Piątek 30 lipca 2021r. 
REKLAMA

Ludek patrzy na nią ze zdjęcia. Legendarna „Maria” powróciła

Data publikacji: 2021-07-22 11:29
Ostatnia aktualizacja: 2021-07-22 11:29
Ludek patrzy na nią ze zdjęcia. Legendarna „Maria” powróciła
Przy renowacji s/y „Maria” użyto materiałów z górnej półki. Fot. Paweł RYŻEWSKI  

Na jej pokładzie Ludek pokonał tysiące mil morskich, dwukrotnie okrążył Ziemię. Teraz jego legendarna „Maria” powróciła na wody, a podczas niedawnego weekendu w Szczecinie można było ją podziwiać przy bulwarach, jak prezentuje się po gruntownym remoncie.

A wszystko zaczęło się we Lwowie na studiach geologicznych, które po wojnie kontynuował we Wrocławiu. Koledzy przezwali go „Ludojad”. Jednak „w gruncie rzeczy był bardzo koleżeński, przyjaźnie nastawiony do ludzi” – wspominają Ludomira Mączkę Wojciech Jacobson oraz Andrzej Grocholski na stronie jkazs.szn.pl.

Po studiach przez jakiś czas pracował w placówkach związanych z geologią, by przenieść się do Szczecina. Chciał być bliżej morza. Stąd jako członek załogi „Zewu Morza” w 1957 roku wyruszył w pierwszy rejs do Narwiku. Dwa lata później był zastępcą kapitana jachtu „Witeź” w rejsie do Islandii.

Na początku lat 60. ubiegłego stulecia był członkiem Polsko-Mongolskiej Ekspedycji Geologicznej w Mongolii. Ale powrócił na morze w składzie załogi jachtu „Śmiały”, będąc uczestnikiem wyprawy Polskiego Towarzystwa Geograficznego, która opłynęła Amerykę Południową. Jak na czasy PRL-u to była dość głośna ekspedycja morska, a jej bohaterów witano owacyjnie u podnóży Wałów Chrobrego.

Wkrótce Ludomir Mączka znów ruszył w daleki świat. Tym razem jako geolog do Zambii, gdzie pracował do 1972 roku. Po pięciu latach pobytu kupił i wyremontował za zarobione pieniądze „Marię”, jedenastometrowy kecz, który na trwale związał go z morzem.

Jacht s/y „Maria” został zbudowany w Gdańsku i zwodowany w 1971 roku. Mierzy 9,8 metra, a z bukszprytem 11,2 m. Ma okrągłodenny kadłub drewniany (dębowy szkielet i mahoniowe poszycie). Początkowo był wyposażony w dwa komplety żagli podstawowych o powierzchni 46 mkw. oraz żagle dodatkowe. Miał też pomocniczy silnik wysokoprężny o mocy 15 KM, itp.

Pierwszy rejs miał trwać trzy lata, lecz włóczęga po oceanach trwała aż 11 lat – „podczas których „Maria” opłynęła cały świat, zapisując się tym samym na kartach historii jako jacht odbywający jeden z najdłuższych w polskich dziejach rejs” – podkreślają po latach inicjatorzy ostatniej renowacji jednostki. Po tej podróży kecz zacumował we Francji.

W 1999 r. wypłynął jednak w drugi rejs dookoła świata, na wyprawę śladami Ferdynanda Magellana. Po tej podróży, którą dokończył kpt. Maciej Krzeptowski (kpt. Ludomir Mączka musiał zejść z pokładu, by w Kanadzie poddać się operacji kręgosłupa) ,„Maria” w 2003 roku wróciła do Szczecina. W jakim była stanie? „Była mocno wyeksploatowana, ale mogła poszczycić się tytułem pierwszego polskiego jachtu, który dwukrotnie opłynął świat. Ze względu na stan zdrowia Ludomir Mączka nie mógł już jednak zająć się «Marią». Wielki żeglarz odszedł w 2006 r., zapisując uprzednio swój ukochany jacht przyjacielowi z Kanady – Bolesławowi Kornelukowi” – przypominają renowatorzy jednostki. Problemem w opiece nad jachtem okazała się przede wszystkim odległość, dlatego przyjaciel Ludka nawiązał kontakt z Zachodniopomorskim Stowarzyszeniem Dziedzictwo Morza, które wzięło „Marię” pod swoje skrzydła i rozpoczęło jej gruntowny remont.

Po śmierci Bolesława Korneluka jednostka stała się własnością jego żony. Rozumiejąc potrzebę troskliwej opieki nad jachtem, przekazała go formalnie Stowarzyszeniu Dziedzictwo Morza. Pełni ono funkcję armatora.

