wtorek, 12 listopada 2019.
Strona główna > Sport > Piłka nożna. Łącznik Jezierski

Piłka nożna. Łącznik Jezierski

Piłka nożna. Łącznik Jezierski
Data publikacji: 2019-09-13 15:05
Wywietleń: 534 414668

Pogoń w niedzielę podejmuje beniaminka z Łodzi, miejscowy ŁKS. To jeden z najczęstszych przeciwników Pogoni Szczecin w meczach na szczeblu ekstraklasy. Częściej Pogoń mierzyła się tylko z Legią Warszawa, Górnikiem Zabrze i Ruchem Chorzów. Po raz ostatni szczeciński i łódzki zespół rywalizował 13 lat temu. Wcześniej było wiele spotkań, wydarzeń, które na trwałe zapadły w pamięć.

W roku 1958, kiedy Pogoń po raz pierwszy awansowała do ekstraklasy, ŁKS Łódź akurat świętował mistrzostwo Polski w składzie między innymi z Leszkiem Jezierskim, późniejszym trenerem obu klubów, twórcą największych sukcesów w dziejach Pogoni.

Szczecinianie w pierwszej konfrontacji z łodzianami nie byli faworytami, ale dwa razy nawiązali z rywalami wyrównaną walkę. Po raz pierwszy spotkali się w szóstej kolejce spotkań roku 1959, remisując na własnym boisku 1:1. Mecz rozgrywano w 14. rocznicę wyzwolenia Szczecina, przebiegał zatem w doniosłej atmosferze, po wielu państwowych uroczystościach w mieście.

Portowcy najbardziej obawiali się dwóch piłkarzy: króla strzelców wcześniejszego sezonu Władysława Soporka i błyskotliwego skrzydłowego Leszka Jezierskiego, który ponad ćwierć wieku później święcił triumfy w Pogoni już jako trener. Na 7 minut przed końcem prowadzenie dla naszej drużyny uzyskał Henryk Kalinowski, ale w ostatniej akcji meczu ŁKS wyrównał po strzale Sarny.

Zmierzch kariery Jezierskiego

W roku 1960 Pogoń spadła do drugiej ligi, ale obydwa mecze z ŁKS wygrała – u siebie 2:0, a na wyjeździe 3:0. To był zmierzch kariery Jezierskiego. Na prawe skrzydło szukano następcy i znaleziono go w Poznaniu. W broniącej się przed spadkiem do trzeciej ligi Olimpii występował niespełna 21-letni Bogdan Maślanka, który strzelał mnóstwo goli. Zainteresował się nim ŁKS, który sprowadził go w roku 1961.

– W ŁKS wytrzymałem tylko rok – wspomina B. Maślanka. – Nie czułem się tam dobrze, nie było atmosfery ani wyników. Stara gwardia wykruszała się, a ja marzyłem tylko o tym, by stamtąd uciec.

W roku 1962 ściągnęła go Pogoń. Transfery w tamtych czasach przebiegały nieco inaczej niż dziś. Często dochodziło do dyskwalifikacji piłkarzy, gdy ich klub nie godził się na transfer.

– Wolałem kilka miesięcy nie grać, niż spędzić resztę kariery w Łodzi. To nie było dobre miejsce dla piłkarzy, o czym przekonały następne lata.

Maślanka szczególnie zapamiętał sezon 1967/68. Pogoń grała wtedy fenomenalnie. Zajęła szóste miejsce, przegrywając rywalizację tylko z klubami śląskimi i Legią Warszawa. W ostatnim meczu grała w Łodzi z ŁKS, który bronił się przed spadkiem, a do pełni szczęścia wystarczył mu remis.

– Cztery razy grałem z Pogonią w Łodzi i za każdym razem przegrywaliśmy – mówi B. Maślanka. – Ale tamten mecz był szczególny.

Wygrana po 8 przegranych z rzędu

Pogoń przegrywała z ŁKS regularnie nie tylko w Łodzi. Również u siebie. Do spotkania kończącego sezon 1967/68 przystępowała po ośmiu z rzędu przegranych z tą drużyną.

