Z Arturem LISKOWACKIM – pisarzem, autorem sztuk teatralnych, dziennikarzem i byłym prezesem „Kuriera Szczecińskiego”, rozmawia Alan SASINOWSKI
– Tytuł pana nowej sztuki, która w ten weekend jest wystawiana w Teatrze Polskim w Szczecinie, to „Za nami, w nas. Opowieść domowa”. Jakich „nas” ma pan na myśli?
– Nas, którzy tu jesteśmy, w tym miejscu, ale przede wszystkim w tym czasie. Bo to rzecz nie tylko o Szczecinie, ale także o tym, że powinniśmy być razem, powinniśmy zmierzyć się z naszą wspólnotą, która to wszystko, co „za nami”, ma wciąż w sobie.
– Co jest takiego wyjątkowego w naszych czasach?
– W spokojnych, a przynajmniej w miarę spokojnych czasach powojennych historia była traktowana jako rzecz odległa. A teraz historia dzieje się na naszych oczach. Droga, którą idziemy, nagle zaczęła być bardzo gorąca. Ślady przeszłości stają się na niej wyraźne i bardzo aktualne. Perspektywa w mojej sztuce jest szeroka – sięga kilkuset lat wstecz, ale opowiada też o PRL-u. To wszystko zbija się w jedną kulę, która toczy się razem z nami.
– Jedna z pana bohaterek to Katarzyna Wielka. Oceniana przez Polaków jednoznacznie negatywnie…
– Za to w świecie ma dobrą markę. Dziś taką ekstra nawet, bo popkulturową. Przyznam, że mnie to drażni.
– Ale zakładam, że nie sięga pan po nią tylko po to, by powiedzieć: „Bo to zła kobieta była”?
– Nie jest przeze mnie lubiana. Ale bywa w historii, że postacie nielubiane odgrywają rolę dużą i niejednoznaczną. Nie mówię o tym w tekście scenicznym, ale pamiętajmy: dzięki Stalinowi jesteśmy w mieście, w którym – i o którym – teraz rozmawiamy, a Stalina trudno nazwać dobrym człowiekiem.
– Zatem jaką rolę u pana odgrywa rosyjska caryca?
– Gra z innymi postaci. Gra o coś z Sydonią von Brock, z Leonardem Borkowiczem. Wszyscy grają o to, żeby ich rola okazała się istotna dla historii miasta. Każdy tę rolę widzi inaczej i ją ocenia inaczej. Każdy ciągnie to sukno w swoją stroną. Tak to już jest, że my, Polacy, lubimy się spierać o historię, a już w Szczecinie, który ma też niepolską historię, są to spory szczególnie pikantne.
– Wracają w pana twórczości wątki niemieckie. Tymczasem klimat w stosunku do Niemiec w Polsce jest zupełnie odmienny niż w czasach, gdy wydawał pan powieść „Eine kleine”. Kiedyś może mieliśmy zbyt nabożny stosunek do Niemiec, ale teraz wahadło poszło w drugą stronę, nastał czas antyniemieckiej szajby…
– Ćwierć wieku temu, gdy wychodziła „Eine kleine”, mogło się wydawać, że za 25 lat, gdy pojawi się jakoś temat Niemiec, nie będzie już w ogóle o czym mówić, bo pewne sprawy staną się oczywiste i bezkonfliktowe, będą zakurzoną przeszłością. Tymczasem gdyby powieść ukazała się dzisiaj, może byłaby tekstem wyklętym czy też przeklętym – jako gest germanofilski i niemądry, bo Niemcy chcą nas podbić. Niektóre rany wydawały się zaleczone. Sami je rozgrzebujemy, sądząc, że od tego wyzdrowiejemy. A jest odwrotnie. W rozgrzebane rany lubi wejść gangrena…
– W pana sztuce obok carycy i pierwszego wojewody szczecińskiego pojawiają się m.in. niemiecki aktor Heinrich George czy francuski szpieg w Szczecinie André Robineau. Jaki efekt artystyczny ma dać zderzenie taki różnych postaci?
– Zobaczymy, czy da jakikolwiek. Mam nadzieję, że tak różne doświadczenia, jeśli się nałożą na siebie, mogą się stać dowodem, że jednak istnieją punkty styczne, a wtedy się okaże, że z naszej liczącej setki lat historii może coś wynika. Hasło, że historia jest nauczycielką życia, jest naiwne. Ale uświadomienie sobie, że nie bardzo różnimy się od swoich przodków, którzy mieli podobne dylematy, może się nam przydać. Nie sprawi pewnie, że zaczniemy jakoś szczególnie mądrze myśleć o naszym tu i teraz, ale może pozwoli nam zrozumieć, że jesteśmy w domu. Dom bywa różny. Często się w nim kłócimy.
– „Dom zły” jak u Smarzowskiego?
– Ani dom dobry, ani dom zły. Po prostu dom. Wspólnota. Tworzona razem z tymi, którzy mieszkali w naszym mieszkaniu, zanim my w nim zamieszkaliśmy. Podkreślam to podtytułem tego przedstawienia. Bo to jest właśnie „Opowieść domowa”.
– Jedną z inspiracji dla pana był Stanisław Wyspiański.
– Mam hopla na punkcie Wyspiańskiego, to prawda.
– Wpiszemy to do protokołu rozbieżności, bo mi wydaje się autorem martwym. Dlaczego sądzi pan inaczej?
– „Myśmy wszystko zapomnieli, mego ojca piłą rżnęli”, jak mówił Pan Młody w „Weselu”. Wiele zapominamy, a to, czego nie zapomnieliśmy, choć tak nam się wydawało, pozostaje nam pod skórą, w podświadomości. I to jest bardziej chore, niż gdybyśmy mówili o tym otwarcie na co dzień, bez patosu i narodowych klisz. Postacie Wyspiańskiego żyją przeszłością w wiecznym niespełnieniu. Nam się z kolei wydaje, że możemy wszystko. A powtarzamy ich gesty. Często jesteśmy równie bezradni.
– „Opowieść domowa” ma być spektakularna. To długi spektakl, gra w nim wielu aktorów…
– Jak kiedyś śpiewały Wały Jagiellońskie, to jest taki „Kombajn Bizon”. Mówiąc żartem oczywiście… Ale mówiąc już serio: sztuka nie była pisana jako klasyczny dramat, a jako scenariusz widowiska teatralnego, w związku z czym można robić z nią różne hopsztosy. Inspirujące dla mnie było to, że Teatr Polski ma teraz nowoczesne możliwości, wszystko jest najlepszej jakości technicznej, są ekrany, są możliwości akustyczne. Chciałbym sprawdzić, jak to wszystko zadziała na scenie. Pisałem zresztą ten scenariusz jako dwie osobne rzeczy, z myślą, że będą pokazywane dzień po dniu. Teraz będą pokazywane razem. Z przerwą to będzie około pięciu godzin. Zaproponowałem dyrektorowi Adamowi Opatowiczowi, że jeśli się to nie sprawdzi, będzie mógł wystawiać samą przerwę. Bo zapowiada się ona – naprawdę – bardzo atrakcyjnie! (śmiech).
– Dziękuję za rozmowę. ©℗