W Polsce będzie coraz więcej zmarłych, a coraz mniej bliskich, którzy zadbają o ich groby. Przybędzie też ludzi umierających w samotności – powiedział PAP demograf prof. Piotr Szukalski. Jego zdaniem kurczące się rodziny i migracje zmienią nasze zwyczaje związane ze śmiercią i pamięcią o zmarłych.
Jak przewiduje prof. Piotr Szukalski, demograf z Uniwersytetu Łódzkiego, w przyszłości coraz częściej będzie brakowało osób, które mogłyby zapalić znicz na grobie bliskiego.
– Będzie przybywać zaniedbanych grobów w miejscowościach, z których niekiedy już od 60–70 lat trwa odpływ młodych ludzi. Ich mieszkańcy wyjechali, żyją daleko i nie zawsze mogą przyjechać. Zwłaszcza gdy mówimy o migracjach międzynarodowych: trudno oczekiwać, że każdy specjalnie wsiądzie do samolotu, żeby 1 listopada zapalić lampkę – powiedział PAP.
Jednocześnie w najbliższych kilkunastu latach wzrośnie liczba zgonów. Jak wyjaśnił demograf, w wiek, w którym ryzyko śmierci wyraźnie się zwiększa, wchodzą liczne roczniki powojennego wyżu demograficznego. W samym 1953 r. urodziło się w Polsce 792 tys. dzieci. – Branża pogrzebowa będzie więc miała coraz więcej pracy – zauważył.
Tymczasem liczba urodzeń prawdopodobnie będzie nadal spadać. Do wieku zakładania rodzin dochodzą coraz mniej liczne pokolenia, a dzietność pozostaje niska. Zdaniem profesora demografowie wciąż nie potrafią w pełni wyjaśnić, dlaczego w rozwiniętym świecie tak gwałtownie zmniejszyła się gotowość do posiadania dzieci.
Zmiany te oznaczają również, że coraz więcej osób będzie przeżywać starość bez bliskich. Do starszego wieku dochodzą pokolenia, które miały mniej dzieci, częściej się rozwodziły i doświadczały migracji rozdzielających rodziny.
– Można przypuszczać, że takich przypadków będzie coraz więcej – powiedział Szukalski, pytany o samotne śmierci. Zastrzegł, że nie sposób oszacować ich liczby na podstawie dostępnych statystyk.
Jak wyjaśnił, samotna śmierć nie zawsze oznacza odnalezienie ciała dopiero po wielu tygodniach. Czasem ktoś regularnie rozmawia z bliskimi przez telefon, nagle przestaje odbierać, a zaniepokojona rodzina dopiero po kilku dniach prosi sąsiada o sprawdzenie, co się stało.
Zmienia się również sposób organizowania pogrzebów i pielęgnowania pamięci. Gdy zmarły nie ma rodziny, pochówkiem mogą zająć się znajomi lub dawni współpracownicy. Rozwijają się też firmy sprzątające groby, zapalające znicze i składające kwiaty w imieniu osób mieszkających daleko.
– Próbujemy realizować stare wartości w nowy sposób. Wartością pozostaje okazywanie szacunku przodkom, zmieniają się natomiast środki, którymi to robimy – ocenił demograf.
Podobnie postrzega wirtualne cmentarze czy cyfrowe awatary zmarłych, z którymi można prowadzić rozmowy. Według niego są one przejawem ludzkiej zdolności przystosowywania się do nowych okoliczności.
Profesor zwrócił również uwagę, że współczesne cmentarze nie są tak odwieczną tradycją, jak mogłoby się wydawać. Ich obecna forma liczy około 200–250 lat.
Zmienia się także samo świętowanie 1 listopada. Szukalski wspomina, że w dzieciństwie spędzało się na cmentarzu po kilka godzin, ponieważ wiedziano, że spotka tam niemal całą rodzinę. Dziś odwiedziny rozkładają się na różne dni i godziny. – W mojej ocenie osłabł rodzinny wymiar tego święta – przyznał.
Krytycznie ocenił natomiast rosnącą ilość plastiku na grobach. Jak zauważył, naturalne kwiaty zastąpiły sztuczne dekoracje, a liczba zniczy bywa sposobem demonstrowania zamożności. – Mam wrażenie, że naród chce pokazać, iż się dorobił. Lampek stawia się dużo, „na bogato”, żeby udowodnić: stać mnie – powiedział.
Sam profesor nie przejmuje się tym, kto w przyszłości będzie odwiedzał jego grób. Kilkanaście lat temu sporządził testament i dyspozycje dotyczące świeckiego pogrzebu. Chce zostać spopielony i pochowany w ekologicznej urnie, która szybko się rozłoży. – A tak naprawdę człowiek tak długo żyje, jak długo jeszcze o nim pamiętają – podsumował.