poniedziałek, 17 grudnia 2018.
Strona główna > Blogi > Artur D. Liskowacki > Miś w niebieskich rajstopach

Miś w niebieskich rajstopach

Wywietleń: 360

Jutro zapadnie wyrok w sprawie Jarosław Kaczyński kontra Lech Wałęsa.

Pod koniec listopada obaj panowie spotkali się w sądzie, by na korytarzu, przed rozprawą, w świetle kamer, wymienić na swój temat grube uprzejmości.

Jak to pisał proroczo Norwid w wierszu „Fortepian Chopina”? „Ideał sięgnął bruku”.

Pozostaje kwestią interpretacji i raczej nie sędziowskiej, kto jest w tym przypadku fortepianem, a kto brukiem. Że już o klawiszach nie wspomnę.

* * *

Czy "szumidło” wygra konkurs na Słowo Roku 2018?

Na razie mój komputerowy program korektorski najwyraźniej go nie zna, bo podkreśla czerwono. Ciekawe, że w języku polskim rzeczowniki o podobnym brzmieniu – kropidło, bielidło, bydło, poidło, szydło, monidło, liczydło, pachnidło, żenidło – że wymienię tylko te, które przychodzą mi teraz do głowy – mają jakiś dziwny charakter. Pospolity, trochę lekceważący, ale i praktyczny.

Za to rodzaj nijaki. Dla niepoznaki?

* * *

Wiele już powiedziano na temat afery w Komisji Nadzoru Finansowego, a przy okazji na temat zmian w ustawie o bankach „za złotówkę”. W gorących sporach i płomiennych oskarżeniach podnoszono wątki finansowe, gospodarcze i polityczne, a zwykle – co skądinąd zrozumiałe – wszystkie równocześnie.

Przypominano i napominano tu wicemarszałka Ryszarda Terleckiego, który głosowanie nad ustawą przeprowadzał ze słuchawką komórkowego telefonu przy uchu, i dowodzono nie bez racji, że takie zachowanie wskazuje dobitnie, iż ktoś wicemarszałkowi przez ów telefon podpowiadał albo dyktował, co ma robić.

Skandal! Polityczny! Owszem.

Ale jakoś nie usłyszałem, być może za cicho mówiono i uznano za błahostkę wobec skali problemu, by ktoś zgorszył się po prostu samym faktem, że prowadzący obrady sejmu robił to z telefonem przy uchu, jak niewychowany gówniarz rozmawiający z babcią przy obiedzie.

W czasach, gdy wicemarszałek był hippisem, nie było jeszcze telefonów komórkowych, więc nie mógł tego przetestować przy rodzinnym stole. Teraz ma większe audytorium, to i przyjemność pewnie większa.

* * *

Kiedy jadąc przez Szczecin, mijałem przedwyborcze billboardy z Aleksandrem Dobą, myślałem sobie, eh, człowieku, tak pięknie ci się życie spełnia, po co ci jeszcze zabawa w politykę? Czy nie żal ci będzie szerokich akwenów, gdy codziennością stanie się sejmik województwa? Z drugiej strony myślałem, że widać przyszedł w życiu podróżnika i żeglarza z białą brodą taki czas, który on sam uznał za najwyższą porę, aby pasje osobiste poświęcić dla społecznych.

Jego wybór, myślałem, ale i nasz, mieszkańców, czy zechcemy go na radnego. Byłem zresztą pewien, że popularność i osobowość Aleksandra Doby zapewnią mu zwycięstwo. Ale coś mi złośliwie szeptało w ucho, że Zachodniopomorskie skorzysta na tym umiarkowanie.

Miałem rację. Niestety w obu przypadkach.

Nie będzie w sejmiku Doby ani doby.

* * *

To że Aleksander Doba, jeszcze przed zaprzysiężeniem, zrzekł się mandatu, pisząc do wyborców, że jednak nie sala posiedzeń sejmiku, a co innego jest jego żywiołem, stało się szybko przedmiotem spekulacji na temat powodów tej decyzji.

Bez satysfakcji przyjąłem do wiadomości jego podziękowania dla wyborców, których rekordowa liczba (spośród głosujących na Bezpartyjnych) zaufała mu przy urnie. Czy naprawdę mam uwierzyć, że dopiero po wyborach zrozumiał, że „lepiej się przysłuży” regionowi jako podróżnik?

Ale mało mnie obchodzą polityczne domniemania w tej kwestii. Tak jak i domysły, że wybrał Kajmany. A dokładniej reality-show dla celebrytów, w którym przystąpi wkrótce do zdjęć, realizowane na tym archipelagu o krokodylej nazwie.

Zrobiło mi się natomiast głupio, że koś tak głupio właśnie nadużył szacunku i sympatii, jakim darzą go inni. Czy sejmik, którego się Doba zrzekł, da sobie bez Doby radę? Oczywiście, da. Oczywiście też lepsze dla Doby dorady (z oceanu) niż obrady (z musu).

Ale czy naprawdę było warto, panie Aleksandrze?

* * *

Życie, powiedzmy, że polityczne, raz po raz zaskakuje dowcipem. Czy można mieć do życia pretensje, że jest on niezbyt wyszukany?

Radny sejmiku dolnośląskiego Wojciech Kałuża, wybrany z listy Komitetu Obywatelskiego, przeszedł do przeciwnika i został wicemarszałkiem obozu PiS.

W sejmiku i w mediach krzyczano „hańba!”, „zdrada!”, robiono sobie grube żarty z nazwiska wicemarszałka, sugerując, że wyborcy w coś wdepnęli i że to coś znacznie głębszego i grząskiego… A przecież wystarczyłoby sprawdzić wcześniej, jaki biznes reprezentował Kałuża Wojciech. Otóż produkował on maszyny do kręcenia lodów.

Oj, życie, ty figlarzu!

* * *

Onet.pl, anonsując swój tekst o Wojciechu Kałuży, grzmi: „Wywołał burzę na Śląsku”. Burza Kałuży? Niech to piorun strzeli! Już widzę te bałwany.

* * *

Równie wesołe pułapki w życiorysach osób z wyżyn państwowego sektora bankowego. Pomijam tzw. powiązania, modne ostatnio w medialnym przekazie. Niech się nimi zajmą snopowiązałki. Mnie zajmują dowcipy ukryte w CV.

Pan Grzegorz Kowalczyk (mecenas, który miał wesprzeć banki Czarneckiego) sporo życia poświęcił na pracę w Radzie Nadzorczej Zakładów Cukierniczych „Miś”. Pani Daria Wojciechowska-Bujno (KNF) pracowała jako przedszkolanka w przedszkolu „Niebieskie Migdały”. Natomiast pani Kamila Sukiennik (NBP) przed zatrudnieniem w banku – że zacytuję sławnego ostatnio Marka Ch. – „reklamowała rajstopy”.

Cóż, są stopy, co drepczą do raju, i migdały, które też chcą być niebieskie.

A Miś? Hmm, skądś to znamy. „To jest miś na skalę naszych możliwości. My tym misiem otwieramy oczy niedowiarkom!”.

ADL

Komentarze

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu