Sobota, 21 marca 2026 r. 
REKLAMA

Oscarowa rola Rosji

Data publikacji: 2026-03-21 12:30
Ostatnia aktualizacja: 2026-03-21 12:30

W prowincjonalnym miasteczku Karabasz w obwodzie czelabińskim Pawieł Tałankin pracuje jako pedagog-koordynator wydarzeń i wideofilmowiec. Po inwazji na Ukrainę dokumentuje pranie mózgów, jakie władze rosyjskie robią uczniom. Następnie wyjeżdża z kraju i przekazuje nakręcony materiał zachodnim producentom. Tak powstaje film „Pan Nikt kontra Putin”, który otrzymał niedawno Oscara w kategorii „Najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny”. Obraz wzbudził spore kontrowersje. Niektórzy komentatorzy uznali, że Tałankin wykorzystał bohaterów swojej opowieści, upublicznił ich wizerunek bez ich zgody, co może sprawić im kłopoty. Ponadto, pedagog kreuje się w filmie na dysydenta, który starał się choćby minimalnie przeciwstawiać państwowej machinie. Tymczasem łatwo dojść do wniosku, że z jednej strony pokazywał „figę w kieszeni”, zaś jego opozycyjność była bezobjawowa, z drugiej zaś strony - że mimo wszystko swoją rolę odegrał, i przez długi czas jednak kremlowskiej propagandzie się wysługiwał, zanim postanowił uciec. Niemniej, film ma niewątpliwą wartość poznawczą. Pozwala zajrzeć do wnętrza świata putinowskiej propagandy, poznać jej mechanizmy. 

„Pan Nikt kontra Putin” wart jest uwagi z jeszcze innego powodu. Paradoksalnie, ten bez wątpienia antykremlowski film jest kolejnym dowodem na to, że na polu kultury Rosja wygrywa wojnę z Ukrainą. Brzmi absurdalnie? Być może na pierwszy rzut ucha. Ale zastanówmy się chwilę. Minęły cztery lata pełnoskalowej wojny na Ukrainie. To oczywiste i zrozumiałe, że największy konflikt militarny w Europie od czasów II wojny światowej budzi ogromne zainteresowanie dokumentalistów. O czym mają kręcić swoje filmy, z założenia ilustrujące rzeczywistość, jeśli nie o inwazji na Ukrainę i o jej kontekstach? Pytanie jednak: z czyjej perspektywy na tę sytuację spojrzeć? Wydawałoby się oczywiste, że obywatele państwa-ofiary mają w tej sprawie większe (przynajmniej moralnie) prawo głosu niż obywatele państwa-agresora. Ich głos w każdym razie powinien być bardziej słyszalny. W rzeczywistości jest odwrotnie. 

W ciągu czterech lat od wybuchu wojny poświęcone „dobrym Rosjanom” lub przez „dobrych Rosjan” nakręcone filmy dokumentalne dwa razy dostały Oscara - oprócz wspomnianego „Pana Nikt...”, w 2023 r. statuetkę zdobył „Nawalny”. Produkcji amerykańskiej, ale opowiadający historię najważniejszego rosyjskiego opozycjonisty. W 2025 r. natomiast Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej obsypała nagrodami „Anorę”. Film, co prawda, made in USA, ale opowiadający częściowo o Rosjanach i z udziałem rosyjskich aktorów. Dla porównania: w tym samym okresie Ukraińcy zdobyli statuetkę raz. W 2024 r. nagrodzony został dokument „20 dni w Mariupolu. W samej zatem kategorii „pełnometrażowy film dokumentalny” ukraińska kultura po 24 lutego 2022 r. przegrywa na czerwonym dywanie 1 do 2 z rosyjską. Dysydencką, co prawda, ale jednak rosyjską. W obu wypadkach bohaterami okazali się Rosjanie, którzy samotnie rzucili wyzwanie Putinowi. Jeden trafił za kraty, a ostatecznie zginął, drugiemu zaś udało się uciec i opowiedzieć światu prawdę o państwie-agresorze. 

Oczywiście, nie ma wątpliwości, że zarówno Tałankin, jak i Nawalny są (lub byli, w przypadku nieżyjącego polityka) bezkompromisowymi przeciwnikami wojny przeciwko Ukrainie. A jednak to zastanawiające, że rodacy Putina okazali się dla świata ciekawsi niż rodacy Zełenskiego. Tak jak pisałem już w jednym z poprzednich felietonów - Rosja wygrywa wojnę na polu kultury. Mimowolnie do tego zwycięstwa przyczyniają się antyputinowscy opozycjoniści, gdyż to na nich skierowane są flesze. Bardziej niż na walczących o niepodległość Ukraińców. Ostatecznie to wciąż Rosja przykuwa uwagę bardziej niż Ukraina. Na tym polega jej miękka siła. Rosjanie potrafią o sobie lepiej opowiadać niż Ukraińcy. Mają w tym o wiele większe i o wiele bogatsze doświadczenie. Poza tym to też chyba bardzo ludzkie, że interesują nas sprawy nieoczywiste lub zakazane. Rosja, zamknięta na świat po wybuchu wojny, jest swego rodzaju zakazanym owocem, którego chcemy spróbować. Widać to zarówno w popularności kontrowersyjnych wideoblogów podróżniczych, których autorzy pojechali do kraju-agresora, jak i w popularności „dobrych Rosjan”. Nieoczywiste jest szukanie „dobrych ludzi” w kraju, powszechnie uważanym za „imperium zła”. 

A jak wojna się skończy, to świat może szybko zapomnieć o zbrodniczym charakterze inwazji Rosji na Ukrainę. Bo zdążymy się znudzić raportami z frontu, a zarazem naoglądamy się fascynujących opowieści o „dobrych Rosjanach”. Tych złych wyrzucimy z pamięci. W końcu w czasach pokoju, niestety, Rosja ma do zaoferowania światu więcej pod względem kulturowym niż Ukraina. Tak przynajmniej twierdzi świat. A Ukraina wciąż nie jest w stanie tego przekonania zmienić. ©℗

Maciej PIECZYŃSKI

Tylko zalogowani użytkownicy mają możliwość komentowania
Zaloguj się Zarejestruj