W połowie lat 60. Polska Żegluga Morska okrzepła już w swojej działalności i obok dalszego rozwijania floty, mogła również skupić się na działalności socjalnej. Ówczesny dyrektor naczelny przedsiębiorstwa Ryszard Karger bardzo dbał o to, by każdy pracownik czuł się dobrze nie tylko w swoim miejscu pracy ale również poza nim.
Zmiany w strukturze organizacyjnej
Żywiołowy rozwój floty PŻM, jaki dokonał się na początku lat 60. musiał skutkować zmianami w samej strukturze wewnętrznej przedsiębiorstwa. Uznając „wkład przedsiębiorstwa w kształtowanie bilansu płatniczego państwa”, ministerstwo wydało w 1963 roku zarządzenie, które m.in. ustalało, że PŻM jest przedsiębiorstwem wielozakładowym, którym zarządza dyrektor przy pomocy siedmiu zastępców. Zapis ten umożliwił powstanie w 1964 roku, w miejsce działów eksploatacyjnych, dwóch odrębnych komórek: Zakładu Trampingu (początkowo Zakładu Eksploatacji Trampowej) oraz Zakładu Linii Regularnych (początkowo Zakładu Eksploatacji Linii Regularnych). Stworzyło to zręby przedsiębiorstwa o kształcie podobnym do dzisiejszego. W tymże roku powstał również Zakład Zaopatrzenia i Transportu, a w celu jego dalszego rozwoju rozpoczęto planowanie budowy szeregu budynków i magazynów przy ul. Hryniewieckiego. Na początku lat 60. wyodrębniono także Pion Finansowo-Księgowy i Pion Administracyjno-Socjalny. Jako że w firmie pojawiły się w tym czasie pierwsze „poważne” maszyny liczące, powstało również stanowisko pełnomocnika dyrektora ds. mechanizacji, będące protoplastą utworzonego pod koniec lat 70. Biura Informatyki.
– W 1963 roku zostałem mianowany na stanowisko pełniącego obowiązki kierownika płac – wspominał Leon Sukiennik. – Wraz z Jerzym Leszczyńskim zrobiliśmy wówczas w naszym dziale pewną rewolucję. Otóż jako jedni z pierwszych w Polsce wdrożyliśmy system elektroniczny płac, przechodząc od ręcznego liczenia na liczenie automatyczne za pomocą komputerów Odra i IBM. W związku z tym, że wynagrodzenia marynarzy były wyjątkowo złożone i składały się z kilkunastu elementów, nowy system okazał się bardzo pomocny. W przedsiębiorstwie był jednak duży opór przed nowościami, bo istniało przeświadczenie, że jeśli do firmy wejdą komputery, to połowę personelu trzeba będzie zwolnić.
Wraz ze wzrostem liczby statków i rozwojem struktur przedsiębiorstwa bardzo szybko rosła również liczba zatrudnionych w PŻM pracowników. W okresie 1961-1965 uległa ona prawie podwojeniu i wyniosła w ostatnim roku „pięciolatki” 4700 osób. W kolejnym 1966 roku przyjęto do pracy kolejne 400 osób. Dzięki dobrej współpracy z Państwową Szkołą Morską (jej kontynuatorka Wyższa Szkoła Morska rozpoczęła swoją działalność w 1969 roku) zniknęły wreszcie odczuwalne praktycznie od początków istnienia przedsiębiorstwa niedobory w kadrze oficerskiej. Duża nadwyżka występowała za to na stanowiskach szeregowych. W związku ze stopniowym wycofywaniem statków opalanych węglem bądź też przerabianiem ich na paliwo mazutowe likwidacji ulegały stanowiska smarowników, palaczy i pomocników palaczy. Przechodzili oni na stanowiska motorzystów.
Coraz lepsze warunki na statkach
Podnosił się także standard pracy we flocie. Jednostki wchodzące do eksploatacji wyposażane były w nowoczesne urządzenia, usprawniające pracę „maszyny” i „pokładu”. Obowiązkowe w kabinach stały się węzły sanitarne. Statki wysyłane w tropiki miały już klimatyzację, a te, które jej nie posiadały, wysyłane były w gorące regiony jedynie wyjątkowo. Jeden po drugim znikały stare parowce: najpierw z linii kubańskiej, później z linii zachodnioafrykańskiej.
