poniedziałek, 21 października 2019.
Strona główna > Blogi > Artur D. Liskowacki > Zombi i walki kogutów

Zombi i walki kogutów

Wywietleń: 1490
Hotel w Koszalinie. Zaspokojenie porannego nawyku - lektury gazety - okazuje się tak trudne, jakbym sobie zażyczył nagle ostrzyżenia i wykąpania charta afgańskiego. Przepraszam, to akurat dałoby się pewnie załatwić. Ale gazeta, rano, w trzygwiazdkowym hotelu miasta średniej wielkości?! Kaprys, doprawdy. Inteligentni ludzie korzystają z internetu, a hotel ma łącze wi-fi.

Jako inteligentny inaczej postanawiam jednak poszukać w okolicy kiosku z gazetami. W okolicy handel kwitnie. Mogę sobie kupić kebab, czereśnie, koszule Wólczanki, lateksową lalę w sex-shopie, serwis do kawy, komputer, odzież na wagę, a jak skręcę w prawo - to i trumnę. Gazety nie. Nie ma kiosku.
Ktoś litościwy radzi, bym poszedł do dużego sklepu dużej sieci. Owszem, są przy kasie gazetopodobne wyroby z papieru. Ale to głównie programy telewizyjne na tydzień, a może i rok. Ubiegły.
Dopiero wracając do hotelu, wpadam na myśl, że należy pójść na dworzec. Rzeczywiście. Na dworcu jest kiosk, są gazety. Sukces. Ze złości nie kupuję żadnej.
*
Brak dostępu do prasy w mniejszych miastach i miasteczkach, że o wioskach nie wspomnę, jest oczywiście jeszcze poważniejszy.
W Ińsku, w którym rozpocznie się niebawem kolejne Lato Filmowe i zjedzie do niego sporo ludzi niepozbawionych aspiracji kulturalnych, zlikwidowano wszystkie istniejące dotąd kioski. Owszem, prasa bywa dostępna w sklepach. Ale w jednym z nich muszę się umawiać z miłymi paniami z obsługi, żeby mi odłożyły egzemplarz „Kuriera” i jakiejś ogólnopolskiej gazety. Bo przychodzą ze trzy egzemplarze, a i nie zawsze. Po kilku dniach, odbierając swoją porcję, niemal „spod lady”, bo przy kasie, czuję się jak nabywca czasopisma porno dla sado-maso albo odbiorca sekretnej przesyłki. Wszyscy popatrują na mnie ciekawie, podejrzliwie, z dziwnym uśmiechem.
*
Oczywiście, wiele można zwalić na zmiany cywilizacyjne. Nakład prasy spada na całym świecie, ludzie wybierają szybsze źródła informacji. Tyle że to tylko częściowa prawda. I tylko części Polaków dotyczy.
Przestali przecież prasę czytać nie tylko ci, którym wystarcza internet czy telewizja. Również ci, którzy na co dzień prasy nie widzą i kupić nie mają okazji. Łatwo jest odwyknąć od czegoś, jeśli się nas do tego odwyku przyzwyczaja.
W popegeerowskiej miejscowości koło Warszawy, w której cały handel od lat prowadzony jest przez jeden i ten sam sklepik, jeszcze w roku ubiegłym udało mi się dostać - raz na parę dni - jakiś dziennik, albo tygodnik. W tym roku - nie mam szansy. Pytam sprzedającą, czy nie zamawia gazet. Zamawia, obiecują, ale nie przywożą. 
*
Stare prawo Kopernika, że zły pieniądz wypiera lepszy obowiązuje także w mediach. Bo myliłby się ten, kto by sądził, że papierowa informacja w ogóle znikła ze sprzedaży. Nietrudno zauważyć, że w im mniejsze miasteczko, im mniej sklepów, tym pewniej trafi się tam na tzw. kolorówkę. Tak się mówiło kiedyś, gdy prasa była na ogół czarno-biała. Dziś „kolorówka” to zwykle tabloid. Coraz gorszej jakości. Półeczki przeznaczone na prasę zalegają więc wszelkiej barwy śmieci „dla pań”, plotkarskie bzdety, durne wyklejanki o celebrytach. Ktoś powie, że tam są, bo mają swoich nabywców. Otóż nie. Zwykle nie mają. Albo niewielu. Rzecz w tym, że zalegając tak z miesiąca na miesiąc wytwarzają w ludziach przekonanie, że to jest ich jedyny duchowy pokarm. Tym się mają żywić, bo to smaczne i zdrowe.
Podobnie jak z czipsami czy popularnymi batonikami. Ich wszechobecność wytwarza przekonanie, że to właśnie nasza manna z nieba dobrobytu.
*
Wiadomości z kraju i ze świata. Tak kiedyś rekomendowały swój serwis główne programy informacyjne w radiu i telewizji. Rekomendują je w ten sposób i dziś, lecz zwykle jest tak, że zaraz po tej zapowiedzi, zalewa nas - zwłaszcza z telewizji - tabloidowy koktajl. A raczej ściek, bo koktajle bywają zdrowe.
O tym, co naprawdę dzieje się w kraju, a zwłaszcza zagranicą, z polskiej telewizji - bez względu pod jakim jest szyldem - dowiedzieć się nie sposób. Pierwszeństwo „serwisach informacyjnych” mają, oczywiście, trupy. Zgony nagłe i tragiczne. Topielcy, ofiary wypadków i pożarów, no i morderstw, zwłaszcza brutalnych. Wiem, stara prawda dziennikarska głosi, że nic tak nie ożywia pierwszej strony gazety jak trup. Ale telewizja idąc tym tropem (trupem) żywa jest dziś jak zombi.
*
Poza masową śmiercią (plus kalectwem i chorobami bliźnich) interesuje też „serwisy” polityka. A raczej to, co nazywają polityką. Równie dobrze można by zwać polityką walki kogutów w Meksyku. Gdyby je transmitowało TVP Info czy TVN24 można by się umówić, że to spór o in vitro. Albo o małżeństwa dla homoseksualistów. Lub o to, co koguty powinno zajmować szczególne, czyli co było pierwsze, jajko czy kura.
Temat nie jest ważny, większość widzów może się nim w ogóle nie zajmować. Ale w telewizorze i tak im wmówią, że problem X „nie przestaje bulwersować opinii społecznej” i „wciąż wzbudza gorące dyskusje”.
*
A propos wzbudzania. Z dużą częstotliwością pojawia się w telewizji reklama środka na potencję, anonsowana hasłem „staje na wysokości zadania”. Może na wysokości stanął ten, który skasował honorarium za ów slogan, ale jeśli sama reklama coś wzbudza, to jedynie uśmiech litości.
Oto jej bohaterem jest krzepki młodzian, który a) na jachcie, b) nocą przy ognisku przed namiotem nie jest w stanie wykrzesać w sobie zapału do ponętnej i chętnej dziewczyny. Biedaczek! Niech sprzeda jacht i odda namiot harcerzom. Może jego problem w tym właśnie, że zainwestował zbyt wielkie środki w niezbyt skomplikowane przedsięwzięcie?

ADL

Komentarze

wredny_gnom
Moje odczucia są identyczne. Może dlatego, że łączy mnie z felietonistą pani od geografii? Pozdrawiam.
2015-08-04 22:29:18

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu