Niedziela 28 listopada 2021r. 
REKLAMA

Listy Kowalskiej i Dąbrowskiej to ewenement na skalę europejską

Data publikacji: 2021-11-19 12:17
Ostatnia aktualizacja: 2021-11-26 15:15
Listy Kowalskiej i Dąbrowskiej to ewenement na skalę europejską
Fot. archiwum prywatne  

Z Sylwią CHWEDORCZUK, autorką nominowaną do nagrody Gryfia za książkę „Kowalska. Ta od Dąbrowskiej”, rozmawia Alan SASINOWSKI

– Historia pani książki zaczęła się od tego, że przeczytała pani listy, do których przez długie lata nikt nie zaglądał. Co to za listy i jak to się stało, że uzyskała pani do nich dostęp?

– Rzeczywiście, najobszerniejsza, a może najbardziej emocjonująca część biografii poświęconej Annie Kowalskiej opiera się na korespondencji pisarki z Marią Dąbrowską. Stało się tak, bo moje zainteresowanie Anną zaczęło się w momencie, gdy sięgnęłam po te wyjątkowe listy. Na studiach doktoranckich ówczesna dyrektorka studiów profesor Grażyna Borkowska zaproponowała mi opracowanie części tej korespondencji w ramach pracy doktorskiej. Promotorką pracy została profesor Ewa Głębicka. Prawami do publikacji listów dysponują spadkobiercy pisarek, którzy wyrazili zgodę na moją edytorską pracę. Lektura listów okazała się pasjonująca. Nie znamy, jak dotąd, korespondencji kobiet, która byłaby tak obszerna, tak niebywale intensywna. Listy pokazują, jak się rodziła relacja między kobietami, jak się rozwijała ich miłość. Myślę, że to ewenement na skalę europejską, a może i światową.

– Jak wiadomo, wielu pisarzy – przekonanych o swoim jakże istotnym wkładzie w kulturę narodową – nawet prywatne listy pisze ze świadomością (i nadzieją), że być może przyszłe pokolenia będą je czytać z wypiekami na twarzy. Co stawia pod znakiem zapytania ich szczerość. Jak ocenia pani szczerość listów, które pani badała?

– To prawda, że wiele listów pisarek i pisarzy powstawało z myślą lub podejrzeniem, że ktoś kiedyś je będzie czytał. Dotyczy to także pisanych dzienników. Czytając korespondencję Anny i Marii, również się zastanawiałam nad ich szczerością. Należałoby ją rozpoznawać na kilku poziomach: szczerość wobec siebie, wobec adresatki, cenzura listów z powodu osób trzecich. Myślę, że na przestrzeni lat – korespondencja trwała od 1940 do 1965 roku – strategie te nieznacznie się zmieniały. Początkowo, zwłaszcza w listach Kowalskiej, czuć jej większy dystans, świadomość, że pisze do autorki „Nocy i dni”, ale ten stan nie trwał długo. Anna była odważną kobietą i choć ceniła Marię Dąbrowską jako pisarkę, nie za długo determinowała ją ta właśnie rola Dąbrowskiej w świecie. Późniejsze listy – najważniejsze dla relacji pisarek i dla osób czytających dziś tę wymianę – oceniam jako szczere. Na tyle, na ile jesteśmy szczerzy z kimś, na kim nam zależy, kogo kochamy, przez kogo cierpimy. Jeśli niekiedy autorki listów przybierały pozę, założyłam, że jest to poza wobec adresatki, nie pisarska kreacja dla przyszłych pokoleń. Listy są aktem twórczym, ale może każda nasza komunikacja ze światem takim aktem jest. Trudno też o pozę, gdy pisze się kilka listów dziennie, chociaż muszę przyznać, że pisarkom udało się stworzyć listy o wyjątkowej urodzie. Uznałam jednak, że nadrzędną funkcją korespondencji Anny i Marii jest chęć kontaktu, zaspokojenie tęsknoty, tworzenie bliskości, wyznanie – nie literackie, a ludzkie. Nie miałam w sobie podejrzliwości badaczki, z czego niektórzy mogą uczynić zarzut – miałam poczucie, że uczestniczę w spotkaniu, które się na moich oczach rozgrywa. Współtowarzyszę, współodczuwam, poznaję, uczę się.