Dbając o właściwy rozwój intelektualny załóg oraz ich rozrywkę w czasie długich rejsów, Ministerstwo Żeglugi powołało do życia Morski Ośrodek Metodyczno-Informacyjny (MOMI), który przejął na siebie zadanie koordynacji działalności kulturalnej na statkach, wcześniej prowadzonej w sposób poprawny, ale dość przypadkowy. Jak podawała w swoich sprawozdaniach peżetemowska Rada Zakładowa, w latach 1963-1966 zakupiono na statki: 324 radioodbiorniki, 60 telewizorów, 30 magnetofonów, 15 aparatów fotograficznych, 16 kamer filmowych oraz 3 akordeony. Wśród załóg intensywnie rosło czytelnictwo, obserwowano duże zainteresowanie filmem. Oprócz „pospolitych” rozrywek, jak gra w karty, szachy czy warcaby, na statkach powstawały samorzutnie kółka zainteresowań (modelarstwo, fotografia itd.), organizowano wszelkiego rodzaju konkursy i zgaduj-zgadule. Zdarzały się nawet wieczorki literackie.
Na statkach popularny był również sport, m.in. wszędobylski ping-pong. Załogi łączyły się także w drużyny piłki nożnej. Zachętą do sportowych zmagań były rozgrywki, organizowane przez Zarząd Główny Związku Zawodowego Marynarzy i Portowców, o Puchar Bałtyku. Na przykład w 1966 roku trofeum to zdobył s/s „Gniezno” pod dowództwem kapitana Stefanowskiego.
Wszystko dla pracowników
W połowie lat 60. Polska Żegluga Morska wkraczała w okres, który można nazwać „złotymi latami” przedsiębiorstwa. Firma dzięki żywiołowemu rozwojowi była coraz bardziej znana na międzynarodowym rynku żeglugowym, w kraju zaczęto zaliczać ją do najważniejszych podmiotów ówczesnej gospodarki. Wówczas też zrodził się pewien specyficzny obraz PŻM – przedsiębiorstwa, którego pracownicy czują, że należą do lokalnej elity społecznej i z dumą mówią: jesteśmy z PŻM.
Najpilniejszą potrzebą każdej rodziny peżetemowskiej było oczywiście zdobycie własnego mieszkania. Przedsiębiorstwo pomagało więc w zdobyciu bądź lokalu w budynkach budowanych za własne pieniądze wyłącznie dla własnych pracowników, bądź też w tzw. budownictwie resortowym, w którym nowe inwestycje powstawały za wspólne środki przedsiębiorstw gospodarki morskiej. Przyznawano również mieszkania spółdzielcze – w latach 60. w ramach umowy ze spółdzielnią mieszkaniową „Kotwica”. Wszystkie mieszkania przyznawała peżetemowska Komisja Socjalno-Bytowa, a kryteriami, jakie przyjęto dla wyboru kandydatów, były: trudne warunki mieszkaniowe, długoletni staż pracy oraz nienaganna opinia moralna i zawodowa. W latach 1963-1966 łącznie przydzielono w ten sposób pracownikom PŻM 50 mieszkań z budownictwa zakładowego i resortowego oraz 91 mieszkań z budownictwa spółdzielczego. Oczekujących było jednak znacznie więcej: 284 na mieszkania spółdzielcze i 22 na zakładowe. Długa kolejka chętnych na własne lokum powodowała, iż rozważano założenie własnej Spółdzielni Domków Jednorodzinnych i zbudowanie dużego osiedla marynarskiego na szczecińskim Osowie. Planów tych jednak nie zrealizowano.
W 1964 roku utworzona została w przedsiębiorstwie Kasa Zapomogowo-Pogrzebowa. Przeciętna wysokość zapomogi wypłacanej pracownikom w kolejnych latach wynosiła 20 tys. zł. W tym samym roku powołano Koło Rodzin Marynarzy. W ciągu dwóch lat wstąpiło do niego 500 członkiń – w większości marynarskich żon – a ich działalność polegała m.in. na opiece nad dziećmi oraz nad chorymi pracownikami PŻM pozostającymi w szpitalu, czy pomocy rencistom oraz sierotom. Członkinie koła utrzymywały stały kontakt z sierotami po pracownikach PŻM, dbając m.in. o ich wyniki w nauce szkolnej.
W 1966 roku utworzono Fundusz Pomocy Doraźnej dla Rencistów i Sierot, na który składali się wszyscy zatrudnieni w PŻM – po 0,1 procent miesięcznego zarobku (z wyłączeniem osób zarabiających poniżej tysiąca złotych miesięcznie). Z pieniędzy tych sierotom fundowano książeczki oszczędnościowe oraz kupowano im odzież. Z kolei renciści mogli liczyć na darmowy opał na zimę czy przydział ziemniaków. W grudniu każdy rencista otrzymywał 400 zł bonusu świątecznego, a w ciągu roku partycypował w podziale funduszu za osiągnięcia ekonomiczne załóg, otrzymując po 500 zł.
W 1965 roku stworzono Przychodnię Przyzakładową, gdzie czynne były dwa gabinety internistyczne, gabinet zabiegowy, laboratorium analityczne oraz gabinet stomatologa i technika protetyka. Przychodnia przejęła też wydawanie świadectw zdrowia. W tym samym czasie na statkach zatrudniono 12 lekarzy okrętowych. W celu zebrania środków na leki dewizowe i leczenie za granicą stworzono fundusz leków, na który składali się wszyscy marynarze, odprowadzając na niego 1 proc. swoich zarobków dewizowych. W krótkim czasie udało się na nim zgromadzić 8800 dolarów. Pierwszą osobą, która skorzystała z tego funduszu, była żona jednego z kapitanów, chora na gruźlicę i mająca kłopoty ze znalezieniem odpowiedniej placówki do leczenia w Polsce. Dzięki składkom marynarskim została ona wysłana do szpitala w Hamburgu.
Rodziny marynarskie pod opieką armatora
Dużą popularnością wśród pracowników PŻM i ich rodzin cieszyły się wycieczki krajoznawcze organizowane z wykorzystaniem własnego transportu autobusowego. W 1966 roku zorganizowano łącznie 26 wycieczek do różnych dzielnic Polski i kolejne 50 w 1967 roku. Przeprowadzono również kilka wyjazdów do NRD i na Węgry. Wszystkim dzieciom marynarskim gwarantowano wypoczynek w okresie ferii zimowych oraz letnich wakacji. Wypoczynek ten odbywał się m.in. w ośrodkach kolonijnych w Kielcach, Szklarskiej Porębie, Poroninie czy w Dziwnowie. Dorośli z kolei chętnie wypoczywali w ośrodku kempingowym PŻM w Pogorzelicy.
Własne wycieczki zagraniczne organizowało peżetemowskie koło Związku Młodzieży Socjalistycznej. W jednej z relacji czytamy: Korzystając z pomocy Rady Zakładowej zorganizowaliśmy wycieczkę do Moskwy, zwiedzając dokładnie stolicę Kraju Rad oraz zapoznając się z pracą Komsomołu. W wycieczce wzięło udział 15 pracowników PŻM. Należy podkreślić olbrzymie zdyscyplinowanie podczas wycieczki członków naszej organizacji. Towarzysze radzieccy oświadczyli, że tak zdyscyplinowanej grupy jeszcze nie mieli u siebie.
W związku z tym, że do przedsiębiorstwa wielokrotnie dochodziły sygnały o tym, że matki w marynarskich rodzinach nie mogą poradzić sobie z dziećmi, stworzono dla peżetemowskich latorośli drużynę harcerską. Drużyna ta przyjęła imię kpt. Konstantego Maciejewicza i w czasach swojej świetności składała się z ponad 60 członków. W tym czasie przy PŻM działały też dwa zespoły muzyczne: dziecięcy i młodzieżowy.
