Piątek, 22 maja 2026 r. 
REKLAMA

Monika Kołacz zwyciężczynią Dyktanda Uniwersyteckiego

Data publikacji: 22 maja 2026 r. 15:45
Ostatnia aktualizacja: 22 maja 2026 r. 15:51
Monika Kołacz zwyciężczynią Dyktanda Uniwersyteckiego
Laureaci Dyktanda Uniwersyteckiego wraz z komisją konkursową. Fot. Agata JANKOWSKA  

Za nami kolejna edycja Dyktanda Uniwersyteckiego organizowanego przez Uniwersytet Szczeciński. Poziom tegorocznego dyktanda był porównywalny do tych z poprzednich lat, ale – jak przyznają uczestnicy – łatwo nie było. Tym bardziej że trzeba było sprawdzić swoją wiedzę w starciu z nowymi zasadami pisowni. A z tym, jak oceniła autorka dyktanda prof. Ewa Kołodziejek, uczestnicy poradzili sobie średnio.

REKLAMA

W tym roku do dyktanda przystąpiło ponad 120 osób. Pierwsze miejsce zajęła weteranka dyktanda Monika Kołacz. Na podium stawała sześć razy, zawsze na drugim lub trzecim miejscu. W tym roku zwyciężyła. To także jej ostatni udział w dyktandzie, zgodnie z regulaminem.

– Ta przygoda z Dyktandem Uniwersyteckim dla mnie rozpoczęła się w roku 2017 i dzisiaj startowałam po raz siódmy, z czego na podium – w tym takim symbolicznym podium – stanęłam po raz szósty. Pierwszy raz byłam tak bardzo dzisiaj niezadowolona, bo słowo „pradolina” napisałam najpierw wielką literą, a potem zmieniłam – mówiła zwyciężczyni, odbierając nagrodę. – To jest ogromna przygoda. Zachęcam wszystkich, bo uważam, że dla każdego ortografia jest ważna.

Drugie miejsce zajęła Daria Zarzeczna, trzecie – Robert Raźniewski.

Zwycięzca (Uniwersytecki Mistrz Ortografii) otrzymuje nie tylko tytuł, ale i nagrodę w wysokości 3 tys. zł, Uniwersytecki Wicemistrz Ortografii – 2 tys. zł, a Uniwersytecki II Wicemistrz Ortografii – 1 tys. zł.

– Wszyscy państwo są wygrani w tym sensie, że chcieliście zmierzyć się nie tylko z trudną materią języka polskiego, ale także z nowymi zmianami w ortografii, które przyswoiliście… w sposób umiarkowany. Więcej trzeba czytać i przeglądać słowniki – powiedziała prof. dr hab. Ewa Kołodziejek.

Zdania na temat poziomu dyktanda były podzielone.

– Nie brałam udziału w poprzednich latach, ale przejrzałam te teksty, żeby się przygotować. Uważam, że poziom jest dość porównywalny, bo było dużo takich wtrąceń, powiedzmy, z obcych języków, na przykład z włoskiego czy francuskiego, i to też powtarzało się w ubiegłych latach. Wydaje mi się, że dyktando było trudne, ale czy trudniejsze – trudno mi powiedzieć – mówi Hania, uczestniczka Dyktanda Uniwersyteckiego.

– Uważam, że nie było tutaj wielu trudnych wyrażeń, słów czy zwrotów – opowiada Dominika. – Ostatni raz z ortografią miałam styczność w szkole. Brałam też udział w konkursach fotograficznych i postanowiłam teraz spróbować zmierzyć się z ortografią.

Ponadto w trakcie oczekiwania na wyniki prof. dr hab. Barbara Kromolicka wygłosiła wykład pt. „Aktywność, która ma znaczenie”, dotyczący idei i znaczenia wolontariatu. ©℗

Agata Jankowska

Poniżej treść tegorocznego dyktanda:

Familijna quasiwycieczka

To miał być atrakcyjny weekendowy wypad. Nie nazbyt daleko, żeby dojechać czternastoipółletnim Fordem, który wuj Staszek kupił nibyokazyjnie. Wcześniej miał Beemkę, starą, ale dawała radę Skodom, a nawet Porszakom, nienowszym wszakże niż dziesięcioletnie. Wuj, niczym kozacki watażka, łyknąwszy wprzódy Paracetamol na bolące haluksy, popiwszy wysokozmineralizowaną Muszynianką, chwacko siadał za kierownicę, i hajda! Żadna błahostka nie mogła zohydzić mu wojaży po Pojezierzu Południowopomorskim czy Pradolinie Toruńsko-Eberswaldzkiej.

A teraz nie ma rękojmi, bo samochód nienajlepszy, z niedziałającą klimatyzacją. Pakujemy jednak wałówkę i w drogę! Tuż za Rondem de Gaulle’a, jeszcze przed Mostem Przyjaźni zaczyna się szperanie w wiktuałach: temu Snickersa, temu Tic Taki, temu Pepsi-Colę. Dobrze, że jajek nie chcą, takich na półtwardo, półmiękko, bo by się wuj rozsrożył. Sam też by wtranżolił co nieco, najlepiej de volaille’a albo chociaż bruschettę z mozzarellą, i popił espresso macchiato.

Jedziemy dalej przez Plac na Rozdrożu i przez Osiedle pod Orłami. Przy Kościele Świętej Kingi wuj znienacka skręca i staje na leśnej dróżce. Na pewno nie wziął swojego Samsunga, jednak prędzej zjadłby szczeżuję, niżby się do tego przyznał! Ale wuj jest wniebowzięty, bo za cicho szemrzącą strużką rozpościera się jego odkrycie: srebrzystozielone bażynowe pole.

To tyle?! Ciocia Zosia aż zszarzała ze złości. Mogłaby wybrać trekking przez wyżynę Dekan albo nurzać się w ciepłym morzu na wyspie Jawie. Jakżeby chciała chociaż halsować po Jeziorze Nidzkim pełnym krąpi i siei, a nie siedzieć w jeżynach, bażynach czy burzanach, jeden czort! Znużona babcia Jadzia drzemie, bo czuje zarzewie awantury, a nie chce ugrząźć w jałowej dyskusji. Dzieciaki zaś dla fabuły wstawiają wszystko na TikToka, bo a nuż widelec zabraknie internetu.

A wuj, nasz arcychimeryczny ultrabohater, z rozrzewnieniem spoziera za horyzont.

REKLAMA
Tylko zalogowani użytkownicy mają możliwość komentowania
Zaloguj się Zarejestruj
REKLAMA
REKLAMA