– Maria Dąbrowska jest klasykiem, Anna Kowalska to pisarka właściwie nieznana. Czy przepaść między ich talentami była aż tak duża, że usprawiedliwia miejsca, jakie zajęły w historii polskiej literatury?

– To prawda, że Kowalską i Dąbrowską sytuujemy w innych miejscach. Sama Anna pisze o sobie, że zostanie zapamiętana tylko jako przyjaciółka wielkiej Marii Dąbrowskiej. Myślę, że aż tak nie jest, że dla czytelniczek stała się autorką dziennika, a gdy ukażą się listy pisarek, na pewno zachwyci czytelniczki i czytelników swoim talentem epistolograficznym. Łatwiej też jest mi ocenić drogę pisarską Anny i Marii niż ich talent. Anna zaczyna bardzo wcześnie, pisząc młodzieńczy dziennik, jest w tym pisaniu konsekwentna, co wzbudza mój podziw. Pragnienie pisania utrzymuje się w niej, ale nie ma odwagi na samodzielną twórczość i początkowo pisze z mężem. Po latach oceni tę spółkę autorską za niezbyt udaną, zbyt wiele w niej Jerzego, za mało Anny. Po wojnie natomiast zmienia się atmosfera – rozpowszechnia się model literatury podporządkowany bieżącej polityce władzy. Kowalska temu nie ulega wprost, nie pisze na zamówienie, ale na wszystkich wówczas piszących ta atmosfera ma wpływ. Do autocenzury dochodzi także ta – zewnętrzna. W tym czasie i Dąbrowskiej nie udaje się stworzyć dzieła na miarę „Nocy i dni”, ale ona ma już ugruntowaną pozycję, którą zdobyła dla siebie przed wojną. Jednocześnie muszę przyznać, że Kowalskiej nie udało się stworzyć utworu, który by dziś zachwycał i przywrócił ją nam jako pisarkę.

– Kowalska próbując wyrobić sobie pozycję w warszawskim establishmencie literackim napisała: „Przykro mi strasznie czuć się psim łajnem w gronie «wielkich» literatów, ale raczej jest to zdziwienie dziecka, że go nie chcą”. Nie ma pani wrażenia, że hierarchie w polskiej literaturze wynikają z życia towarzyskiego, a nie z realnych dokonań artystycznych?

– Nie wiem. Trudno mi ocenić mechanizmy kierujące rynkiem czytelniczo-wydawniczym. Nie uczestniczę w żadnym chyba towarzyskim życiu literackim, a jednak nie mogę narzekać na odbiór mojej książki. To mój debiut, przed opublikowaniem książki nie znałam osobiście nikogo ze świata krytyki literackiej, a także osób piszących. W tym sensie nie pomogły mi żadne układy towarzyskie, chociaż może coś straciłam, o czym nie wiem. Miałam trochę szczęścia, bo temat, po który sięgnęłam, jest dziś istotny. Ktoś mi zresztą zarzucił, że podążyłam za modą, co jest nieprawdą, bo korespondencją zajmuję się od 2008 roku, a do tego chyba zbyt „modnie” go nie opisałam. W tym świecie, jak w każdym, w którym się poruszam, jestem po prostu sobą. Staram się też tworzyć wspólnotę – zawsze dziękuję, także w mediach społecznościowych, osobom i instytucjom, które mnie na spotkanie zaprosiły, tym, którzy recenzję napisali. Szczególnie doceniam osoby z mniejszych ośrodków, biblioteki. Osoby te wspierają mnie, a ja doceniam ich działania. Przy tej okazji powiem, że spotkałam się z ogromną życzliwością krytyków, dziennikarek, osób zajmujących się kulturą. Publikacja książki była dla mnie niezwykle ważnym wydarzeniem, nowym przeżyciem. Ciągle bardzo dużo mnie kosztują rozmowy o książce, ale zawsze w chwilach stresujących dostawałam wsparcie i zrozumienie od obcych mi przecież ludzi, którzy ze mną te rozmowy prowadzili. Wiem jednak, że niektóre książki przepadają. Myślę o tych twórcach. I o tym, że może wszyscy za wiele wytwarzamy, że sama nie nadążam śledzić rynku, a co dopiero czytać, przeżywać przeczytane.