W 1966 roku Rada Zakładowa PŻM wystąpiła z inicjatywą budowy Domu Starego Marynarza, który miał być „stałą, odpowiednio wyposażoną, komfortową przystanią dla steranych ciągłym żeglowaniem po morzach i oceanach emerytowanych marynarzy”. Na fundusz budowy ośrodka, który miał powstać do 1970 roku nad jeziorem Głębokim, Rada Zakładowa wpłaciła 50 tys. zł. Niestety projektu nigdy nie udało się zrealizować.
Inną ciekawą inicjatywą były plany zorganizowania w kawiarni „Neptun”, znajdującej się obok budynku PŻM, Klubu Morskiego. Klub ten miał się stać centrum krzewienia kultury wśród marynarzy, miejscem spotkań rodzin, ośrodkiem organizowania wystaw twórczości ludzi morza. Do ostrej rywalizacji o „Neptuna” przystąpiły jednak Szczecińskie Zakłady Gastronomiczne, w prasie dość mocno krytykując peżetemowską inicjatywę i oskarżając dyrekcję PŻM o chęć stworzenia w kawiarni „lokalu za żółtymi firankami” (czyli elitarno-dewizowego). Ostatecznie „Neptun” przypadł więc gastronomikom, a PŻM z planami stworzenia ośrodka marynarskiej kultury musiała poczekać aż do wybudowania Domu Marynarza przy ul. Malczewskiego.
Z wielu pomysłów o charakterze socjalnym, jakie zrealizowano w połowie lat 60., warto też wspomnieć o porozumieniu zawartym na prośbę załóg pływających z dwiema szczecińskimi kwiaciarniami. Na podstawie porozumienia kwiaciarnie te realizowały telegraficzne zamówienia ze statków, dostarczając kwiaty żonom marynarzy pod wskazany adres. Rozliczeń członkowie załóg dokonywali po powrocie do kraju.
Za wszystkim stał dyrektor Ryszard Karger
– Jako dyrektor naczelny PŻM starałem się, aby wszyscy pracownicy przedsiębiorstwa czuli się jak wielka rodzina – wspominał w rozmowie z autorem RYSZARD KARGER. – Dla mnie zawsze najważniejsi byli ludzie i ich potrzeby. Stąd też razem z Radą Zakładową wcielaliśmy w życie wiele pomysłów, które poprawiały organizację pracy i przywiązywały ludzi do swojej firmy. Jak nigdy wcześniej rozwijaliśmy też działalność socjalną, budowaliśmy nowe ośrodki wypoczynkowe, tworzyliśmy szereg funduszy samopomocy koleżeńskiej, dbając o to, by nikomu z zatrudnionych w PŻM nie stała się krzywda.
Kiedy rozpocząłem kierowanie firmą, zmieniłem też funkcjonującą dotąd zasadę, że to kadry lądowe układały w stu procentach załogi statków. Odtąd to kapitanowie mieli dobierać sobie pracowników na statki. Wprowadziłem także zwyczaj bezpośrednich spotkań z pracownikami. Mój gabinet był otwarty dla każdego, kto miał jakiś problem zawodowy, z którym nie mógł sobie poradzić w relacji z przełożonym.
W latach 60. budowaliśmy kolejne serie statków, coraz to większych i nowocześniejszych, zdobywaliśmy nowe rynki, tworzyliśmy znakomite linie, jednak z drugiej strony nie zapominałem jako dyrektor o tak zdawałoby się błahych sprawach jak na przykład kwestie odzieży. W tym więc okresie zrodził się pomysł słynnej kurtki, ochrzczonej potem przez marynarzy mianem „kargerówki”. A sama idea wzięła się z wprowadzonej przeze mnie zasady, aby wszyscy oficerowie na wachcie oraz podczas wizyt w przedsiębiorstwie byli ubrani w mundury. Osobiście żadnego z dowódców nie przyjąłem w gabinecie, jeśli przyszedł w cywilnym ubraniu. Powstał jednak problem, co włożyć na mundur, kiedy jest zimno. I w ten sposób powstała koncepcja tej kurtki. Najpierw sprowadziliśmy z zagranicy kilka krojów, żeby wybrać ten najlepszy. Wybraliśmy gruby, nieprzemakalny ortalion i odpowiedni model. Potem była już tylko kwestia znalezienia krawca i wykonania kurtek dla załóg. W tym czasie wprowadziliśmy również na statki jednolite kombinezony robocze, tak aby każdy z pracowników na burcie był schludnie ubrany.
