W „Lalce” w reżyserii Pawła Maślony atrakcja atrakcję pogania: są wybuchy, są gwałty, jest naćpana, pobita i uprawiająca seks Izabela Łęcka, są wiązanki bluzgów, które zawstydziłyby ubeków z „Psów” Władysława Pasikowskiego, jest kolorowa menażeria alkoholików i degeneratów, jest nawet zakonnica z wąsem. Ilość strzałów dopaminowych, jakie dostaje widz, powinna się zgadzać. A jednak… A mimo to… Cóż, to nie działa, i to wcale nie dlatego, że Netflixowa „Lalka” ma niewiele wspólnego z powieścią Bolesława Prusa czy jest wręcz „Anty – Lalką”.
Od razu to ustalmy. Klasyków można zdradzać. Klasyków zdradzać trzeba. Po to są. Dlatego Maślona rozmontowując wielbioną na wydziałach polonistycznych powieść i tworząc z rozrzuconych klocków nową, autorską konstrukcję, zrobił coś, co jak najbardziej pochwalamy. Tylko błagam, obserwując ten demontaż, nie wypowiadajmy przy okazji frazesów, że taka operacja jest „niezwykle odważna” czy też „brawurowa”. Obalanie pomników, szydzenie z autorytetów, postmodernizowanie klasyki to we współczesnej popkulturze od dawna rutyna.
Rozliczamy więc reżysera nie z
...