– Niespodziewanie na mecz wybrał się z nami Lucjan Kosobucki – mówi B. Maślanka. – Wygraliśmy 1:0 po golu Waldemara Ptaszyńskiego. ŁKS spadł do drugiej ligi po raz drugi w historii równo w dziesiątą rocznicę zdobycia mistrzowskiego tytułu, a my się do tego przyczyniliśmy. Omal z mojej winy gospodarze nie wyrównali. Przed naszą bramką minąłem się z piłką, ale sam w porę zdołałem zażegnać niebezpieczeństwo. Kątem oka zauważyłem wstającego z ławki rezerwowych Kosobuckiego i to jeszcze bardziej zmobilizowało mnie do interwencji.

ŁKS grał w drugiej lidze przez trzy sezony. Gdy powrócił do ekstraklasy, znów stał się dla Pogoni rywalem bardzo niewygodnym. W latach 1971-75 ŁKS dwa razy z Pogonią wygrał i pięć razy zremisował. Ani razu nie przegrał – aż do jesiennej konfrontacji obu drużyn w roku 1975.

27 września faworytem była Pogoń, która grała bardzo ofensywnie, strzeliła w całym sezonie najwięcej bramek, a na swoim boisku była szczególnie skuteczna – zdobyła w 15 spotkaniach aż 35 goli. To był kapitalny okres dla reprezentacji Polski, w której najważniejsze role odgrywali dwaj piłkarze ŁKS – Jan Tomaszewski i Mirosław Bulzacki. Trybuny stadionu w Szczecinie pękały w szwach.

Pogoń wygrała 1:0 po golu Leszka Wolskiego, który padł w dziwacznych okolicznościach. Jan Tomaszewski pewnie wyłapał dośrodkowanie, ale został uderzony w brzuch. Zwijając się z bólu z piłką w rękach wyrzucił ją celowo poza boisko. Pogoń wykonywała zatem rzut rożny, po którym Wolski strzałem głową zaskoczył wciąż niedysponowanego Tomaszewskiego, który po tej akcji zszedł z boiska.

Cztery mecze awansem

Dwa lata później piłkarze ekstraklasy rozgrywali cztery mecze z rundy wiosennej awansem. Wszystko z uwagi na finały mistrzostw świata, które w roku 1978 miały odbyć się w Argentynie.

Po cichu na wyjazd do Argentyny liczył 23-letni wtedy defensor Pogoni Zbigniew Kozłowski, który już rok wcześniej otrzymywał od trenera Jacka Gmocha powołania. Kozłowski był rówieśnikiem Władysława Żmudy, a krajowi fachowcy coraz częściej widzieli w nim następcę Jerzego Gorgonia, do którego Gmoch nie miał zaufania.

– Jesienią 1977 roku rozgrywaliśmy mecz z ŁKS Łódź. Ostatni w roku – wspomina Z. Kozłowski. – To był trzeci dzień grudnia, pogoda typowo zimowa, kibiców na stadionie niezbyt wielu. Boiska wtedy nie wyglądały o zimowej porze tak jak obecnie. Było twarde, nierówne, dla piłkarzy bardzo niebezpieczne. Mecz był nieciekawy, typowy na wynik 0:0. Takim rezultatem też się zakończył. Do bezpańskiej piłki wystartowałem równocześnie z zawodnikiem ŁKS, ja go wyprzedziłem, wykonałem wślizg, a on omal nie urwał mi nogi. Złamał mi kość piszczelową strzałkową. Pauzowałem 18 miesięcy.

Gdy Kozłowski powrócił na boisko, Pogoń była już w drugiej lidze. Awansowała do pierwszej w roku 1981 i już w trzecim meczu sezonu podejmowała ŁKS.

– Starałem się nie pamiętać o wydarzeniu prawie sprzed czterech lat, ale trudno było o tym zapomnieć – wspomina Kozłowski.

Rewanż po czterech latach

Drużyna sprawiła wtedy ogromną niespodziankę. Odniosła swoje premierowe zwycięstwo w sezonie gromiąc łodzian aż 4:1. To była najwyższa wygrana portowców z ŁKS w historii wzajemnych kontaktów. Nigdy wcześniej ani później szczecinianie nie wbili łodzianom aż tylu bramek.