W tamtym czasie zbudowaliśmy dla pracowników PŻM oraz ich rodzin dwa ośrodki: w Szczawnicy oraz w Pogorzelicy. Był również pomysł, aby w Szczecinie na Osowie wykupić ogromną działkę i postawić tam domki dla peżetemowskich rodzin. Wówczas Osowo było jedynie niezabudowanym obszarem leśno-łąkowym, ze starym żydowskim cmentarzem. Gdy pomysł nabrał rumieńców, załatwiliśmy z gminą żydowską, że na własny koszt przeniesiemy mogiły. Zgodzili się. Chcieliśmy postawić nawet kilkaset takich marynarskich domków. Niestety, ostatecznie z pomysłu tego nic nie wyszło.
„Peżetemowska rodzina”
Atmosfera przynależności do jednej „peżetemowskiej rodziny”, jaka zaczęła kształtować się w latach 60., odczuwalna była również na statkach. Sprzyjały temu długie rejsy oraz ogromne, w porównaniu z obecnymi standardami, załogi. Dzięki temu, że praca na morzu dzielona była na znacznie więcej osób, a pobyty w portach były bardzo długie, nawet ci członkowie załóg, którzy decydowali się na 9-miesięczne rejsy, nie czuli się wyczerpani psychicznie.
– Kiedy rozpoczynałem pływanie w latach 60., na statkach kwitło prawdziwe życie towarzyskie – mówi JACEK PAWŁOWSKI, peżetemowski ochmistrz, a obecnie fotoreporter współpracujący z „Obserwatorem Morskim”. – Nikt wówczas – tak jak dzisiaj – nie zamykał się po pracy w kabinie, by ślęczeć przy laptopie. Wszyscy za to spotykali się w mesie czy innych wspólnych pomieszczeniach i znakomicie spędzali czas. Na każdym kroku i przy każdym stole spotkać można było grających w karty, szachy czy warcaby, a ci, którzy mogli pochwalić się ponadprzeciętnymi umiejętnościami, stawali w szranki w turniejach. Często też przeprowadzano konkursy fotograficzne i zręcznościowe, wieczorki literackie i zgaduj-zgadule. Do rytuału, na który wszyscy z utęsknieniem czekali, należało wyświetlanie przez statkowego elektryka dwa razy w tygodniu filmów. Jeśli miało się dobre „układy” z MOMI, filmy te były naprawdę niezłe. Bardzo ważnym miejscem na statku była biblioteka. Książki wymieniało się praktycznie co rejs, więc każdy mógł tu zawsze znaleźć coś do czytania. Osoby dostarczające książki na statki reprezentowały wysoką kulturę, więc można u nich było zamówić bardzo dobrą literaturę. Za całość kultury na statku odpowiadał delegat kulturalny, jednak wspomagany był on również przez ochmistrza, zwłaszcza jeśli chodzi o zaopatrzenie biblioteki.
Oprócz standardowej rozrywki MOMI zapewniał również dla zainteresowanych wszelkie materiały pomocne w rozwijaniu własnych umiejętności artystycznych. Były to więc np. farby. MOMI starał się również promować sztukę wśród marynarzy, organizując coroczne wystawy twórczości ludzi morza. Prace wykonane przez niektórych członków załóg były naprawdę wartościowe. Jeden z II mechaników konstruował na przykład wspaniałe budowle z zapałek. Przedstawiały one znane zabytki (m.in. katedrę szczecińską), a ich wielkość i precyzja po prostu zapierały dech. Inny z marynarzy zajmował się rzeźbieniem świątków. Były one tak znakomite, że gdy zobaczył je jeden z zachodnich kolekcjonerów, zdecydował się kupić wszystkie, które wspomniany marynarz miał w kabinie. Na statkach często malowano też obrazy czy sporządzano niezwykle piękne wyploty z lin.