– „Jak oni mogli wywołać powstanie, a nic nie zrobić, by mnie ocalić” – takie zdumiewające słowa Dąbrowskiej zanotowała Kowalska podczas powstania warszawskiego. Nasuwa się oczywiste pytanie: czy Maria Dąbrowska była w stanie pokochać kogoś innego niż Maria Dąbrowska?

– Zdanie zapisane przez Annę Kowalską w dzienniku, a powtórzone w jej ostatniej powieści „Szczelina”, bardzo wiele mówi o tym, jak Maria Dąbrowska postrzegała siebie jako artystkę. Ale to jedna z twarzy „Maryjki”. Maria jest opiekuńcza, stara się być prawa, przez wiele lat wspiera finansowo rodzinę, także Kowalskich. W sytuacjach kryzysowych zawsze pomaga, nigdy nie ucieka. Dla mnie jest ludzka w swoich słabościach. Trudno ją uchwycić, zamknąć w jednym zdaniu. Podobnie trudno jest zdefiniować miłość. Były momenty, kiedy Maria wypełniona jest troskliwością, tęsknotą i były też takie, w których wygrywa w niej miłość własna. Dąbrowska miała świadomość swojej pozycji literackiej, jako jedna z niewielu ówczesnych kobiet stawiała swoich partnerów, w tym również Annę Kowalską, w roli osoby, która miała wspierać jej talent. W przypadku mężczyzn była to częsta praktyka – ich żony miały prowadzić im dom, organizować życie. Dziś nas to oburza – wydobywamy z cienia żony sławnych mężczyzn, złościmy się, że zostały sprowadzone do roli sekretarek. Dąbrowska od samego początku dbała o swoją autonomię, nigdy nie była żoną przy mężu. To nie znaczy jednak, że go nie kochała. Pisząc książkę o Annie, nie chciałam nikogo oceniać – mamy fantastyczny materiał w postaci korespondencji i dzienników. Korzystajmy z niego, dzięki niemu przyglądajmy się sobie, ale z wdzięcznością dla pisarek, bo dobrowolnie i świadomie zostawiły nam ten cenny materiał. Dzięki nim zdobywamy wiedzę o uczuciach, stawiamy w centrum kobiety, ich miłość. Nawet jeśli była ona naznaczona bólem, wściekłością i rozpaczą.

– Jak zaczął się związek pisarek? Co Annę pociągało w Marii, a Marię w Annie?

– Pisarki poznały się w rodzinnym mieście Kowalskiej – we Lwowie w 1940 roku. Maria Dąbrowska wraz z jej partnerem życiowym Stanisławem Stempowskim uciekła na Wschód we wrześniu 1939 roku. W marcu 1943 roku Kowalska przyjechała do Warszawy. Myślała już wówczas z mężem o przeniesieniu się do stolicy, przyjechała, żeby sprawdzić, czy będzie to możliwe. Ale to nie był jedyny powód – już wtedy interesowała się Marią. Z siłą, która ją samą zaskoczyła. Pogłębiającej się w niej namiętności ani nie chciała, ani nie potrafiła już zatrzymać. Anna z pewnością początkowo zachwyciła się pisarką, autorką „Nocy i dni”. Ale Kowalska umiała docenić osobę, jaką Maria była: jej autentyczność, prostotę, życiową energię i pomimo lat (pisarki poznały się, gdy Dąbrowska miała pięćdziesiąt jeden lat, a Kowalska trzydzieści siedem), dziewczęcy urok. Doceniła fakt, że Dąbrowska nawet w czasie wojny wierzy w dobro świata, że go broni. Dąbrowską natomiast Kowalska uwiodła siłą swojego uczucia. Także dotykiem, który dla Marii był bardzo istotny. W późniejszym etapie z pewnością doceniała erudycję Kowalskiej, wiedziała, że Anna jest lepiej od niej wykształcona, że ma obszerną wiedzę o świecie.

– Jak na związek dwóch kobiet reagowało ich otoczenie?