Dwa lata później portowcy zaliczali się już do faworytów rozgrywek, a ŁKS imponował wspaniałą pracą z młodzieżą. Rok wcześniej wywalczył tytuł mistrzów Polski juniorów, a w drużynie seniorów występowali już wówczas najzdolniejsi wychowankowie: Jacek Ziober, Juliusz Kruszankin i Witold Wenclewski.

Przeciwko temu pierwszemu wiele pojedynków toczył Mariusz Kuras, który w sierpniowym meczu z roku 1983 zakończonym wygraną portowców 2:0 właśnie debiutował.

– Z Jackiem znaliśmy się doskonale z reprezentacji Polski juniorów – wspomina Kuras. – Razem zdobywaliśmy brązowy medal mistrzostw Europy do lat 19. Od zawsze imponował wyszkoleniem technicznym. Miałem z nim mnóstwo problemów.

Kłopoty Kurasa z Zioberem

W roku 1986 Pogoń wygrała u siebie z ŁKS 3:2, ale kibice zapamiętali, z jakimi kłopotami spotkał się Kuras podczas kolejnych pojedynków z Zioberem. Wtedy w obronie swojego piłkarza wystąpił trener portowców Leszek Jezierski, który wcześniej wypromował Ziobera w ŁKS.

– Musimy wszyscy pamiętać, że z Zioberem miał też kłopoty reprezentacyjny obrońca Legii Warszawa, Dariusz Kubicki – mówił Jezierski.

Pogoń radziła sobie z ŁKS tylko wtedy, gdy jej trenerem był Jezierski. Gdy powrócił do Łodzi – do swojego ŁKS, portowcy znów mieli z łodzianami olbrzymie problemy. W sezonie 1986/87 szczecinianie pod wodzą Jezierskiego wywalczyli tytuł wicemistrzów Polski, a już w inauguracyjnej kolejce następnego sezonu doznali w Łodzi klęski, przegrywając aż 1:4.

Rok później ŁKS znów podejmował Pogoń w pierwszym meczu sezonu przed własną publicznością. Wygrał 2:1, a zwycięską bramkę zdobył 16-letni Tomasz Wieszczycki. To był pierwszy z 99 goli, jakie Wieszczycki zdobył w polskiej ekstraklasie, w swoim inauguracyjnym występie przed łódzką widownią, która w liczbie 10 tysięcy oklaskiwała juniora z łódzkich Bałut.

Wieszczycki w latach późniejszych był zmorą Radosława Majdana, którego pokonywał kilka razy. W sezonie 1992/93 ŁKS walczył z Legią Warszawa o mistrzostwo Polski. Pogoń z łodzianami przegrała dwa razy – w Łodzi 0:2, a w Szczecinie 0:1. Wszystkie trzy bramki zdobył dla rywali właśnie Wieszczycki.

Wiosną 1993 roku Pogoń grała znakomicie szczególnie u siebie. Z ośmiu spotkań aż siedem wygrała, a przegrała tylko raz – właśnie z ŁKS.

– To był bardzo niewygodny napastnik do krycia – mówi Andrzej Miązek, który w latach 90. wiele razy mierzył się z łódzkim bombardierem. – Wieszczycki grał bardzo nietypowo, nie był klasycznym napastnikiem, trudno było przewidzieć, co zrobi. ©℗ 

Wojciech PARADA

Komentarze

Dodaj komentarz

Akceptuję regulamin. Link do regulaminu
Pogoda
4
na godz. 21:00
Zobacz prognozę na trzy dni

Przez granice

Dodatek specjalny do „Kuriera Szczecińskiego”
wienbe logo Oderpartnerschaft logo
CZYTAJ WIĘCEJ

Über die Grenzen

Sonderbeilage der Zeitung „Kurier Szczeciński”
wienbe logo Oderpartnerschaft logo
LESEN SIE MEHR

Filmy

Z wielką flagą przez Szczecin

Nekrologi

Sonda

Czy ścieżki wydeptane przez pieszych na trawnikach, poboczach i skwerach powinny być uwzględniane przez projektantów miejskich przestrzeni?

 

W Kurierze Szczecińskim
Pierwsza strona
Kup najnowsze lub archiwalne wydanie Kuriera Szczecińskiego w wersji elektronicznej.
Przejdź do eKuriera
Zamieść ogłoszenie w Kurierze Szczecińskim oraz w wersji elektronicznej.
Daj Ogłoszenie