Pracą nad „Marią” z ramienia Stowarzyszenia zajmował się wtedy Włodzimierz Przysiecki, ważna postać w świecie żeglarstwa, utytułowany kapitan. On z kolei ściągnął na pokład Pawła Ryżewskiego, szefa firmy CMS (farbyjachtowe.pl), która już od dawna przekazywała materiały do remontu «Marii».

„Paweł stanowił wsparcie technologiczne, bo renowacją zajmowała się maszoperia składająca się wolontariuszy, którzy poświęcali swój prywatny czas na remont legendarnego jachtu. Niekiedy potrzebowali oni pomocy i wiedzy specjalistów. Po śmierci kapitana Przysieckiego, na prośbę Stowarzyszenia, to właśnie Paweł stał się opiekunem remontu „Marii” – czytamy w komunikacie.

– Zająłem się jachtem, bo już wcześniej mieliśmy okazję się poznać. Znałem Ludomira, trzymaliśmy swoje łodzie na jednej przystani – wspomina Paweł Ryżewski. – Mimo różnicy wieku i tego, że Ludek był znaną postacią i utytułowanym żeglarzem, nigdy nie było między nami dystansu. To był bardzo otwarty człowiek, szybko nawiązujący relacje i niewywyższający się, choć przecież miałby do tego prawo ze względu na swoje dokonania. Dzięki naszej znajomości miałem okazję bywać na „Marii”, dlatego żywię do niej pewien sentyment.

W tamtym momencie „Maria” była jednostką, która po rozpoczęciu prac remontowych nigdy nie wypłynęła znów tak naprawdę. Nie licząc krótkiej podróży pod pomnik swojego właściciela, była jachtem wyłączonym z eksploatacji. Jej wyposażenie było mocno zdekompletowane. Remontujący wszystkiego musieli dociekać samodzielnie, przez codzienną mrówczą pracę, a małe rejsy służyły sprawdzeniu, czy prace remontowe poprawiają jej stan i możliwości pływania.

Jednostkę trzeba było uszczelnić i odnowić z zastosowaniem jak najlepszych materiałów. Robić to nakazywała historia tego kecza i postać ówczesnego właściciela.

– „Maria” to jacht drewniany, można powiedzieć, że już historyczny, ale do jego remontu chcieliśmy użyć jak najlepszych, nowoczesnych technologicznie materiałów. Cel był bowiem jeden – żeby jacht znów wypłynął na szerokie wody i mógł dalej tworzyć swoją morską historię. Jedno z wyzwań stanowił kadłub, który był pełen ubytków. Nie mogliśmy uszczelniać go tradycyjną metodą. Ze względu na zły stan planek efekt z pewnością byłby niezadowalający. Zależało nam na jakości wykonanej pracy, bo przecież chcieliśmy pływać! – opowiada Paweł Ryżewski, szef firmy CMS.

Renowacji wymagał również pokład teakowy. „Wstające” klepki zostały przytwierdzone do podłoża. Przyszła też kolej na okna w nadbudówce. Wymieniono je na nowe.

Sezon 2020 miał być dla „Marii” nowym początkiem, ale plany pokrzyżowały obostrzenia związane z koronawirusem. W tym roku pierwsze niewielkie rejsy już się odbyły. Jednak jacht Ludomira Mączki z pewnością nie powiedział jeszcze ostatniego, morskiego słowa.

– Myślę, że Ludomir byłby zadowolony z tego, jak wyremontowaliśmy jacht. Zawsze zależało mu na tym, żeby „Maria” była sprawnym technicznie jachtem do pływania, a nie martwym obiektem muzealnym. On sam nie bronił się przed jej modernizacjami, zmieniał jej wyposażenie, żeby podróże były wygodne i bezpieczne. Mamy jego portret powieszony w kabinie, żeby na bieżąco mógł śledzić, co się dzieje na jachcie – mówi Paweł Ryżewski. – Młodym pokoleniom trzeba o „Marii” opowiedzieć, bo oni nie znają jej wielkiej historii, to nie były ich czasy. Ale warto, by się o niej dowiedzieli, bo jej legenda wciąż robi wrażenie. Trzeba ją tylko opowiedzieć i myślę, że najlepiej to zrobimy, wciąż pływając na „Marii”. Tak właśnie poniesiemy w świat opowieść o Ludojadzie i jego wspaniałym jachcie.

oprac. (b)

REKLAMA
REKLAMA

Dodaj komentarz

HEJT STOP
0 / 500


REKLAMA
Tylko teraz -50% na prenumertę eKuriera. KUP TERAZ