– Zacznę może od tego najbliższego otoczenia, czyli od partnerów. Stempowski cierpiał w milczeniu, a Kowalski drwił. Żaden z nich jednak nie postawił swoim partnerkom ultimatum, nie zmusił do wyboru. Anna zresztą zapewniała męża o swoim przywiązaniu, zaszła z nim w ciążę, gdy była już partnerką Marii. Dąbrowska natomiast najprawdopodobniej nigdy otwarcie o swojej relacji z Anną nie rozmawiała ze Stanisławem. Środowisko literackie reagowało raczej milcząco. Może niektórzy nie mieli świadomości, co łączy pisarki. Jest taki moment po wojnie, gdy Anna mieszka we Wrocławiu, Maria w Warszawie. Córka Anny jest chora. Bardzo zaniepokojona Dąbrowska wydzwania do sąsiadów Kowalskiej – bo ona nie miała telefonu – by dopytać o zdrowie dziecka. Po drugiej stronie ma usłyszeć od sąsiada niechętne: „nie wiem, co panią łączy z panią Kowalską, ale my sobie tutaj dajemy radę”. Trudno powiedzieć, czy takich podobnych sytuacji było więcej, pisarki o nich milczały, a w dziennikach innych osób również nie znajdujemy informacji na ten temat.

– Ich związek był trudny, pełen bólu. Kowalska pisze w pewnym momencie: „Wszystko nas dzieli, ale nic nie może rozdzielić”. Właściwie dlaczego ta niemożliwa relacja przetrwała?

– Z listami jest chyba tak, że piszemy je wówczas, gdy mamy w sobie emocje nas przerastające, rozpacz, poruszającą tęsknotę, zbyt odczuwalną, przeszkadzającą nieobecność. Zwłaszcza jeśli ta nieobecność jest przewlekła, jest zasadą naszego związku. Te momenty, chociaż nie tylko te, uchwyciły pisarki w listach do siebie, z nich właśnie wyrosło moje postrzeganie życia Anny i miłości, która połączyła kobiety. Stąd może poczucie, że była to „niemożliwa relacja”, bo mniejsze pole oddziaływania mają chwile spokojnej codzienności, bardzo często były niezapisane, więc także nieakcentowane przeze mnie. A przecież w życiu Anny i Marii ich nie brakuje. Myślę, że relacja przetrwała, bo do końca trwał obopólny zachwyt, troska, świadomość, że obie coś dla siebie poświęciły, że siebie potrzebują. Nie opuszczał ich także, zwłaszcza Marii, strach przed samotnością, pamięć minionego świata – Maria była tą, która zdążyła poznać jeszcze Jerzego i ich lwowski dom, Anna znała Stempowskiego. A tęsknocie, czułości, zatrzymanej pamięci o zmarłych i wspaniałych chwilach towarzyszył też pragmatyzm – Anna nie miała pieniędzy, Dąbrowska po śmierci Stanisława po raz pierwszy zamieszkała sama, co ją przygnębiało. Do końca na pewno też wierzyły, że właśnie obok siebie chcą się starzeć, obok siebie umierać. Ich decyzję determinował z pewnością także wiek. Starości rzadko się daje szanse na nową miłość.

– Obie pisarki zdradzały swoich partnerów. Tula, córka Anny, która mieszkała razem z nią i Marią, była nieszczęśliwa. Pisze pani, jak w pewnym momencie „wykrzykuje Dąbrowskiej swoją złość i nienawiść – do obu opiekunek”. Skoro miłość Kowalskiej i Dąbrowskiej unieszczęśliwia tak wiele osób, to może miłość nie jest czymś, czym powinniśmy zawracać sobie głowy?

– Na szczęście Kowalska sama robi podsumowanie zysków i strat. Pod koniec życia, wiedząc już, jakie losy miała jej miłość do Marii, nie żałuje, że wiosną 1943 roku zapukała na Polną. A na pytanie: „czy warto kochać”, każdy musi sobie, niestety, odpowiedzieć sam. Ja myślę, że warto.

– Dziękuję za rozmowę. ©℗

REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

HogoFogo
2021-11-26 14:44:51
Związki homoseksualne istnieją w literaturze od wielu lat. Ewenement bardzo wątpliwy, zwłaszcza w Europie.
Safona
2021-11-19 12:48:56
Dlaczego ewenement na skalę europejską?Dlaczego tak skromnie?

Dodaj komentarz

HEJT STOP
0 / 500


REKLAMA
Tylko teraz -50% na prenumertę eKuriera. KUP TERAZ