat, umiera. Literatura może jakoś pomóc nam oswoić starość i śmierć? Czy to tylko pobożne życzenie czytelników?

– Tego się nie da całkiem oswoić. Nie wszystko w życiu podlega coachingowi – na całe szczęście. Jednak starość wcale nie musi być zwrócona ku śmierci. Koniec życia to ciągle życie, a trumna to nie jest jedyny mebel dla starca. Moi bohaterowie na starość pozostają sobą. Być może właśnie opis takiej starości pomaga w lęku, jaki w sposób całkiem naturalny pojawia się w myśleniu o przemijaniu.

– Co Zyta Rudzka pisarka miałaby do powiedzenia Zycie Rudzkiej psycholożce? „Dziękuję za pomoc” czy raczej „Dowiedziałam się rzeczy, o których tobie nawet się nie śniło”?

– A można zakreślić dwie odpowiedzi?

– Pani proza jest wymagająca, niełatwa, oczywistych satysfakcji nie oferuje. A jednocześnie jest nagradzana i bardzo chętnie czytana. Co z pani książek czerpią czytelnicy? Na co zwracają uwagę? Co pani książki ustawiają czytelnikom w ich życiu?

– Moje powieści są mocno osadzone w języku, ale jednocześnie są dość bezpośrednie w tonie. Nie bawię się w rozmówki salonowe. Zamiast patosu, nudy i banału stosuję czarny humor. Staram się wymyślać bohaterów drapieżnych, nieoczywistych, ale przeżywają oni to wszystko co my: miłość, samotność, utratę, bezradność. Chcę tak to zapisać, by czytelnik przejrzał się w cudzym losie, odnalazł coś ze swojego życia. I to mi się czasem udaje. 

– Dziękuję za rozmowę. ©℗

Rozmawiał Alan Sasinowski

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

HEJT STOP
0 / 500


REKLAMA