Ci, którzy nie mieli zacięcia artystycznego, mogli z kolei wyżyć się w sporcie. Na lepszych statkach był basen z podgrzewaną wodą, prawie wszędzie można było pograć w ping-ponga czy poćwiczyć w siłowni.
W czasach, gdy nie było e-maili, kiedy tylko statek przypływał do portu, wszyscy czekali na listy. Był to również ważny element życia na statkach. W Europie listy przychodziły najczęściej z jedno-, dwutygodniowym opóźnieniem, chyba że wcześniej trafiły one do centrali cenzury prewencyjnej w Bydgoszczy – wówczas opóźnienie mogło wynieść nawet kilka miesięcy.
Wielość zainteresowań członków załóg wpływała na ich zdrowie psychiczne. W latach 60. czy 70., gdy podmian dokonywano jedynie w kraju, rejsy mogły trwać nawet 9 miesięcy i dłużej. Mimo tak długiego okresu przebywania w morzu ludzie nie „wariowali”. Marynarze mieli swoje pasje i prowadzili bogate życie towarzyskie. To chroniło ich przed stresem wynikającym z zamknięcia przez dłuższy czas na ograniczonej przestrzeni.
Socjalistyczne współzawodnictwo
Życie marynarskie w latach 60. toczyło się swoim własnym rytmem, jednak jak przystało na okres „głębokiego” PRL-u, na zewnątrz eksponowano przede wszystkim te elementy, które mówiły o zaangażowaniu załóg na rzecz budowy socjalizmu. Statki zatem – podobnie jak w latach 50. – wciąż chwaliły się współzawodnictwem i zobowiązaniami podejmowanymi przy okazji świąt państwowych i kolejnych zjazdów partii.
W sprawozdaniu z rocznej działalności Rady Zakładowej PŻM w 1966 roku czytamy m.in.: Współzawodnictwo długofalowe podjęły do dnia 15 marca 92 załogi, z tego 82 należą do aktywnych. Niepokojący spadek aktywności notuje się na kilkunastu statkach, które w ubiegłych latach należały do wyróżniających się. Są to niektóre statki mostu węglowego i statki liniowe europejskiego zasięgu. Analizując współzawodnictwo długofalowe podkreślić należy fakt ciągłego procentowego wzrostu załóg w nim uczestniczących. Podczas gdy w roku 1964 52 proc. statków przystąpiło do współzawodnictwa, obecnie mamy zarejestrowanych 80 proc. Stan ten jest niezaprzeczalnym dowodem nieustannie rosnącego politycznego zaangażowania załóg, ich wzrastającego poczucia odpowiedzialności i socjalistycznego uświadomienia.
Podkreślić należy dużą rolę wychowawczą, jaką spełnia walka o tytuł „Załogi Pracy Socjalistycznej”. W chwili obecnej ubiega się o ten tytuł 79 załóg statkowych obejmujących 2100 uczestników. Kryteria stawiane przez tę formę współzawodnictwa to m.in. socjalistyczne normy współżycia oraz przestrzeganie przepisów dewizowo-celnych. Przejawiając dużą aktywność we wszystkich formach współzawodnictwa załoga statku „Rusałka” jako pierwsza w Polskiej Marynarce Handlowej uzyskała 6 tytułów Przodownika Pracy Socjalistycznej.
Chociaż PZPR była w tym czasie wszechobecna ze swoją nachalną propagandą, a przynależność do partii była przepustką do kariery, liczba członków w PŻM wcale nie była imponująca. W 1966 roku na prawie cztery i pół tysiąca pracowników do partii należały 1642 osoby. Najwyższe „upartyjnienie” było wśród kapitanów – 72 proc., stewardów – 62 proc., ochmistrzów – 59 proc. i I oficerów – 57 proc. Najmniejsza wśród IV oficerów – 10 proc. i asystentów r/o – 19 proc. W grupach wiekowych zdecydowanie najwięcej członków PZPR miało od 30 do 39 lat.
