czwartek, 03 grudnia 2020r.

Symboliczny pogrzeb jachtu

Data publikacji: 2016-03-23 12:14
Ostatnia aktualizacja: 2020-10-19 13:02

Otrzymaliśmy w redakcji ciekawą korespondencję córki Henryka Jaskuły, która była w styczniu br na Kubie, w miejscu, gdzie lubelski jacht „Dar Przemyśla” na skutek błędu nawigacyjnego załogi znalazł się na rafie i pozostał tam na zawsze. Jego szczątków wg. relacji pani Aleksandry Jaskóły, nigdzie nie było widać.

Poszłam na plażę - relacjonują pni Ola - Miejsce wyglądało tak, jak je sobie wyobrażałam. Piaszczysta plaża, otaczający teren płaski, bez żadnych górek, czy skał. W morzu, w odległości około 200 metrów od brzegu, równa linia przyboju. Weszłam do morza. Można było iść dziesiątki metrów, woda cały czas trochę powyżej połowy łydki; na dnie piasek i ostre muszle. Nie doszłam do rafy koralowej, która ciągnęła się równą linią wzdłuż brzegu, dokąd tylko było widać. Rower ze wszystkim (paszport, karta kredytowa, pieniądze) zostawiłam bez opieki na plaży, a zaczęli się tam kręcić ludzie. Napisałam list, włożyłam go do butelki od wina i wypełniłam piaskiem. Butelkę zakręciłam. Byłam bardzo mocno rozemocjonowana, tak jakby to był pogrzeb. Tak też to przeżywałam: pogrzeb zaoczny, bez zwłok. Butelkę rzuciłam do morza. W moim poczuciu jacht został pogrzebany. Przez osobę bliską, rodzinę, córkę sławnego kpt. Jaskuły. Więc się liczy.

Dotarliśmy również do dużo wcześniejszej relacji Antka Pasicha, gdy szczątki jachtu były jeszcze widoczne. A ota ta relacja, Na zdjęciach Antka Pasicha wrak leżał jeszcze na plaży, bez masztów, rozbebeszony, poobcinane wszystko co metalowe, sam okaleczony kadłub z pokładem, niczym skóra – może szkielet – żyjącej kiedyś szczęśliwej istoty. Jacht, który w swym krótkim dziewięcioletnim życiu zdołał się wpisać do Historii.

 A oto krótkie naszych bohaterów. Aleksandra Jaskuła Joustra mieszka w Holandii. Ma stopień sternika jachtowego. Razem z ojcem i starszą siostrą Lidią pływała w rejsach bałtyckich. Płynęła, razem z matką – Zofią, w załodze Daru Przemyśla z Gdyni do Buenos Aires (1980/1981) w rejsie, który kpt. Henryk Jaskuła zorganizował, by odwiedzić mieszkającą w Argentynie matkę i rodzeństwo.

Henryk Jaskuła – pierwszy polski żeglarz, który samotnie opłynął świat wokół trzech przylądków (Agulhas, Leeuwin, Horn) bez zatrzymania, na trasie Gdynia-Gdynia (s/y Dar Przemyśla, 1979-06-12 – 1980-05-20; 344 dni). Jest trzecim samotnym żeglarzem na świecie, który opłynął glob non stop i jedynym (na razie) Polakiem, któremu to się udało na tak długiej trasie.

S/y „Dar Przemyśla” – jacht zbudowany w 1978 z przeznaczeniem do samotnego wokółziemskiego rejsu (budowę sfinansował Urząd Wojewódzki w Przemyślu).
W 1986 Dar Przemyśla stał na cumach w Gdyni, gdyż armator (Przemyski Okręgowy Związek Żeglarski) nie mógł podjąć decyzji o dalszej eksploatacji jachtu. Ostatecznie, wbrew opinii Henryka Jaskuły (który wskutek tego wycofał się z przemyskich władz żeglarskich), POZŻ podjął decyzję, by Dar Przemyśla zmienił akwen z Bałtyku na Morze Śródziemne i port stacjonowania z Gdyni na Niceę. Nowy etap w dziejach jachtu miał zapoczątkować rejs do Hawany.
„Dar Przemyśla”, dowodzony przez kpt. Andrzeja Remiszewskiego, płynąc wzdłuż północno-wchodniego wybrzeża Kuby uderzył w próg skalny w odległości 100 m od linii brzegowej i rozbity osiadł na płyciźnie obok przylądka Punta Brava.
Jacht był keczem drewnianym typu Opal IV (Conrad 45J), konstrukcja (znacznie zmodernizowana): Edmund Rejewski, Wacław Liskiewicz; budowa: Stocznia Jachtowa im. Josepha Conrada, Gdańsk; rok budowy: 1978.
Materiał konstr.: drewno; maszty: aluminium (Proctor); dł. całk.: 14,2 m (46.6 ft), dł. wzdłuż linii wodnej: 13,26 m (43.5 ft); szer.: 3,72 m (12.2 ft); zanurzenie: 2,14 m (7.0 ft); wyporność: 14 t (30865 lbs); pow. ożaglowanie: 80 m kw. (861 sq. ft); silnik: 3-cylindrowy Volvo Penta diesel; moc silnika: 35 KM; agregat prądotwórczy: jednocylindrowy Petter diesel, 1,5 KM i prądnica 12 V; akumulatory: ołowiane, 4 x 160 Ah.
Oprac. AG

Komentarze

Tak się bawią komuszki
2020-10-19 12:08:09
Wspaniały żeglarz zniszczony przez aparatczyków, którzy chcieli się pobawić w ciepłych krajach. Najpierw lansik w Nicei, a potem Kuba pod palmami. Dam sobie rękę uciąć, że Panowie i Panie mieli nieźle w czubie gdy rozwalili jacht - przecież jednego z nich nawet aresztowała Kubańska policja (jest to opisane we wspomnieniach kapitana H.Jaskuły). Potem honorowo wskoczyli w samolocik do kraju, a jacht z całym wyposażeniem porzucili jak huligani skradziony samochód. Bo w końcu to było dokładnie to samo: kradzież mienia kupionego za pot i trud wyzyskiwanych socjalistycznych robotników.

Dodaj komentarz

HEJT STOP


Tylko teraz -50% na prenumertę eKuriera. KUP TERAZ