Załogi angażowały się nie tylko w akcje współzawodnictwa socjalistycznego, ale również brały aktywny udział w modernizacji swoich miejsc pracy. Z dużą otwartością przyjmowano wówczas w przedsiębiorstwie zgłaszane projekty racjonalizatorskie. W połowie lat 60. aktywnymi konstruktorami wynalazków byli m.in.: Włodzimierz Nosal (szerokopasmowa odbiorcza antena telewizyjna), Ludwik Bojda (system chłodzenia agregatów Deutza i Skody), Mirosław Pleskacz i Marian Galant (podwójne automatyczne zasilanie silnika steru). Poza tym największą aktywnością z zgłaszaniu rozwiązań racjonalizatorskich wykazali się: Marian Zathey – II mech. z s/s „Malbork” – 7 projektów w zakresie samoremontów i BHP, inspektor techniczny Ludwik Bojda – 5 projektów, dających aż 1 mln zł oszczędności rocznie, Eugeniusz Sztukowski – I mech. z s/s „Zielona Góra” – 4 projekty racjonalizatorskie, które łącznie dały oszczędności ponad 3 mln zł rocznie.
Matki chrzestne i patronaty
W latach 60. zrodził się również pomysł, aby szczególny status nadać matkom chrzestnym statków oraz patronatom.
– Dekada lat 60. to czas dużych inwestycji – wspominał Ryszard Karger. – Kupowaliśmy statki za ogromne pieniądze, a to, oprócz wyrazów poparcia, rodziło również i zawiść środowisk nam nieprzychylnych. Czułem, że bez jakiegoś ogólnego wsparcia społecznego prędzej czy później przytrzasną nam palce. To narodowe poparcie zaczęliśmy budować poprzez instytucje matki chrzestnej i patronatów. Dzięki matkom chrzestnym z całej Polski oraz środowiskom patronackim docieraliśmy do zwykłych ludzi i mogliśmy im wyjaśnić, po co budujemy tak dużą i nowoczesną flotę i dlaczego jest ona taka droga.
Dla budowy społecznej sympatii zaczęliśmy „używać” również samych nazw statków. Odeszły w cień nazwy abstrakcyjne typu „Skierka” czy „Rokita”, zaczęliśmy natomiast chrzcić statki nazwami miast, regionów, zawodów, zakładów pracy, kopalń i hut. Również seria kombatancka związana była z określonymi środowiskami. W ten sposób docieraliśmy do społeczeństwa, aby nas rozumiało i popierało. Tym samym mostem – w drugą stronę – przekazywaliśmy marynarzom za pośrednictwem matek chrzestnych i patronatów wiedzę na temat tego, co dzieje się w Polsce.
Matki chrzestne zawsze darzyliśmy w PŻM ogromnym szacunkiem, a one odpłacały nam swoim ogromnym zaangażowaniem. To dzięki nim udało nam się zbudować życzliwe i rozumiejące nas społeczne zaplecze. Dzięki nim już w latach 60. cała Polska wiedziała, co to jest PŻM.
Ramy spójnej i uporządkowanej działalności patronackiej stworzono w 1966 roku, powołując nawet specjalne stanowisko „pracownika d/s patronatów nad statkami”. Propozycje załóg były takie, aby patronaty nad statkami sprawowały regiony, miasta, poszczególne zawody oraz przodujące zakłady pracy. Natomiast statki sprawowałyby opiekę nad szkołami wybranymi przez instytucje patronackie.
W 1966 w Polskiej Żegludze Morskiej działało już 55 patronatów, z czego 23 bardzo aktywnie. Delegacje patronackie przyjeżdżały na Dni Morza, bardzo często odbywały się też wizyty na statkach. ©℗
Krzysztof GOGOL
Fot. Jacek Pawłowski, Marek Czasnojć